Uważaj, żeby się nie zakrztusić.

Rodzaj: thriller, kryminał, komedia
Język: polski [przekład z języka angielskiego - Anna Skucińska]
Stron: 304
Wydawca: Wydawnictwo Imprint

Witajcie! Kurczę, pierwsza recenzja nowego roku – jest presja, co nie? ;) Wybrałam dzisiaj coś lekkiego, przy czym można się zrelaksować, nie trzeba zbyt wiele myśleć. Myślę, że po maratonie świąteczno-sylwestrowym wielu przyda się taki reset. Sama jestem ledwo żywa. Ostatnie dwa tygodnie były chyba najbardziej aktywnymi w minionym roku. Praca po 9 godzin dziennie, wyjazdy do rodziny i z powrotem, bieganie, choroba i miliony spraw na głowie. Ale był to chyba też najprzyjemniejszy czas. Święta mają jednak swój specyficzny urok. A jeśli już przy temacie specyficznego uroku jesteśmy, czy mówi wam coś komedia kryminalna? Tak? Wiecie już więc, czego się spodziewać. A jeśli kompletnie nic nie dzwoni – zaraz wszystko się wyjaśni. Zapraszam :)

Terri L. Austin jako dziewczynka, myślała, że wyrośnie z tworzenia historii i wyimaginowanych przyjaciół. Zamiast tego oparła na tym swoją karierę. Poznała swojego własnego księcia z bajki i razem żyją w stanie Missouri.

Pierwsza książka z serii o niepozornej studentce i kelnerce Rose Strickland, która ma całkiem zwyczajne, dosyć nudne życie. Wszystko jednak zaczyna się zmieniać, gdy w niewyjaśnionych okolicznościach znika jej najlepszy przyjaciel Axton. Pewnego dnia odwiedza Rose w restauracji i, nic nie wyjaśniając, zostawia jej swój plecak. Od tego czasu nie ma z nim żadnego kontaktu, a Rose zaczyna mieć na głowie coś więcej niż tylko serwowanie kawy i naleśników. Wspomagana przez zaprzyjaźnioną fankę mangi i dziwnych strojów, swoją siedemdziesięcioletnią szefową i dwóch życzliwych komputerowców, Rose rozpoczyna prywatne śledztwo, które doprowadzi ją do świata politycznej korupcji, nielegalnego hazardu i podejrzanych interesów.

Już na wstępie przyznaję, że historia, którą poznałam, jest bardziej zakręcona niż muszla po ogórkach – akcja, bohaterowie, miejsca. Sama nie wiem, co myśleć. Czy bardziej czuję podziw za wyobraźnię autorki, czy przytłacza przeładowanie. Komedia kryminalna rządzi się swoimi prawami. Parę razy zdarzyło mi się parsknąć śmiechem, jednak poziom absurdu w wielu momentach porażał i odbierał realizm kreowanej rzeczywistości. Chyba jednak jeszcze za mocno stąpam po ziemi, żeby wsiąść beztrosko na taką karuzelę nieprawdopodobności. Albo przeczytałam za dużo pełnokrwistych kryminałów. Ewentualnie oba te punkty. Główna bohaterka z jednej strony intryguje, z drugiej denerwuje. Jest w niej coś z rozpuszczonego, bogatego dzieciaka, który jest tak zawzięty, że pozbywa się korzyści pieniężnych z urodzenia i za nic nie zmieni zdania. Nawet wtedy, gdy życie wali się jej na głowę. Nie i koniec. Zaobserwowałam też tutaj kompleks romansu [tak, stworzyłam to na potrzeby recenzji]. W prawie każdej powieści romantycznej kilku mężczyzn adoruje główną bohaterkę albo jeden niesamowity facet przepada bez reszty z miłości do niej. Najczęściej jest to zwykła szara myszka, ale „dla niego absolutnie wyjątkowa”. Tutaj też prawie wszystkie męskie postacie ślinią się na widok Rose. Na końcu autorka ostro pojechała po bandzie, bo ni z tego, ni z owego wyskakuje czarny charakter. Twist zupełnie zbędny i tylko zaniżył jakość całości. Jednak powiem wam szczerze, że kiedy zobaczyłam logo NorthStar podczas jednej z podróży to przeszedł mnie mały dreszcz ;) Nie jest to pozycja wybitna – nie czytałam jej z zapartym tchem, występowała pewna powtarzalność, a język to przeciętna przeciętność. Miałam nadzieję na coś w stylu Chmielewskiej, ale wyszło trochę na opak.

Polecam z całego serca na zimową pluchę i chwilę wypoczynku. Sprawdzi się idealnie jako przerywnik między cięższymi lekturami.

Ocena: 5/10

 w przygotowaniu

Bilet w jedną stronę?

Rodzaj: thriller
Język: polski
Stron: 384
Wydawca: Wydawnictwo Videograf

 

Witajcie! Mieliście kiedyś tak, że chcieliście bardzo mocno przeczytać książkę, rzucacie spojrzenie na pękającą w szwach półkę nieprzeczytanych powieści i wasz wewnętrzny czytelnik robi przeciągłe „naaaah…”? Jeśli tak, dobrze znane jest wam uczucie, które dopadło mnie ostatnio. Nie mogę się przemóc. Jednak jest jedna nowość, która złamała złą passę. Chcecie wiedzieć, o którą pozycję chodzi? Zapraszam :)

 

Przemysław Piotrowski – urodzony w 1982 roku w Zielonej Górze, gdzie mieszka z żoną Kasią i synem Jakubem. Były dziennikarz sportowy, a potem śledczy w „Gazecie Lubuskiej”. Absolwent Uniwersytetu Zielonogórskiego, studiował również na uczelniach w Hiszpanii i USA. Obecnie pracuje w branży naftowej w Norwegii. Pasjonat sportu, podróży, geografii i historii. Wychowany na Stephenie Kingu, Grahamie Mastertonie i Bernardzie Cornwellu, choć absolutny numer jeden to saga „Imperator” Conna Igguldena. W lipcu 2015 roku zadebiutował thrillerem pt. „Kod Himmlera”, a w czerwcu 2016 r. ukaże się jego kolejny thriller – „Droga do piekła”.

Były amerykański żołnierz John Pilar zostaje skazany na śmierć za zamordowanie swojej rodziny w wyjątkowo bestialski sposób. Kat wstrzykuje mu zabójczą mieszankę, ale to nie koniec jego podróży. Po drugiej stronie budzi go odrażająca woń siarki… Jego młodszy brat Lukas, były nowojorski policjant, a dziś zapijaczony detektyw, nie wierzy w jego winę. Odkrywa, że naczelnik więzienia, w którym zginął brat, nie ma krystalicznie czystego sumienia. Razem z młodą dziennikarką Rose Parker rozpoczynają prywatne śledztwo i wpadają na trop mrocznego spisku. Z każdym dniem coraz bardziej zagłębiają się w matni pierwotnego zła, niewyobrażalnego okrucieństwa i zdziczałej przemocy. Czy oczyszczą Johna z zarzutów, czy może dokopią się do prawdy tak przerażającej, że nawet samo piekło wydaje się jedynie drobną igraszką? Droga do piekła zabierze Cię w otchłań zła, gdzie trupi odór i kwaśna woń śmierci są jedynie finezyjnym zaproszeniem do skrzętnie skrywanej, mrocznej tajemnicy ludzkości. 

Ile ja się nawkurzałam przy tej książce, wie tylko P. Brutalność i jawna bezduszność niektórych bohaterów i zbrodni przyprawiała mnie o szewską pasję. Musiałam to z siebie wyrzucić, a teraz po kolei. Całość prowadzona jest dwutorowo – mamy perspektywę brata Johna, Lukasa, oraz samego Johna, który trafił do piekła. Wizja tego miejsca została przedstawiona bardzo dosadnie, bez owijania w bawełnę. Za nic w świecie nie chcielibyście tam trafić. Paskudne postaci rodem z „Apokalipsy” św. Jana i „Boskiej komedii” Dantego. Nie ma ona nic wspólnego ze współczesnymi obrazami tego miejsca – ugładzonego i mało strasznego. Tutaj Piotrowski trafił w punkt, którego moim zdaniem bardzo brakuje w literaturze. W powieści dzieje się sporo – kryminalne sprawy gonią psychologiczne przepychanki i sceny ukrywania się. Fabuła bardzo dobrze odsłania ciemniejszą stronę ludzkiej natury – przepełnioną nieskończonym złem, bestialstwem i przemocą. Nawet najbardziej ekstremalne zboczenia i perwersje znalazły tutaj swoje miejsce. Dla niektórych ta bezpośredniość scen i języka jest wadą. Dla mnie idealnym uzupełnieniem przekazu, jaki kreuje autor. Zastanawialiście się, jaki wpływ na współczesnego człowieka mają media? Tutaj znajdziecie odpowiedź – nauczyliśmy się bez zastanowienia przyjmować wszystko, co nam pokazują. Nieważne, co by to było. Postaci są dopięte na ostatni guzik, chociaż przyznaję, że trudno je lubić. Nie spotkacie tutaj papierowych bohaterów i za tę trójwymiarowość należą się brawa. Książka nie jest typowym thrillerem. Łączy w sobie także elementy horroru i kryminału, więc trafi w gusta wielu. W skrócie „Droga do piekła” to opowieść o pożądaniu, wartości pieniądza i miłości [nie tylko tej romantycznej], ale również bierze pod lupę ciemną stronę więziennictwa, dziennikarstwa i bogactwa. Czekam na kolejną powieść Przemysława Piotrowskiego. Kto wie, może tym razem umiejscowi ją w rodzinnej Zielonej Górze. Dla mnie byłby to kąsek nie lada ;)

 

Jeśli macie słabe nerwy, lepiej nie zabierajcie się za tę książkę. Dla odważnych – polecam z całego serca.

 

Ocena: 9/10

 

„Czasem czuł, jakby żył w jakimś matriksie. Patrzył na ludzi jak na masę bezmózgich zombie, karmionych medialną papką, którymi można kierować jak zaprogramowanymi robotami.”

Za egzemplarz dziękuję z całego serca Wydawnictwu Videograf

Pod rękę z Majami zmierzajmy ku ruinom.

Rodzaj: thriller, sensacja
Język: polski [tłumaczenie z języka angielskiego]
Stron: 400
Wydawca: Wydawnictwo Albatros

Książka, o której dzisiaj chcę opowiedzieć, na początku bardzo opornie „wchodziła” do mojego krwiobiegu. Wypożyczona z biblioteki na szybko, bo biegłam po pracy oddać zaległe książki, a i do czytania coś by się przydało. Potem prędko coś do zjedzenia, bo inne obowiązki już waliły w drzwi, okna i ściany, próbując się przebić. I tak oto książkę rzuciłam na biurko i zapomniałam. Przypomniałam sobie o niej, kiedy chwyciłam ją w biegu [tak, to był ciężki, biegany miesiąc] w drodze na dworzec. Przeczytałam kilkadziesiąt stron i rzuciłam do torebki, bo nie wypada w odwiedzinach czytać po kątach. Ale o jaką książkę chodzi? O „Ruiny” Scotta Smitha.

Autor to pisarz amerykański, absolwent Uniwersytetu Columbia. Twórca dwóch książek, obie stały się bestsellerami: wspomniane „Ruin”, którymi zachwycony był sam Stephen King, oraz „Prosty plan”. Jego scenariusz do „Prostego planu” otrzymał nominację do Oscara. Informacji o autorze jest niewiele zarówno w książce, jak i w poszukiwaniach internetowych. Zadziwiający jest fenomen jego powieści – obie odniosły sukces. Od 2006 roku czekamy na nowy twór tego autora.  Dreamworks stworzyło na podstawie książki film z 2008 roku, jednak po obejrzeniu trailera jest to raczej luźny związek niż wierne odwzorowanie.

Opowieść rozgrywa się w nadmorskich i upalnych krajobrazach Meksyku. Dwie zaprzyjaźnione pary Amerykanów: Jeff i Amy oraz Eric i Stacy spędzają razem wakacje. Poznają nowych ludzi, cieszą się beztroską przez kolejnym etapem życia pod znakiem dorosłości. Kiedy poznają Mathiasa, zamkniętego w sobie Niemca, którego brat zaginął w trakcie jego wyprawy na wykopaliska archeologiczne, postanawiają mu pomóc. Ruszają jego tropem, odczytując notatkę, którą zostawił przed wyjazdem. Docierają do wioski Majów, a następnie brną dalej w dżunglę. Trafiają na wzgórze, które zostało porośnięte piękną winoroślą. Ekspedycja ratunkowa zamienia się w walkę o własne przetrwanie. Jaką tajemnicę kryje wzgórze? Kim są tajemniczy Majowie? I gdzie jest zaginiony mężczyzna? Wszystkie pytania mają swoje odpowiedzi, ale niektórych z nich nie chcielibyście poznawać.

Jak na wstępie wspominałam, początki były ciężkie. W wirze obowiązków miałam niewiele czasu, żeby się wciągnąć w akcję. Pierwsze kilkadziesiąt stron było ciężkie do przełknięcia, ale gdzieś w okolicach połowy objętości trudno było mi się oderwać i wprost ją łykałam. Groza również narastała wprost proporcjonalnie do zbliżania się do końca. Długa zastanawiałam się, czy ta książka jest aż tak dobra, czy aż tak kiepska. Po kilku dniach od zakończenia, skłaniam się ku pierwszej opcji. Wiele scen jest wprost makabrycznych, a moja wyobraźnia kaleczyła się o litery wciąż pędząc do przodu w wizualizacji. Jedną z rzeczy, która mnie rozczarowała jest zakończenie. Rozwiązanie historii przyjaciół trochę pisane na odczepnego. Wszystko wyjaśnia się na kilku ostatnich stronach. Bohaterowie są dosyć dobrze skonstruowani, jednak trudno jest się z nimi identyfikować. Są bardzo specyficzni i mam wrażenie, że autor chciał zrobić przekrój zachowań – od tchórzliwych do odważnych i pełnych życia. Mimo wszystko czytało się przyjemnie i ogóle odczucia są jak najbardziej na plus. Z ciekawości sięgnę po film na dokładkę.

Polecam fanom dreszczyku emocji, podsycanego dodatkowo elementami sztuki przetrwania. Na pewno nie przed pójściem spać – ryzyko koszmarów związanych z treścią jest zbyt duże.

 

- Nie przejmuj się, skarbie – powiedziałam. – Okay? Zobaczysz. Wszystko się ułoży.

Więła ją pod rękę, pociągnęła za sobą. Amy nie stawiała oporu; weszły na ścieżkę razem, ramię w ramię. Jeff i Mathias znikali już w cieniu, ptaki nad głowami krzykiem oznajmiały ich przemarsz przez dżunglę.”

 

Ocena: 8/10

Była to jedna z tych nocy, w których nie ma nadziei na świt.

Rodzaj: thriller, kryminał, sensacja
Język: polski [tłumaczenie z języka angielskiego]
Stron: 448
Wydawca: Wydawnictwo Albatros

Lubię wyprzedaże. Szczególnie takie w ogromnych supermarketach, gdzie przejście z jednego końca sklepu na drugi powoduje ból stóp. Tam łatwiej się znaleźć drugą osobę dzwoniąc, gdzie się aktualnie znajduje i żeby tam stała i nie ruszała się o krok, niż poszukać chodząc od regału do regału. Co jakiś czas zdarzają się tam duże obniżki cen książek. Wtedy też pojawiają się ogromne stoliki lub kosze. A ja tylko na to czekam. Owszem, kopanie w stosach zajmuje dużo czasu, ale wyobraźcie sobie, jaką satysfakcję przynosi znalezienie tej jednej, jedynej książki w tak śmiesznie niskiej cenie. No ewentualnie siedmiu książek. Na jednej z takich akcji znalazłam „Co wie noc” Deana Koontza. Jakie było moje zdziwienie, kiedy normalne wydanie, nie kieszonkowe, zapłaciłam dziewięć złotych.

 

Deana Koontza nie trzeba przedstawiać fanom horrorów. Razem z Grahamem Mastertonem i Stephenem Kingiem są wielką trójką światowych powieści grozy. Przynajmniej dla mnie. Zaczął pisać pod koniec lat 60., skupiając się początkowo na powieściach science fiction. Później porzucił ten gatunek i częściowo pod prawdziwym nazwiskiem, częściowo pod pseudonimami zajął się pisaniem thrillerów i horrorów. Przełomowym okazał się rok 1980, kiedy ukazała się powieść „Szepty”. Do tej pory, na podstawie jego utworów powstało czternaście ekranizacji. Jego dorobek to kilkadziesiąt powieści oraz liczne opowiadania sprzedane w łącznej ilości 450 milionów egzemplarzy.

John Calvino jest policjantem z wydziału zabójstw. Przed dwudziestu laty psychopatyczny zabójca Alton Blackwood bestialsko zamordował jego rodziców i siostry, a wcześniej zabił trzy inne rodziny. Teraz w jego mieście popełniono identyczną zbrodnię: młody chłopiec zabił wszystkich członków swojej rodziny w ten sam sposób i w tej samej kolejności, stosując takie same rytuały, jak przedtem Blackwood. Zaniepokojony tym podobieństwem, John próbuje ustalić związek pomiędzy przeszłością a teraźniejszością i dokonuje przerażającego odkrycia: Blackwood, pochowany przed dwudziestu laty, jakimś cudem powrócił do świata żywych i zamierza powtórzyć całą serię morderstw. Złowrogi upiór zaczyna prześladować rodzinę Johna, którą wybrał sobie na ostatni cel. John rozpaczliwie szuka sposobu, żeby ocalić swoich bliskich przed niewidzialną, niematerialną siłą, zdolną przybierać niemal dowolną postać. Tymczasem wokół niego zaczynają ginąć ludzie, morderca z zaświatów konsekwentnie realizuje swój obłąkany plan, a termin ostatecznej rozgrywki zbliża się nieubłaganie. Jak można pokonać przeciwnika, który posiadł moc zmartwychwstania i nie całkiem bezpodstawnie uważa się za wcielenie samej Śmierci?

Jeden dzień. Tyle zajęło mi przeczytanie tej książki. Byłam tak wciągnięta w fabułę, że nie zasnęłabym, gdybym nie skończyła. Tak więc czytałam w samochodzie, w oczekiwaniu na brata na ławce, w tranwaju, kiedy jechałam na uczelnie. Wszędzie. Historia została przedstawiona w mistrzowski sposób. Autor odkrywał powoli poszczególne karty, które prowadziły do nieubłaganego końca. Szkoda, że tak szybko. Jednak gdyby książka była dłuższa, zniszczyłaby efekt. Dean Koontz jest dla mnie jednym z nielicznych autorów, którzy potrafią mnie autentycznie przerazić. O tyle, o ile filmowe horrory przyprawiają mnie o dwojakie reakcje: niepowstrzymany śmiech [właśnie dlatego rzadko oglądam je z moim chłopakiem, którego to zachowanie doprowadza do białej gorączki] lub panikę. O tyle książki o tej samej tematyce z reguły mnie nudzą. Tutaj się nie zawiodłam. Poza tym całość naszpikowana jest obrazami różnych artystów. Z całego serce zachęcam do obejrzenia podczas czytania. Bohaterowie są bardzo ludzcy, przez co bardzo łatwo się do nich przywiązać. Jeśli ktoś z was nie lubi wątków fantasy, mimo wszystko polecam sięgnąć po tę pozycję. Koontz tak umiejętnie łączy wątki nierealne i obyczajowe, że czyta się niezwykle płynnie i przyjemnie.

Polecam fanom horrorów i thrillerów psychologicznych. Ostrzegam, żebyście zarezerwowali sobie cały dzień – nie oderwiecie się szybciej.

 

„Nie chciał jej niepokoić. Jeszcze nie. Chciał najpierw logicznie wyjaśnić powody swojego zaniepokojenia.

- W pracy wpadłem na kogoś, kto wspomniał o króliczych uszach Minnie na jej urodzinach. Ktoś mu przysłał e-mailem jej zdjęcie. Nie pamiętam, kto to był.

- No, ona wygląda przeuroczo w tych uszach, a wiesz, że ludzie wymieniają się rzeczami, które im się spodobały. Pewnie umieścili tę fotkę na niejednej witrynie. Słodkiebuzie-kropka-com, Króliczeuszy-kropka-com…

- Drapieżnipedofile-kropka-com.

Nicky wstała.

- Czasami odgrywasz supergliniarza, kiedy zwykły gliniarz całkiem by wystarczył.”

Ocena: 9/10

[PRZEDPREMIEROWO] Dlaczego arystokraci to zazwyczaj wilki w owczych skórach?

Rodzaj: thriller
Język: polski 
Stron: 380
Wydawca: Wydawnictwo Novae Res

Już na wstępie muszę Was przeprosić, ale moje skrzętne notatki, które poczyniłam, czytając tę książkę w święta chyba wylądowały gdzieś między opakowaniem po uszkach a obierkami warzywnymi. Jednym słowem zaginęły w akcji i nie mogę ich odnaleźć od kilku dni, więc będę się starała z pamięci napisać wszystko to, co chciałam. „Ród wyklętych” nie wygląda zachęcająco, jeśli chodzi o okładkę – jest raczej przeciętna i nie przyciąga. Jednak kiedy zajrzałam już na pierwszą stronę to mnie pochłonęło. Mówiłam sobie „Ania, zostaw sobie coś na jutro”, ale po kilkunastu minutach nie mogłam się już powstrzymać i siedziałam z nosem między stronami. Chcecie wiedzieć, co mnie tak wciągnęło?

 

Maggie Moon to pseudonim literacki młodej, początkującej autorki. Zadebiutowała dwa lata temu powieścią zatytułowaną „Posiadłość”, w której ujawniła swoje wielkie zainteresowanie wiktoriańską Anglią. Ma 24 lata, uwielbia kawę, studiuje i mieszka w Krakowie. Jest miłośniczką dobrej literatury. „Staram się nie zamykać na żaden gatunek, jednak najbliższe mojemu sercu są thrillery oraz powieści historyczne. Z przyjemnością sięgam również po klasykę.  Dobra książka to dla mnie taka, którą czyta się świetnie nawet jeśli można przewidzieć co się stanie. To powieść, którą można przeczytać więcej niż dwa razy i zawsze odnajdzie się w niej nowy, niezauważony wcześniej detal. Dla mnie to między innymi „Milczenie owiec”, „Gormenghast”, czy „Ania z Zielonego Wzgórza”. Dobra książka to taka, od której się nie oderwę i idąc na tramwaj prędzej czy później wpadnę na słup, przechodnia czy wyjątkowo paskudną kałużę. To również powieść, po której ma się tak zwanego kaca książkowego.” Zapraszam na resztę wywiadu z Maggie Moon na blog Ani z asymaka.blogspot.com 

Noel Debrett powraca. Zara wie, a raczej przeczuwa, że się zbliża. Przy pomocy przyjaciół stara się wrócić do normalnego życia i rozwiązać tajemnicę śmierci młodszej siostry Zoe. Tymczasem na prestiżowej Akademii Sztuki w Londynie dochodzi do tragedii. Gdy prywatne śledztwo młodej malarki odsłania kolejny szokujący sekret rodu Debrettów, dla Zary zaczyna się walka, w której stawką jest jej życie. Czy mroczny klan arystokratów znów da o sobie znać?

Zaznaczę to już na początku, bo niektórzy mogą się naciąć, czytając opis lub sugerując się okładką – to nie jest książka dla młodzieży, a tym bardziej wrażliwych osób w każdym wieku. A kiedy mówi to osoba, która za pan brat jest z książkowymi horrorami, to coś jest na rzeczy. Momentami musiałam przerywać, bo mój umysł nie wytrzymywał natłoku okropieństw opisanych na kartach. Ale mówiąc o samej książce była ona zaskakująco dobra. Na pewno nadrobię pierwszą część przygód Zary. Jeśli jesteśmy już przy tym temacie – warto jednak zajrzeć do poprzedniej powieści, bo wielokrotnie nie za bardzo wiedziałam, o co chodzi w „Rodzie wyklętych”, a co swoją odpowiedź miało właśnie w „Posiadłości”. Postać głównej bohaterki jest bardzo dobrze skonstruowana i żyje między wątkami kryminalnymi, nie jest ograniczona tylko do historii z Debrettami. Chociaż postacie drugoplanowe mogłyby być bardziej trójwymiarowe. Na pewno nie raz zaskoczą Was zwroty akcji, które pojawiają się nie tylko w temacie Zary, ale też śmierci Zoe. Jedyne, do czego mogę się przyczepić, to łączenie współczesności z epoką wiktoriańską. I o tyle, o ile mogę uwierzyć, że nosili stare ciuchy i mieszkali w posiadłościach, o tyle trudno mi sobie wyobrazić zderzenie ich postaci na dzisiejszych ulicach. Zgrzytnęło mi to nieco. I wielkie brawa za ostateczne starcie między Noelem i Zarą [to nie spoiler, wszyscy wiedzieli, że musi do tego dojść, chociaż okoliczności są ciekawe] – majstersztyk trzymający w napięciu. Jednym słowem nie spodziewałam się tak dobrego thrillera fantasy z elementami realistycznymi i historycznymi. Uff – zakręcone, niemal na granicy niemożliwego, a jednak się udało.

Polecam amatorom mocnej literatury, którzy nie boją się sięgnąć po kobiecą autorkę i którzy chcą, żeby zjeżył im się włos na głowie. Mi osobiście przypominała klimatem niektóre powieści Mastertona.

 

„Zara, nie odrywając wzroku od kartek, uśmiechnęła się, widząc, jak postać podchodzi do łóżka, wsuwa się pod kołdrę i zakleszcza ręce wokół jej łydek.

- Zoe, wyłaź! Nie można siedzieć pod kołdrą.

- Czemu? – wesoły dziecięcy głos rozbrzmiewał gdzieś w okolicy nóg Zary.

- Bo braknie ci powietrza.

Wymacała pościel w poszukiwaniu głowy siostry. Znalazłszy ją, poklepała pieszczotliwie. Zoe roześmiała się, jej oddech łaskotał skórę Zary.

- No chodź.

- Boję się. – Dziewczynka spoważniała, zakleszczając ramiona ciaśniej wokół nóg siostry.

- Czego, skarbie?

- Tu jest ciemno.

- Pod kołdrą? To wyjdź.

- Nie, tu jest ciemno.

Zara zmarszczyła brwi i odłożyła książkę.

- O czym ty mówisz? Gdzie jest ciemno?

- Tu. – Głos Zoe brzmiał tak, jakby dochodził zza ściany. – W grobie.

Zara szarpnęła za kołdrę, książki i zeszyty zsunęły się na podłogę.

Na prześcieradle leżały pożółkłe kości, z ramionami oplecionymi wokół jej łydek.”

 

Ocena: 9/10

Za możliwość przeczytania dziękuję wydawnictwu Novae Res