Krew i stal to zawsze dobre połączenie.

Rodzaj: fantasy
Język: polski
Stron: 384
Wydawca: Wydawnictwo SQN

Wczorajszy dzień był jednym z najbardziej intensywnych dni ostatnimi czasy. Wiecie, ilu Jokerów można spotkać w Poznaniu? Przekonałam się, że całkiem sporo. Pyrkon w rozkwicie i aż mi smutno, że akurat musiałam być na uczelni i nie mogłam zajść zobaczyć kilku stoisk wydawniczych. Ach, chciałoby się uścisnąć rękę Ćwiekowi albo Łukawskiemu. A jeśli jesteśmy już przy fantastycznych klimatach i panu Łukawskim. Oj, nabroił pan, nabroił. Wydawnictwo SQN ma niesamowite szczęście i wyczucie do autorów. Dotychczas nie czytałam kiepskiej powieści spod tego znaku. Czy moja opinia nie zmieniła się po lekturze „Krwi i stali”? Przekonajmy się.

 

Urodził się w Kielcach, z zawodu jest grafikiem komputerowym. Gdy nie miał jeszcze obowiązków, a miał czas, machał mieczem i strzelał z dział czarnoprochowych. Hartował ciało i ducha w organizacji strzeleckiej, brał udział w zawodach sprawnościowych i ćwiczył karate. Próbował też jeździć konno. Zwiedzał Polskę autostopem i na motocyklu. Zaczytywał się w książkach historycznych i fantasy. Jest laureatem wojewódzkiego konkursu Talenty 2000. Po kilkunastu latach przerwy napisał cykl opowiadań, które pojawiły się drukiem w antologii Gawędy motocyklowe. Współtworzył kwartalnik motocyklowy „Swoimi Drogami”. Wraz z żoną mieszka w pobliżu chęcińskiego zamku.

Gdy krew bohaterów zrosi Martwą Ziemię, stal będzie musiała dosięgnąć zdrajców. Sto pięćdziesiąt lat po powstaniu Martwej Ziemi z twierdzy granicznej wyrusza oddział żołnierzy, by wąskim przesmykiem przekroczyć zapomnianą krainę. W starym klasztorze u podnóża Smoczych Gór ukryte jest coś, co musi powrócić do królestwa, zanim Zasłona Martwej Ziemi pęknie i zaniknie. Silny oddział pod dowództwem Dartora, starego, zaprawionego w bojach oficera, wkracza w suche stepy, by zmierzyć się z demonami przeszłości, teraźniejszości i przyszłości. Prawdziwy cel misji zna tylko przysłany w ostatniej chwili przewodnik. Lecz nawet on – tajemniczy Arthorn – nie przypuszcza, jaki los przygotowali dla nich bogowie i jak krucha jest równowaga znanego im świata. Krew i stal to mocny debiut Jacka Łukawskiego, w którym klimat wczesnego średniowiecza znakomicie miesza się ze słowiańskim kolorytem.

Autor już od pierwszych stron daje mocno do zrozumienia, że doskonale wie, na jakich zasadach działa fantasy i pełnymi garściami czerpie ze słowiańskiej kultury oraz historycznych nawiązań do klimatu średniowiecza. Czy może być coś piękniejszego? Połączenie tych dwóch rzeczy jest czymś, za czym tęsknię i wyczekuje na polskiej scenie książkowej. Myślę, że na jakiś czas mój apetyt został zaspokojony, ale to tylko do ukazania się kolejnego tomu, albowiem „Krew martwej ziemi” to dopiero początek. Pierwszym, co mnie ujęło, były pięknie rozbudowane opisy, które niesamowicie urealniają całą wykreowaną rzeczywistość. Za nią należą się wielkie brawa, bo stworzenie tak żywego uniwersum jest niełatwą sztuką. Z niecierpliwością będę wypatrywała nie tylko kolejnej części powieści, ale też [mam nadzieję] może jakiegoś zbioru legend i podań tej krainy? Kto wie, czym nas zaskoczy autor. Ja zgłaszam, że będę pierwsza w kolejce po taki zbiór – historia wciągnęła mnie do tego stopnia, że chciałabym poznać ten świat lepiej. Bohater powieści – Arthorn, bo to wokół niego kręci się większość wydarzeń – to chłop jak dąb i niewiele rzeczy w życiu jest w stanie go przerazić. Śmiało stawia czoło nie tylko wrogom, ale też stworzeniom nie z tego świata. Aż chciałoby się mieć takiego w swojej drużynie na wyprawę w dziki świat. Jeśli szukacie lekkiego i niewymagającego fantasy, lepiej idźcie dalej. „Krew i stal” to high fantasy pełną gębą, która wciąga na wiele godzin. Czasami czytałam po kilka razy niektóre fragmenty, chcąc z nich wycisnąć jak najwięcej. Im dalej w las, tym więcej zagadek mamy do rozwiązania i kiedy przy końcu już miałam nadzieję na wyjaśnienie kilku wątków – bum! Panie Jacku Łukawski – nie cierpię pana za zakończenie. Mam nadzieję, że szybko napisze pan kolejny tom. Dla moich nerwów, które zniszczył pan i zszargał kilkoma ostatnimi stronami. Czekam! Zapamiętajcie tego autora, bo to już dzisiaj gorące nazwisko na liście polskiego fantasy. Czytając nie mogłam się nadziwić, że to debiutant, tak lekkie ma pióro. Gdzie on się podziewał tyle czasu i dlaczego nie poznaliśmy go wcześniej?

Polecam fanom Tolkiena, Pratchetta i Sapkowskiego. U mnie „Krew i stal. Kraina martwej ziemi” wylądowała na półce z najciekawszymi powieściami, jakie czytałam.

„Cicha rozmowa wyrwała Dartora ze snu.. Ktoś starał się przekonać wartowników, aby wpuścili go do namiotu, czemu obaj coraz ostrzej się sprzeciwiali. Dowódca wstał i odchylił zasłonę. W blasku pochodni rozpoznał Arthorna, co nie było łatwe, biorąc pod uwagę, że całą twarz umazaną miał ziemią. Chrząknął, by zwrócić uwagę strażników, a gdy ci spojrzeli na niego, kiwnął głową i cofnął się w głąb namiotu.

- Wybaczcie, że was budzę o tej porze. – Arthorn ściągnął z pleców przemoczony, bury płaszcz i rzucił go obok wejścia. – Wierzę jednak, ze nie będziecie chować urazy, gdy usłyszycie, co mam wam do powiedzenia.

- Domyślam się, że to ważkie sprawy, więc siadajcie i mówcie… choć zanim zaczniecie, to proszę was, mości Arthornie, powiedzcie pierwej, czemu… wyglądacie jak kretowisko?

- Chciałem się niepostrzeżenie wydostać z obozu i potem do niego w ten sam sposób powrócić, ale…

- Hola! – Przerwał zaskoczony. – Chcecie mi powiedzieć, że wam się udała ta sztuczka?

- Nie. – Wyszczerzył zęby. – Wpierw mnie wartownicy na wyjściu przyuważyli, więc im musiałem tłumaczyć i, wybaczcie, na rozkaz wasz powołać, prosząc, aby was obudzili w celu potwierdzenia. Jak się zapewne domyślacie, nie chcieli was fatygować. Wracałem już po zmianie warty i tym razem mało brakowało, a cały obóz by poderwali, bo mimo mgły szybko mnie dostrzegli. „

Ocena: 9,5/10

Za możliwość przeczytania z całego serca dziękuję wydawnictwu SQN

Ciepłych wspomnień żar…

Rodzaj: literatura obyczajowa
Język: polski
Stron: 282
Wydawca: Wydawnictwo Żywioł

Operacja święta rozpoczęta. Przygotowania do śniadania wielkanocnego wkraczają w ostateczną fazę. Ok, za dużo ostatnio się naczytałam science-fiction ;) Ja już ze swoim koszyczkiem szorowałam i wyświęciłam, co trzeba. Teraz tylko powyciągać białe obrusy i wypolerować sztućce. W tym roku wyjątkowo mocno wzięłam się za porządki w mieszkaniu, więc piątkowy ranek upłynął mi niesamowicie szybko. Potem tylko przemknięcie do babci autobusem i ciąg dalszy wymiatania kurzów z zakamarków. Teraz piszę do was z całkowicie innej klawiatury, siedząc przy moim ulubionym kubku z dzieciństwa wypełnionym herbatą. A skoro już tak ciepło i rodzinnie to może opowiem wam o książce, z którą długo miałam problem. Mowa tutaj o „Ciepłych wspomnieniach” Beniamina Pytlińskiego, od którego miałam przyjemność otrzymać powieść.

Co autor mówi sam o sobie? „Nieprzyzwoity marzyciel i refleksjonista, który przelewa na papier historie ze światów, z którymi ma kontak; opowiada życia dusz, które nie zapisały się w pamięci ludzi. Posiada trudne do powstrzymania pióro, które nie raz wbija głęboko niczym sztylet, prosto w serce. Aby móc się dalej piąć w górę w pisarskim rzemiośle oraz dla poczucia wolności założył wydawnictwo Żwyioł. Człowiek wszechstronnie wrażliwy, dla którego nie ma rzeczy niemożliwych; któremu atrament szybko nie wyschnie; który ma w planach podbić świat literacki.”

Ciepłe Wspomnienia to książka bardzo różnorodna, mająca swoje zakamarki i otwarte przestrzenie; od początku mocna akcja, potem chwilowe spowolnienie. Bohater filozofuje na temat swojego życia w samotności, wiary w boga, codzienności ludzi, miłości i przyjaźni. Z każdą stroną akcja nabiera tempa. Jest to literatura z pewnością współczesna, wielopłaszczyznowa; zawiera w sobie trochę z sensacji, kryminału, filozofii i romansu. Kamil po wyjściu ze szpitala dowiaduje się, że jest bogaty. Jednak ten niespodziewany fakt wpędza go w kolejną chorobę – manię, obsesję. Mimo, iż nie wychodzi z domu napotyka życzliwych ludzi. On i jego przyjaciele w ciągu wielu lat doświadczają wielu przygód, trosk i radości; nie obędzie się bez smutku, tragedii i beznadziejnych sytuacji. Zwłaszcza kiedy dzwoni do niego stary znajomy i namawia na spotkanie, wtedy wszystko się zmienia. Podejmuje się na własną rękę rozwikłać zagadkę.

Powiem tak. Przez całą powieść miałam problem, czy autor stworzył nieudaną próbę prozy poetyckiej, czy raczej groteski. W końcu stwierdziłam, że całość jest za serio napisana, żeby można ją podpiąć do bardziej humorystycznego gatunku. Tak więc zamiast poruszać filozoficzną naturę rzeczy książka jest po prostu śmieszna. Brnęłam coraz dalej i dalej w tekst, jednak język pozostawał trudny do przeskoczenia. Okazał się gwoździem do trumny. A wielka szkoda, bo na uwagę zasługuje sama fabuła – mężczyzna stopniowo popadający w obłęd, który stara się sobie radzić z rzeczywistością, jednocześnie opisując ją w sposób, w jaki postrzega ją jego chory umysł. Problemem natomiast pozostaje wykonanie, zabierające radość czytania. Momentami poetyka jest bardziej subtelna, lub prawie niewidoczna, i te fragmenty są moim zdaniem najlepsze. Nieskomplikowane, proste, nie silące się na zbędne filozofowanie w stylu Coelho. Akcja powoli się rozwija, chociaż pozostaje linearna. To porządkuje nam wydarzenia, które mają miejsce w rzeczywistości powieści. Zabrakło mi przeniesienia narracji na innego bohatera, którego umysł byłby bardziej przytomny niż głównej postaci. Taki kontrapunkt zapulsowałby niesamowicie. Z błędów pojawiły się potknięcia interpunkcyjne i składniowe. Zgodzę się z autorem: „Kiedy nadchodzi zniechęcenie, równia robi się pochyła.” Odczułam takie zniechęcenie, ale za te fragmenty niepoetyckie, chwile, kiedy się zaśmiałam z żartów i ciekawy pomysł na fabułę jestem skłonna przyznać taką, a nie inną ocenę. A autorowi chciałabym życzyć jak najlepiej i poradziłabym zagłębić się w bardziej humorystyczne gatunki literackie, ponieważ mam wrażenie, iż posiada do nich naturalną skłonność i nieco go do nich ciągnie. Z przyjemnością taki utwór bym przeczytała.

 

„Próbuję ją szybko podnieść, gdzieś schować, ale śpi jak suseł. Do szafy, do komody, pod sofę, no nie wiem. Nie mogę jej unieść, jestem za słaby. Andrzej wchodzi do salonu i przygląda się nam zamglonym wzrokiem. Jest pijany, więc porażka dobiła do samego czubka „porażkomierza”. Jeszcze moment i on, nawalony osioł, padnie na glebę pokonany. Jakiś ten los zawiły, aż chce mi się kląć nieziemsko. Czy tu nie ma wytchnienia na tym świecie? Halo? Że niby te parę chwil przy oknie, to moje całe parę chwil wytchnienia? Spadła mi kobieta z nieba, z ciężkimi doświadczeniami, i co, ja mam ją teraz dźwigać, ten ciężar razem z moim własnym? I pijanego Andrzeja wziąć na barki? Ja nawet nie mam licencji na wózek widłowy, a co dopiero na pieprzony dźwig. Bo tu jest potrzebny dźwig.”

 

Ocena: 5/10

Za możliwość przeczytania dziękuję autorowi i Wydawnictwu Żywioł.

Historia Polski krętymi ścieżkami biegnie.

Rodzaj: literatura historyczna
Język: polski
Stron: 400
Wydawca: Wydawnictwo Iskry

Przyznam się szczerze, że mam już dosyć zimy. Nie tak dosyć, że mnie irytuje, ale dosyć dosyć. Do pogranicza wkurzenia. Apogeum spotkało mnie dzisiaj rano, kiedy to wykręciłam pięknego pirueta pod samą klatką. Dzielnie parłam przed siebie przez calutką drogę z przystanku i jeps. Oczywiście, jakby mogło być inaczej. Na pocieszenie – wielka paczucha z nagrodą za mikołajkową recenzję od matras.pl. Na otarcie łez kilkanaście książek. W sumie nie tak źle. Dzisiaj jednak mam dla was coś innego. Od Wydawnictwa Iskry otrzymałam piękne wydanie w twardej oprawie „Polskich złudzeń narodowych” Ludwika Stommy. Co to jest i z czym to się je? Już tłumaczę.

 

Ludwik Stomma urodził się 22 marca 1950 w Krakowie. Polski antropolog kultury, etnolog, doktor habilitowany nauk humanistycznych, nauczyciel akademicki, publicysta tygodników „Polityka” i „Przegląd”. Wykładał na Uniwersytecie Warszawskim, KUL-u, Uniwersytecie Jagiellońskim, pracował w Instytucie Sztuki PAN i na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu. W 1981 wyjechał do Francji. Pracował na Sorbonie (IV) w ramach École pratique des hautes études, a od 2008 na stanowisku profesora nadzwyczajnego UMK. Wydał 14 książek, w tym 4 naukowe, 2 książki dla dzieci, a także książki historyczne i biograficzne. Od 1990 stały felietonista tygodnika „Polityka”. Publikuje także w „Kuchni”, „Motomagazynie”, „Elle”, „Hustlerze”, „Cosmopolitan” i „Nie” (pod pseudonimem Gall Anonim). Jest autorem zbioru felietonów pt. „Nalewka na czereśniach” oraz „Słownik polskich wyzwisk, inwektyw i określeń pejoratywnych”. Członek Collegium Invisibile. W 2000 odznaczony Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski „za wybitne zasługi w pracy dziennikarskiej i publicystycznej”.

Z typowym dla siebie dystansem, Stomma demaskuje mity i niedorzeczności z historii Polski. Nie boi się tematów uważanych za niemal święte, jak choćby reduta Ordona, wiktoria wiedeńska, Konstytucja 3 maja, Monte Cassino, Powstanie Warszawskie. Porusza sprawy drażliwe – problem polskiego ogólnonarodowego pijaństwa, państwa bez stosów czy kultu jednostki, ale też Marca ‘68.

Źródło: Wydawnictwo Iskry

Już na samym wstępie zaintrygowała mnie okładka, która przedstawia nakrycie głowy stańczyka z przyczepionym odznaczeniem Orła Wojsk Lądowych. Sama postać słynęła z ciętego dowcipu i nie oszczędzania władców, jeśli chodzi o ocenę ich poczynań. Alegorycznie przedstawiany [np w „Weselu” Wyspiańskiego] jako osoba głęboko zatroskana o swój kraj. Autor od początku daje nam więc do zrozumienia, że będzie się poniekąd wcielał w jego rolę. O Polakach można powiedzieć wiele – dobrego i złego. Niektóre stereotypy nakładają się na siebie i przeczą sobie. Jak jednak jest naprawdę? Czy łatwo zamknąć przywary całego naszego narodu w jednym opisie? Moim zdaniem jest to niemożliwe. Ludwik Stomma myśli chyba podobnie, ponieważ stara się skonfrontować rzeczywistość z podkolorowanym wizerunkiem Polski. Nowe, połączone wydanie dwóch zbiorów esejów, które ukazały się w latach 2006-2007 przybliża nam wydarzenia z historii naszego kraju – od średniowiecza po współczesność. Pod lupę bierze w szczególności te najważniejsze, legendarne i znane większości. Nie wystawia jednak laurki, patrzy z uwagą na drugą stronę zdarzeń i wywraca do góry nogami, by zajrzeć tam, gdzie nikt nie spojrzał. Ukazuje, że Polacy wcale tacy święci i nieskazitelni nie są. Mają swoje za uszami, chociaż historia o tym milczy, jak na przykład w przypadku  powstania styczniowego, które nie było wielkim zrywem narodowym, a walką podjętą przez nielicznych, których śmiało można nazwać niespełna zmysłów, by rzucać się z siekierą na słońce. Zahacza o świętokradztwo? Nie do końca. Nam Polakom trudno przełknąć tę gorzką pigułkę, którą serwuje Stomma w swojej książce. Zmusza do refleksji, samodzielnego myślenia i dedukowania, kiedy uczymy się historii. Warto czasami spojrzeć z dystansem i chłodną analizą. Wyniki mogą zaskoczyć. Chciałam zaznaczyć, że moim zdaniem treść zawarta w niej na pewno nie ma na celu obrażenia kogokolwiek. Nie mamy czuć się źle z tym, że jesteśmy Polakami. Jedynie zaznacza, że naszych dobrych momentów nie trzeba podnosić do rangi legendy, a gorszych – wciskać do szafy i wyrzucać klucz. „Polskie złudzenia narodowe” jest pozycją wyjątkową i na pewno wartą poznania. Chociażby po to, by łyknąć trochę świeżego powietrza wyściubiając nos spomiędzy zatęchłych kart historii. Na lekcjach w szkole na pewno nie usłyszycie tego, co napisał Stomma.

Polecam wszystkim miłośnikom historii i tym, którym z historią nie po drodze. Dla jednych i drugich znajdą się smakowite kąski.

 

„Co drażniło zawsze w Polsce przybyszów z zewnątrz? Mnogość spraw: brak tolerancji, klerykalizm, megalomania, kastowość, pijaństwo… Nade wszystko to jednak, i w tej mierze nic się  nie zmieniło, że od razu mamy nad Wisłą na wszystko nie tylko samo usprawiedliwiającą, ale przy okazji obwiniającą innych odpowiedź. Koty odwrócone ogonem, które na domiar złego jeszcze drapią.”

 

„Mitem jest także podawanie pewnej specyficznej wykładni dziejów, czy układów społecznych, opartej najczęściej na chwytliwej formule, za oczywistą i jedyną prawdziwą. Do użytku szkolnego. W tym sensie mit określa świadomość społeczną we wszystkich bodaj wspólnotach narodowych i państwowych. Polacy nie są w tym względzie wyjątkiem (…). Dlatego też warto, tak mi się wydaje, z mitami owymi polemizować (…). Nie ma w tym żadnego masochizmu ani tym bardziej antypolonizmu. Gdy przywracamy proporcje, okazuje się bowiem tyle tylko, że Polska jest krajem normalnym tak w jasnych, jak i ciemnych stronach swojej przeszłości. Nie ma czego się wstydzić, ale nie ma też powodów do samouwielbienia (…).”

 

Ocena: 8/10

Za możliwość przeczytania dziękuję Wydawnictwu Iskry

Billie is not my lover…?

Rodzaj: literatura współczesna, obyczajowa
Język: 
polski [przekład z języka francuskiego]
Stron: 
224
Wydawca: 
Wydawnictwo Literackie

 

Kiedy otrzymałam tę książkę, cieszyłam się jak dziecko. Chciałam w końcu sięgnąć do tematyki przyjaźni, jednak nie celowałam w literaturę dla młodzieży, gdzie zazwyczaj takowa się znajduję. Gdy zobaczyłam tytuł w nowościach, stwierdziłam „raz kozie śmierć”. Tytuły poprzednich publikacji autorki przekonały mnie na tyle, że byłam już całkowicie kupiona. Jednak rzeczywistość nie była na tyle łaskawa, żebym mogła przejść do lektury od razu. O nie. Przeleżała trochę czasu na parapecie, zerkając na mnie co ranek swoim czerwonym grzbietem. Jakże dzisiaj żałuję, że nie znalazłam czasu na szybsze jej poznanie.

Anna Gavalda – dziennikarka, pisarka, Francuzka. Dlaczego akurat tak to ujęłam? Zauważyłam, że ludzie pochodzący lub mieszkający we Francji, a szczególnie w Paryżu, mają coś w sobie. Specyficzny rodzaj energii, który przebija przez ich twórczość, jakkolwiek by ją przejawiali. Włączam film i po kilku ujęciach już wiem, że wyszedł spod palców mieszkańca kraju win i winorośli. Ale wracając do autorki, chociaż słyszałam o takich tytułach jak „Chciałbym, żeby ktoś gdzieś na mnie czekał” lub „Kochałem ją” to nigdy nie miałam okazji bliżej ich poznać. Swój debiut rozpoczęła stosunkowo dawno, bo w 1999 roku, i do tej pory powstało osiem jej utworów. Niektórzy mogą kojarzyć jej twórczość z filmem „Po prostu razem” z Audrey Tautou w roli głównej.

O czym jest „Billie”? Żeby streścić chociaż część fabuły trzeba by mieć jeden z monologowych napadów głównej bohaterki. Akcja ma miejsce w zapomnianym przez Boga i cywilizację miasteczku. Osią fabuły staje się z pozoru błahe przedstawienie teatralne w szkole. Bohaterowie są idealnym przykładem dwóch typów outsiderów -  dobrze ułożonego i biednego tak bardzo, że ma ochotę podarować mu się kanapkę w przerwie. Tytułowa Billie to główna bohaterka, do której myśli będziemy zaglądać i głosu słuchać. Niemal cała historia to retrospekcja, która przedstawiana jest właśnie z jej perspektywy. Jak dużo może zmienić jedno przedstawienie? Postacie pokazują, że bardzo dużo. Billie i Franck ucząc się swoich kwestii, poznają o wiele więcej – siebie nawzajem. Jak ta krucha przyjaźń przetrwa gwałtowną rozłąkę i późniejsze spotkanie po latach? To zostawiam już do odkrycia wam.

Powiem z ręką na sercu, że dawno nie czytałam tak… No właśnie, trudno mi nawet opisać, jakie wrażenie wywarła na mnie ta powieść. Mądra, zabawna, ciepła, brutalna, smutna i dodająca otuchy. Zabójczy miks. Bohaterowie są jakby żywcem wycięci z realnego świata, każdy ma swoje demony, z którymi się mierzy i strachy, które go paraliżują. Każdy ubiera swoją maskę i wznosi gardę. Myślę, że ta książka to wbrew dosadności języka i słodko-gorzkim wydarzeniom jest piękną opowieścią o dorastaniu, wyborach i radzeniu sobie w świecie. Dawno, bardzo dawno nie czytałam niczego podobnego, co przyniosłoby mi taką ulgę i ciepło w sercu. Łyknęłam całość w niecałe trzy godziny, tak bardzo chciałam poznać więcej i więcej. Billie kupiła mnie całkowicie swoją bezkompromisowością i próbami otworzenia się na świat. I chociaż w pewnym momencie zastanowiło mnie, dlaczego życie Billie i Franckiego zrobiło się mini american dream, to zakończenie… Było idealną klamrą całości. Powaliło mnie.

Polecam wszystkim, którzy mają zły dzień, wątpią w sens tego wszystkiego, a przede wszystkim młodym ludziom. Tak piękną opowieść głównie o przyjaźni można stawiać w jednym rzędzie z „Małym księciem”.

 

„- Zgadzam się z tobą… Problem w tym, że dalej jest jeszcze rzeka tekstu… Długie, bardzo długie monologi… Nauczenie się tego to byłaby męka… Ale fakt, szkoda tak urywać, bo najładniejsze w tej scenie jest zakończenie, zobaczysz, kiedy Oktaw się wkurza i tłumaczy Kamilii, że owszem, wszyscy faceci to złamasy, i owszem, wszystkie kobiety to zdziry, ale nie ma na świecie nic piękniejszego niż to, co może się wydarzyć między takim złamasem a taką zdzirą, kiedy się kochają…”

 

Ocena: 10/10

 

Za udostępnienie bardzo dziękuję Wydawnictwu Literackiemu.