Latarnia przyzywająca umarłych.

Rodzaj: sensacja, kryminał
Język: polski
Stron: 600
Wydawca: Wydawnictwo Muza

Witajcie! Kiedy dowiedziałam się, że wyszła kontynuacja „Sedinum”, miałam mieszane uczucia. Z jednej strony cieszyłam się, że poznam dalsze przygody bohaterów, a z drugiej obawiałam się objętości powieści. Pamiętam, że z jedynką mierzyłam się przez tydzień bodajże. Dwójka jest nieco mniejsza, ale czy zawiera również mniej ciekawe historie? Zaraz się dowiedzie. Na marginesie tylko wam szepnę, że podsunęłam „Sedinum” mojemu bratu i stwierdził, że naprawdę dobra ;) Nie przedłużając, zapraszam na recenzję :)

Leszek Herman – szczecinianin, z wykształcenia architekt. Od 1997 projektant i współwłaściciel szczecińskiej Pracowni Projektowej Konserwacji Zabytków. W latach 1993–1995 był autorem cyklu artykułów dla „Gazety Wyborczej” o niezwykłych budynkach i miejscach w Szczecinie i na Pomorzu, ilustrowanych własnymi odręcznymi rysunkami. Od 2005, wraz z bratem Marcinem, prowadzi autorską pracownię projektową. Prywatnie miłośnik tajemnic historycznych i architektonicznych, historii sztuki, dobrej książki, roweru, jazdy konnej i spotkań przy piwie z przyjaciółmi.

Akcja „Latarni umarłych” rozgrywa się w rok po wydarzeniach opisanych w „Sedinum – wiadomość z podziemi”. Troje młodych ludzi – Paulina, Igor i Johann – zostaje ponownie wplątanych w sensacyjne śledztwo, tym razem dotyczące pewnego morderstwa. Dawno, dawno temu, w pewnym małym miasteczku nad samym morzem, w starym średniowiecznym zamczysku rodzi się chłopiec, który niedługo potem zostaje królem całej Skandynawii, a w ówczesnej Europie jest nazywany Cesarzem Północy. Mijają wieki. Rok 1941. Mroźną listopadową porą, w samo południe, nieopodal miasta dochodzi do potężnej eksplozji, która kładzie pokotem wszystkie drzewa i wybija szyby w oknach w całej okolicy. Fala uderzeniowa odczuwalna jest w promieniu kilkudziesięciu kilometrów, a w pewnej starej kaplicy zapada się posadzka. Blisko osiemdziesiąt lat później pewnego wiosennego dnia do redakcji popularnego, szczecińskiego dziennika przychodzi wiadomość od pewnego staruszka. W jego kolejnych listach nieprawdopodobne wspomnienia i sensacyjne szczegóły przeplatają się z urojeniami z czasów wojennych. Zajmująca się tym tematem dziennikarka Paulina Weber zaczyna wątpić w zdrowie psychiczne nadawcy. Gdy w ostatnim liście zdradza on, że od wielu lat ukrywa zakopane w piwnicy zwłoki, jest już tego pewna…  Pozostawione przez niego stare dokumenty z wolna zaczynają jednak odsłaniać mroczne wydarzenia, które za czasów drugiej wojny światowej rozegrały się w sennej, nadmorskiej scenerii…

„Latarnia umarłych” to kolejna obszerna publikacja na koncie Leszka Hermana [600 stron robi wrażenie], napisana z dbałością o detale i zawierająca w sobie wiele z pasji autora – historii sztuki, architektury oraz tajemnic II wojny światowej. Dla każdego poszukiwacza ciekawostek, szczególnie Pomorza, pozycja kusząca. Czy poleciłabym ją na odstresowanie albo urlop? Podoba mi się, ale nie. To ceglisko potrafi przygnieść niejedno, szczególnie urlopowy klimat. Na powolne wieczory po pracy – jak najbardziej. I tu właśnie wychodzi kolejny problem. Czy przez rok można napisać pełnokrwistą powieść o takiej objętości? Można. Ale w przypadku „Latarnii umarłych” zabrakło tego czegoś. Nie ma tego błysku w oku niczym u Indiany Jonesa, kiedy dokopujemy się do kolejnych warstw zagadki. Jest ok, ale nie ma już takiego szału, jak przy pierwszej części. Jeśli nie wgryziecie się od razu – nie szkodzi. Wątków i postaci jest tak wiele, że trudno się w tym połapać przy powolnej akcji. Podziwiam autora i szanuję jego pracę, jednak w tym przypadku po prostu nie pykło. Leszek Herman posiada niewątpliwie dobry, lekki styl i z ciekawością będę wypatrywała jego publikacji na rynku wydawniczym. Pobudza wyobraźnię i sprawia, że ma się ochotę poszperać w bibliotece w poszukiwaniu ciekawostek o swoim regionie.

Wielbiciele architektury i sztuki będą zadowoleni – perełka wizualna jeśli chodzi o przedstawienie świata i skarbnica wiedzy. Dla osób o większej ilości czasu na czytanie.

 

6/10

Za egzemplarz dziękuję z całego serca Wydawnictwu Muza

Umierasz i cię nie ma.

Rodzaj: kryminał, sensacja
Język: polski
Stron: 496
Wydawca: Wydawnictwo Muza

Witajcie! Kiedy otrzymałam propozycję recenzji dwóch tomów Mariusza Ziomeckiego, od razu się zgodziłam. Wszak kryminały to moja broszka, więc nie mogłam odmówić. Autora nie znałam, ale cóż mi mówiło, że będzie dobrze. Zgrabne okładki i intrygujące opisy przeważyły szalę. Zawsze jestem łasa na dobrą powieść policyjną. Hit czy kit? Zapraszam na recenzję :)

 

Mariusz Ziomecki (ur. 1952) – polski pisarz, dziennikarz i publicysta. Do 1981 był dziennikarzem warszawskiej Kultury. W 1982 wyjechał do Stanów Zjednoczonych, gdzie pracował jako jeden z głównych komentatorów dziennika The Detroit Free Press. W latach 1998–2000 dzielił funkcję redaktora naczelnego dwutygodnika Komputer Świat z Wiesławem Małeckim. Następnie w 2003 roku objął funkcję redaktora naczelnego dziennika Super Express. Redaktor naczelny tygodnika Przekrój od 2006 roku do lipca 2007. W latach 2007–2008 był redaktorem naczelnym Superstacji i prowadził program Rezonans. Od września 2008 roku wydawca programu Konfrontacje w Polsacie, a od maja 2009 do końca lutego 2010 redaktor naczelny serwisu publicystycznego redakcja.pl.Od listopada 2009 do maja 2010 był redaktorem sponsorowanego przez Narodowy Bank Polski serwisu internetowego ObserwatorFinansowy.pl i jednocześnie doradcą Prezesa NBP. Następnie pracował dla firmy kosmetycznej Inglot. Od 2014 na antenie Polsat News 2 prowadzi program publicystyczny Prawy do lewego, lewy do prawego.

Para wypalonych gliniarzy – ona policyjny psycholog, on najskuteczniejszy śledczy w wydziale zabójstw Komendy Stołecznej Policji – przechodzi w stan spoczynku gdy przydarza im się spóźnione, niespodziewane rodzicielstwo. Decyzję mężczyzny o odejściu przyspiesza konflikt z przełożonymi; podinspektor Roman Medyna nie potrafi zostawić gorącego tropu gdy szefowie tego oczekują. Kiedy czyjaś niewidzialna ręka z policyjnej wierchuszki blokuje jego czynności w sprawie pedofilii, Medyna rewanżuje się przeciekiem do mediów. Oboje inkasują odprawy, sprzedają mieszkanie i już jako cywile zaczynają stawiać niewielki pensjonat na malowniczej skarpie nad samym Zalewem Zegrzyńskim. Po latach niszczącej psychicznie pracy, która regularnie stawia policjantów w obliczu aktów ludzkiego bestialstwa, mają nadzieję zbudować prywatny raj: zacząć cichą egzystencję hotelarzy, skoncentrować się na wychowaniu potomka i na życiu rodzinnym. Jednak ich pieniądze się kończą szybciej niż budowa, na dodatek w okolicy zaczyna się koszmar…  Trzy osoby, burmistrz miasteczka i dwie młode kobiety z organizacji ekologicznej, padają ofiarą tajemniczego zabójcy – lub prawdopodobniej zabójców – na pokładzie starego statku wycieczkowego, który ktoś uprowadził z portu i zacumował na widoku naszych bohaterów. Ci początkowo nie widzą powodu, by bliżej zajmować się tą sprawą; to już nie jest ich problem, mają dość własnych. Jednak od sensacji trudno jest uciec: gdy gazeta publikuje szokujące zdjęcia z miejsca zbrodni, policyjni emeryci analizują je inaczej niż ich sąsiedzi. Spekulują, któremu z kolegów przypadnie śledztwo i daje się wyczuć, że obojgu trochę jednak zaczyna brakować adrenaliny, którą wyzwala policyjna robota…

 

Fabuła nie ogranicza do jednego wątku. Dominuje sprawa bestialskiego morderstwa nad Zalewem Zegrzyńskim, ale przeplata się ona z wątkiem pedofilskim, służbami specjalnymi oraz koneksjami policji, polityki i mediów. Ciekawie przedstawiono również korupcję i wielowarstwową strukturę moralności we współczesnej rzeczywistości. Autor starał się zachować pewien balans między warstwą sensacyjną i obyczajową. Odbiło się to na dynamice, która zwalniała i przyspieszała. Ta książka jest jak dobry film sensacyjny o policjantach, zawodowych zabójcach i ludziach władzy. To dobra podstawa pod scenariusz. Kwestią, która przeszkadzała mi najbardziej jest ryzykowna narracja pierwszoosobowa. Kolejną kwestia to kwadratowy język – nie przeszkadzał w odbiorze, ale pod koniec zaczynał już irytować. Momentami leżała i kwiczała.  Inspektor Medyna nie zafascynował mnie aż tak bardzo, jakbym się spodziewała. Bohaterowie są ciekawie skonstruowani. Z każdą stroną poznajemy ich lepiej przez niechronologiczne retrospekcje i wspomnienia. Postacie drugoplanowe są bardzo intrygujące, jednak poświęcono im niewiele czasu. Mam nadzieję, że to się zmieni w następnych tomach przygód podinspektora. Otrzymujemy  wgląd w struktury wewnętrzne nie tylko policji, ale również wywiadu i organizacji wojskowych, a skrywają one wiele tajemnic. Nie spodziewałam się takiego zakończenia, jednak było ono logicznie wynikające z poszlak.

Układ książki idealny na urlop. Krótkie rozdziały, pisane prostym tekstem to dobry przepis na odstresowującą lekturę.

 

Ocena: 6/10

Za egzemplarz dziękuję z całego serca Wydawnictwu Muza

Wiadomość z podziemi. Stop.

Rodzaj: kryminał, sensacja
Język: polski 
Stron: 800
Wydawca: Wydawnictwo Muza

Tak, tak, tak! W końcu to, co kocham całym sercem – kryminał! Miałam takiego kaca po Krajewskim, zakończeniu serii o Popielskim, czyli świetnej „Arenie szczurów”, że jakoś nie po drodze mi było z tym gatunkiem literackim. Siedziałam w fantasy i różnych innych klimatach. Kiedy otrzymałam „Sedinum” na początku przeraziła mnie objętość tej powieści – bite 800 stron akcji. To dotychczas chyba najgrubsza książka na mojej półce. Czy przeczytana w całym życiu? Raczej nie, ścierałam się już z bardziej opasłymi tomami. Jak widać zwycięsko ;) Jakie zatem mam wrażenia po lekturze? Zapraszam :)

 

Leszek Herman – szczecinianin, z wykształcenia architekt. Od 1997 projektant i współwłaściciel szczecińskiej Pracowni Projektowej Konserwacji Zabytków. W latach 1993–1995 był autorem cyklu artykułów dla „Gazety Wyborczej” o niezwykłych budynkach i miejscach w Szczecinie i na Pomorzu, ilustrowanych własnymi odręcznymi rysunkami. Od 2005, wraz z bratem Marcinem, prowadzi autorską pracownię projektową. Prywatnie miłośnik tajemnic historycznych i architektonicznych, historii sztuki, dobrej książki, roweru, jazdy konnej i spotkań przy piwie z przyjaciółmi.

W spokojny, piątkowy wieczór, w samym centrum miasta zapada się parking podziemny niedawno wzniesionego biurowca. Katastrofa budowlana odsłania nieznane podziemia, w których od końca wojny stoi wrak niemieckiej, wojskowej ciężarówki. Za, podziurawioną kulami szybą szoferki tkwi trup kierowcy, a na pace znajduje się ładunek, który wywraca do góry nogami spokojne życie kilku osób – architekta, który musiał się tutaj znaleźć z racji pełnionej funkcji, dziennikarki, która, zostając po godzinach w redakcji, mimowolnie stała się uczestniczką wydarzeń oraz potomka starej, pomorskiej rodziny, który na wieść o katastrofie przybywa do miasta swoich przodków. Ścieżki trojga nieznajomych łączy, niewinna początkowo, misja odkrycia tożsamości nieboszczyka. Okoliczności zaczynają się jednak coraz bardziej komplikować, a pojawiające się nowe pytania zmuszają ich do zagłębienia się w trudnej i pogmatwanej historii miasta i poszukiwania okruchów wydarzeń sprzed wielu wieków. Dopóki jedynymi problemami, które mają na głowie są demoniczna była żona, nadopiekuńcza matka czy wścibski szef nie jest tak źle. Gdy w lochach znajduje się jednak kolejny nieboszczyk, sprawy przybierają poważniejszy obrót. Na scenę wchodzą tajemniczy prześladowcy, a w tle pojawia się nazistowska tajemnica, w którą zamieszany był Werwolf. Tymczasem, na krystalicznie czyste od tygodni niebo zaczynają ściągać coraz ciemniejsze chmury. Do miasta zbliża się burza, jakiej bardzo dawno tutaj nie było…

Uff… Trochę czasu mi to zajęło, ale przebrnęłam przez „Sedinum”. Współczesny Szczecin – życie pędzi naprzód wirując między zabytkami i wieżowcami. Można tu spotkać najróżniejsze osobowości od niespełnionej dziennikarki, przez architekta z przeszłością, aż do Bogu ducha winnemu ciecia. Od samego początku zrobiło się gorąco. Nie ma szczypania się ze wstępami i wprowadzeniami. Mocne uderzenie, czyli to, co lubię najbardziej. Mimo wielowątkowości nie ma się wrażenia „przepakowania” i spokojnie można odnaleźć się w każdym z nich. Intryga zagęszcza się z każdą stroną, wciągając coraz to nowe postacie w swoją sieć. Leszek Herman przeskakuje w czasie i czerpie z historii Szczecina, skupiając się na czasach okołowojennych, jednak nie ograniczając do nich. Czuć, że autor jest z wykształcenia architektem, ponieważ wiele razy opisy skupiają się właśnie na tym elemencie krajobrazu. Czy to źle? Mam wrażenie, że właśnie przez opisy nieco zwalnia akcja, a to momentami nuży. Szkoda, bo gdyby ją przyciąć do około 600 stron, byłby istny rollercoaster. Fabuła to misternie budowana konstrukcja złożona z historycznych nawiązań, złożoności relacji między bohaterami, tajemnic i genialnego szczecińskiego klimatu. Największe smaczki wychodzą niczym potwory spod łóżka z przeszłości. Widać gołym okiem, że pisarz wiele godzin spędzał nad podręcznikami i innymi źródłami, co mi bardzo zaimponowało. Sama zaliczam się raczej do słomianych pasjonatów historii, jednak ten respekt dla ludzi, którzy autentycznie posiedli tajemną wiedzę, pozostał. Może to przez mojego brata ;) Jedną z nielicznych rzeczy, które mi przeszkadzały to małe zgrzyty w konstrukcji bohaterów. Miałam wrażenie, że czasami są nieprzemyślani. Czy zaryzykowałabym stwierdzenie, że Leszek Herman to polski Dan Brown? Potencjał jest ogromny, ale poczekam na drugą książkę tego autora, zanim wydam ostateczny werdykt. Jedno jest pewne – po lekturze „Sedinum” już nigdy nie spojrzę na Szczecin tak samo. A miejsca wymienione w powieści, trafią na listę do odwiedzenia przy okazji wycieczki w te strony.

Polecam fanom kryminałów i książek historycznych, nie tylko Szczecinianom. Warto przedrzeć się przez każdą z 800 stron, bo całość po prostu wymiata.

 

„- Panie sierżancie. Jest pewna komplikacja. Możemy pana prosić na stronę na moment? – rzekł cicho. – Lepiej, żeby za wiele osób o tym nie wiedziało – dodał.

Policjant popatrzył dziwnie, ale dał się odprowadzić na bok. Podeszli pod drzewa rosnące na skrawku trawnika między hotelem a zatoczką autobusową. Od strony hotelu, zza barierek odsuniętych przed momentem przez policjantów, powoli wjechał wóz strażacki i odjechał parę metrów od budynków. Igor odetchnął i w skrócie zrelacjonował policjantowi efekty ich karkołomnej ekspedycji.

Starszy sierżant w tym momencie uznał, że wydarzenia wykroczyły poza jego kompetencje.”

 

Ocena: 9/10

 

Za egzemplarz recenzyjny dziękuję wydawnictwu Muza oraz Business & Culture

[PRZEDPREMIEROWO] Rewolucja trochę… inna niż wszystkie.

Rodzaj: fantasy, sensacja
Język: polski
Stron: 326
Wydawca: Wydawnictwo Novae Res

Wygrałam! Wygrałam z tą książką! Nareszcie skończyłam ją czytać. Co za radość! Ale od początku. Lutowe poranki nigdy nie zachęcały do zbyt wielu aktywności. Co dopiero do wyjścia na zewnątrz. Ale musiałam się wygrzebać, żeby kupić najpotrzebniejsze rzeczy. I tak oto moim oczom, na dnie torby na zakupy, ukazał się zapomniany klocek z zaznaczeniem na dwudziestej którejś stronie. No jasne. Zapomniałam o tym na śmierć. I tak ostatnie trzy dni siłowałam się ze słowem pisanym, aż odniosłam zamierzony rezultat. O czym mówię? O „Rewolucji opłotkowej”Sylwestra Gigonia.

 

O autorze wam niestety dzisiaj nie opowiem. To tak tajemnicza i anonimowa osoba, że nijak nie mogłam znaleźć ani kontaktu, ani informacji o nim.

Gorr, sympatyczny siłacz obdarzony nadprzyrodzonymi zdolnościami, zostaje wezwany do Chłystkowa, by stawić czoła tajemniczej Wielkiej Trójce – władzy, która najpierw pięknymi słowami, a potem brutalnością opanowała okoliczne wioski i zamki, siejąc wszechogarniający terror. Liczne zabawne perypetie z udziałem bohaterów bawią, a jednocześnie w zadziwiający sposób odtwarzają znaną nam rzeczywistość. „Rewolucja opłotkowa” to barwna antyutopia, wciągająca Czytelnika od pierwszej strony i utrzymująca go w napięciu aż do samego końca.

Przez pierwsze kilkadziesiąt stron było ciężko. Dopiero potem wgryzłam się w słownicwo i klimat. A to bardzo pomogło z tempem czytania. Nie zrażajcie się, jeśli na początku trudno będzie się wam wczuć. A jeśli jesteśmy już przy klimacie to ten mocno przypomina „Wiedźmina”. Brak tu oczywiście Białego Wilka, czarodziejek z rodzaju Jennefer, ale bestie pod postacią komsomuli i źli czarownicy znaleźli swoje miejsce w opisywanej krainie. Już sama postać Gorra jest na tyle niebanalna, że z miejsca kochamy tego nieco naiwnego olbrzyma o dobrym sercu. Do drugiego głównego bohatera musiałam się przekonywać dłużej, ale w gruncie rzeczy mały chłop to nie gorszy od normalnego. A korupcja to rzecz powszechna w tej antyutopii, więc ma wybaczone. Jednego nie można odmówić powieści – humor wylewa się litrami. I nie mówię tutaj tylko o dowcipach traktujących o genitaliach, ale też humorze sytuacyjnym. Naprawdę jestem pod wrażeniem. Jedyne, co mi się bardzo nie podobało, to to, że właściwa historia jest w formie retrospekcji, bajki? Trudno to stwierdzić. Ale na końcu przyłapałam się na tym, że zrobiłam wielkie „co?!”, kiedy wróciliśmy do właświcego czasu. Szkoda, bo miałam nadzieję na kontynuację. Chociaż kto wie? Może się doczekam. Klimat świetny, język nieco szczękający między zębami jak żwir, ale do przełknięcia. Na pewno ciekawa pozycja dla wszystkich fanów fantasy. Jest niebanalnie, z humorem i przekornie. Nie jest to klasyczna antyutopia. Aaa! Zapomniałabym – genialna okładka. Wielkie brawa dla autora, oby więcej takich komiksowych frontów :)

Polecam każdemu fanowi sił nadprzyrodzonych i historii nieco nieprawdopodobnych. Warto.

 

„- Szaleją cholery za orzechami laskowymi. Dlatego udało ci się mnie porwać. Myślałem, że wiedziałeś. Komsomule podczas twojego ataku nie uciekały przed orzechami, ale je chwytały. Żrą ci one orzechy jak dzikie świnie żołędzie.

- Sugerujesz, by zwabić jedną z tych bestii w pułapkę, dając orzechy na przynętę? Brzmi jakoś głupio, mości Koszale, ale skoro wy to mówicie… – Gorr zaśmiał się i klepnął Opałkę w plecy.”

 

Ocena: 7/10

Za możliwość przeczytania dziękuję wydawnictwu Novae Res

 

Pod rękę z Majami zmierzajmy ku ruinom.

Rodzaj: thriller, sensacja
Język: polski [tłumaczenie z języka angielskiego]
Stron: 400
Wydawca: Wydawnictwo Albatros

Książka, o której dzisiaj chcę opowiedzieć, na początku bardzo opornie „wchodziła” do mojego krwiobiegu. Wypożyczona z biblioteki na szybko, bo biegłam po pracy oddać zaległe książki, a i do czytania coś by się przydało. Potem prędko coś do zjedzenia, bo inne obowiązki już waliły w drzwi, okna i ściany, próbując się przebić. I tak oto książkę rzuciłam na biurko i zapomniałam. Przypomniałam sobie o niej, kiedy chwyciłam ją w biegu [tak, to był ciężki, biegany miesiąc] w drodze na dworzec. Przeczytałam kilkadziesiąt stron i rzuciłam do torebki, bo nie wypada w odwiedzinach czytać po kątach. Ale o jaką książkę chodzi? O „Ruiny” Scotta Smitha.

Autor to pisarz amerykański, absolwent Uniwersytetu Columbia. Twórca dwóch książek, obie stały się bestsellerami: wspomniane „Ruin”, którymi zachwycony był sam Stephen King, oraz „Prosty plan”. Jego scenariusz do „Prostego planu” otrzymał nominację do Oscara. Informacji o autorze jest niewiele zarówno w książce, jak i w poszukiwaniach internetowych. Zadziwiający jest fenomen jego powieści – obie odniosły sukces. Od 2006 roku czekamy na nowy twór tego autora.  Dreamworks stworzyło na podstawie książki film z 2008 roku, jednak po obejrzeniu trailera jest to raczej luźny związek niż wierne odwzorowanie.

Opowieść rozgrywa się w nadmorskich i upalnych krajobrazach Meksyku. Dwie zaprzyjaźnione pary Amerykanów: Jeff i Amy oraz Eric i Stacy spędzają razem wakacje. Poznają nowych ludzi, cieszą się beztroską przez kolejnym etapem życia pod znakiem dorosłości. Kiedy poznają Mathiasa, zamkniętego w sobie Niemca, którego brat zaginął w trakcie jego wyprawy na wykopaliska archeologiczne, postanawiają mu pomóc. Ruszają jego tropem, odczytując notatkę, którą zostawił przed wyjazdem. Docierają do wioski Majów, a następnie brną dalej w dżunglę. Trafiają na wzgórze, które zostało porośnięte piękną winoroślą. Ekspedycja ratunkowa zamienia się w walkę o własne przetrwanie. Jaką tajemnicę kryje wzgórze? Kim są tajemniczy Majowie? I gdzie jest zaginiony mężczyzna? Wszystkie pytania mają swoje odpowiedzi, ale niektórych z nich nie chcielibyście poznawać.

Jak na wstępie wspominałam, początki były ciężkie. W wirze obowiązków miałam niewiele czasu, żeby się wciągnąć w akcję. Pierwsze kilkadziesiąt stron było ciężkie do przełknięcia, ale gdzieś w okolicach połowy objętości trudno było mi się oderwać i wprost ją łykałam. Groza również narastała wprost proporcjonalnie do zbliżania się do końca. Długa zastanawiałam się, czy ta książka jest aż tak dobra, czy aż tak kiepska. Po kilku dniach od zakończenia, skłaniam się ku pierwszej opcji. Wiele scen jest wprost makabrycznych, a moja wyobraźnia kaleczyła się o litery wciąż pędząc do przodu w wizualizacji. Jedną z rzeczy, która mnie rozczarowała jest zakończenie. Rozwiązanie historii przyjaciół trochę pisane na odczepnego. Wszystko wyjaśnia się na kilku ostatnich stronach. Bohaterowie są dosyć dobrze skonstruowani, jednak trudno jest się z nimi identyfikować. Są bardzo specyficzni i mam wrażenie, że autor chciał zrobić przekrój zachowań – od tchórzliwych do odważnych i pełnych życia. Mimo wszystko czytało się przyjemnie i ogóle odczucia są jak najbardziej na plus. Z ciekawości sięgnę po film na dokładkę.

Polecam fanom dreszczyku emocji, podsycanego dodatkowo elementami sztuki przetrwania. Na pewno nie przed pójściem spać – ryzyko koszmarów związanych z treścią jest zbyt duże.

 

- Nie przejmuj się, skarbie – powiedziałam. – Okay? Zobaczysz. Wszystko się ułoży.

Więła ją pod rękę, pociągnęła za sobą. Amy nie stawiała oporu; weszły na ścieżkę razem, ramię w ramię. Jeff i Mathias znikali już w cieniu, ptaki nad głowami krzykiem oznajmiały ich przemarsz przez dżunglę.”

 

Ocena: 8/10