Słodko-gorzka opowieść o kobiecie.

Rodzaj: obyczajowa, romans
Język: polski
Stron: 212
Wydawca: Wydawnictwo Novae Res

Witajcie! Część z was pewnie już zaczęła majówkowe świętowanie. A część właśnie się za nie zabiera. Ja mam już spakowany plecak i jutro wyruszam w stronę Wrocławia, pomóc Leszkowi Cichońskiemu i reszcie jego ekipy pobić rekord Guinessa w graniu na gitarze. Mam nadzieję, że w tym roku się uda! :) Przy okazji drugiego maja załapię się na kilka genialnych koncertów – przede wszystkim mojego ukochanego Artura Rojka.  Na pewno go kojarzycie, jeśli nie z twórczości solowej to z działalności z zespołem Myslovitz. Mogę śmiało przyznać, że dorastałam z tą kapelą. Teraz mam okazję posłuchać tego genialnego wokalu na żywo. Jednak dzisiaj będzie mało muzycznie, a bardziej romantycznie. Wydawnictwo Novae Res wydało ostatnio ciekawą powieść „Słodko-gorzka”. O czym i jakie są moje odczucia? Zapraszam :)

 

O Marcie Malek niestety nie wiemy nic. Czekam na notkę biograficzną na stronie wydawnictwa.

Słodko-gorzka to historia dwojga młodych ludzi, których losy po kilku spędzonych osobno latach, ponownie się splatają. Przez ten czas w życiu Agaty – młodej pani psycholog – zaszło bardzo wiele zmian: wyszła za mąż, urodziła dziecko, ukończyła studia i podjęła pracę w zawodzie. Natomiast Piotr, wolny strzelec, prowadzi kawalerskie życie. Kiedy spotykają się przypadkiem w swojej rodzinnej miejscowości, budzą się w nich dawno zapomniane iskry, które stają się początkiem gorącego romansu.

Jestem zdziwiona tą powieścią. Mam w stosunku do niej mieszane uczucia: z jednej strony to całkiem dobra literatura kobieca, a z drugiej jednak jak autorka walnie tekstem jak np. fragment z porównaniem kawy i herbaty to nie wiem, czy się śmiać, czy płakać. Główna bohaterka jest dobrze nakreślona. Autorka świetnie ujęła zmiany, jakie zachodziły w jej psychice i zachowaniu. Rozwój sytuacji mimo rwanej chronologii można było spokojnie śledzić, chociaż tempo momentami – zabójcze. Szkoda, że inne postacie się nie rozwinęły, bo chętnie poznałabym bliżej chociażby przyjaciółkę głównej bohaterki. Sama fabuła wzbudziła we mnie wiele emocji, bo coś takiego jak zdrada nie mieści się w moich granicach tolerancji, ani nie występuje w słowniku związku. Jeśli jedna osoba chce się przespać z kimś innym niż partner, powinna po prostu zakończyć związek i wtedy hulaj dusza piekła nie ma! Momentami wcale a wcale nie współczułam Agacie. Co więcej wkurzałam się na nią niemiłosiernie. Wielkie brawa za subtelnie opisane sceny erotyczne. Nie ma tu bogini wyskakującej z szafy, ani konkursu na sto synonimów słowa „penis” [ojej, żebyście wiedzieli, jakie już dziwne określenia na męskie genitalia czytałam… Czasem bardziej humorystyczne niż erotyczne]. Zakończenie mnie trochę rozczarowało przewidywalnością. Spodziewałam się czegoś innego, ale myślę, większości czytelników się spodoba. „Słodko-gorzka” to dobra i lekka lektura o jasnej i ciemnej stronie miłości. O tym, że nie zawsze wszystko układa się po naszej myśli i trzeba improwizować. Idealna na weekendowy relaks i odcięcie się od codziennych problemów.

Polecam głównie kobietom, fankom literatury kobiecej i opowieści o miłości. Każda z was odnajdzie coś dla siebie w tej historii.

 

Kawa znacząco różni się od herbaty. Nie chodzi o smak, konsystencję czy zapach, ale o niosące za sobą przesłanie. Herbata jest przyjacielska. Z każdym jej łykiem sączą się kolejne słowa zaufania i wsparcia, wyjawiane są najgłębsze tajemnice. Herbata ogrzewa i przytula tak, że cieplej się robi na sercu. Natomiast z kawą jest inaczej. Kawa jest zaproszeniem. Zaproszeniem przypadkowych znajomych, współpracowników, małżonków, zaproszeniem koleżeńskim albo zaproszeniem do rozbudzenia się. Kawa jest bardziej elegancka i wyrafinowana. Od kawy wszystko się zaczyna. Kawa jest nowym początkiem…

 

Ocena: 6/10

 

Za możliwość przeczytania dziękuję wydawnictwu Novae Res

Jakie są wasze barwy miłości?

Rodzaj: erotyka, romans
Język: polski [tłumaczenie z języka niemieckiego]
Stron: 352
Wydawca: Wydawnictwo Akurat

Macie czasami tak, że bardzo chcecie przeczytać coś spoza swojej strefy komfortu? Ja ostatnio odczuwam podobne stany i tak zostawiam na moment moje kryminalno-fantastyczno-horrorowe klimaty i przerzucam się na zupełnie inną literaturę – erotykę. Myślicie pewnie, że zastąpił mnie zły klon, a ja smażę się gdzieś na piaskach Sahary. Albo porwali mnie faceci w czarnych garniturach i przeprowadzają testy, bo zwęszyłam skandal międzynarodowy. Nic bardziej mylnego. Ostatnią mocniejszą romansowo rzeczą, którą przeczytałam i wywołała u mnie pozytywne odczucia, był jakiś zbiór japoński z XVIII w. Czas zajrzeć, co piszczy aktualnie w literaturze erotycznej. Czy „Czerwień” jest gniotem pokroju „Greya” czy może przyjemnym zaskoczeniem? Zapraszam :)

 

Niemiecka autorka romansów. Jej cykl „Barwy miłości” odniósł w Niemczech spektakularny sukces: pół miliona sprzedanych egzemplarzy i drugie miejsce na liście bestsellerów tygodnika „Der Spiegel”. Również w Polsce zyskał grono wiernych fanek. Trylogia Daringham Hall jest kolejną serią pełną namiętności i subtelnej erotyki. Prywatnie Kathryn jest szczęśliwą żoną i matką. Pisanie to jej główne zajęcie – i pasja.

Przepadła z kretesem. Chociaż Grace doskonale zdaje sobie sprawę, jak niebezpieczne jest uczucie do Jonathana Huntingtona, to z dnia na dzień kocha go coraz bardziej. Czy szlachetnie urodzony, żądny władzy i wyrachowany mężczyzna naprawdę jest tak nieprzystępny, jak jej się wydaje? Czy naprawdę widzi w niej jedynie zabawkę? Dziewczyna postanawia zrobić wszystko, aby mu uświadomić, jak bardzo jest dla niej ważny i że chciałaby dzielić z nim życie. Nie wie jednak, że jej starania niemal doprowadzą do katastrofy: Jonathan będzie musiał stawić czoło tragedii z przeszłości i zmierzyć się z traumą, która rzuciła cień na całe jego życie. Jakiego ostatecznie dokona wyboru? Czy gorące uczucie pięknej młodej kobiety wystarczy, by zmiękczyć jego serce i dać im obojgu szansę na szczęście, którego tak bardzo pragną?

Muszę oddać słuszność osobom, które porównują historię Grace do znanej na całym świecie fabuły „Pięćdziesięciu twarzy Greya”. Mamy wpływowego i wysoko postawionego biznesmena i młodą studentkę. Z tą różnicą, że tym razem kobieta nie wpadła do naszego bohatera przypadkiem, a całkiem świadomie, albowiem odbywa u niego staż. I romans oczywiście, tego elementu nie mogło zabraknąć. Przyznaję się z ręką na sercu, że pierwszej części nie czytałam, ale chętnie poznałabym początek tej znajomości. Skoro mleko się rozlało, ocenię „Czerwień” jako odrębny twór. Jeśli już jesteśmy przy porównywaniu z powieścią E L James – książka, którą przeczytałam, była o cały poziom lepiej napisana. Nie znajdziemy w niej wyskakującej z każdego kąta bogini i świętego Barnaby. Jest za to dużo dobrych opisów i poprawnego języka. Szału nie ma, ale można czytać z przyjemnością. Klimatem również zbliżona do swojej gatunkowej siostry. Jednak wyczuwam, że Taylor może swoją twórczością bardziej przekonać osoby nieprzekonane do sięgnięcia po tego typu literaturę. Chciałabym powiedzieć, że to książka wybitna i genialna, jednak pozostaje bardzo… Optymalna. O, to idealne słowo. Nie przegina w żadną stronę. Pomysł nie jest najświeższy, wykonanie na przyzwoitym poziomie, ale w porównaniu z np markizem de Sade „Barwy miłości” wypadają zachowawczo. Nie prowokują i nie wywołują rumieńców zawstydzenia. Chciałabym jednak poruszyć inną kwestię, taką czysto psychologiczną. Bardzo dziwi mnie związek Grace i Johnatana. Mężczyzna chce uprawiać seks ilekroć jest zły albo smutny. To jego sposób na odreagowanie emocji, a dziewczyna godzi się na to wszystko. Rozumiem zasady zakochania, ale tak inteligentna kobieta – czasami rzuca technicznymi sformułowaniami, przez które zaczynam się zastanawiać nad moim poziomem IQ  – nie powinna się tak poniżać. Moim zdaniem autorka idealnie oddała toksyczność niektórych związków i tego, co może z nich wykiełkować. „Barwy miłości” to na pewno powieść, po którą warto sięgnąć. Świetnie ukazuje zarówno piękno miłości i zakochania, jednocześnie nie bojąc się opisać tej brzydszej strony związku.

Polecam fanom erotyków oraz tym, którzy nie do końca są do nich przekonani – ta książka może zweryfikować wasz pogląd na tą literaturę.

 

„Dla ciebie wszystko jest tylko czarne, prawda? Panicznie uciekasz przed każdą oznaką nadziei, bo nie chcesz, żeby w ogóle istniała. Boisz się rozczarować: siebie albo kogoś innego. Tak to wygląda? Dlatego ubierasz ciemne kolory, to rodzaj ostrzeżenia. Chcesz powiedzieć ludziom, żeby omijali cię szerokim łukiem, bo nie znajdą w tobie nawet promyka światła ani odrobiny miłości. Tyle że nie zauważasz, jaką krzywdę sam sobie wyrządzasz. Do czego sam sobie zamykasz drogę.”

 

Ocena: 6/10

 

Za egzemplarz recenzyjny dziękuję wydawnictwu Akurat oraz Business & Culture

Szukając jednego, najczęściej znajdujemy coś zupełnie innego.

Rodzaj: obyczajowa, romans
Język: polski
Stron: 292
Wydawca: Wydawnictwo Novae Res

Wiecie o mojej nikłej miłości do literatury obyczajowej i wątków romantycznych. Jednak staram się czytywać ją i powoli przełamywać to przekonanie. Czasem idzie mi lepiej, czasem gorzej. I tak oto w moje ręce trafiła książka „Szukając tego” Kingi Tatkowskiej. Zachwyciła mnie okładka. Na tle innych wyróżniała się prostotą i pięknymi kolorami – połączeniem szarawego fioletu, bieli, czerni i miętowego [swoją drogą ciekawe skąd nazwa tego koloru – widział ktoś z was miętę? Zupełnie inna bajka...]. Małe cudo. I tak wiedziona estetycznym kuszeniem zajrzałam do opisu. Przepadłam. Literatura drogi zawsze mnie fascynowała, więc ruszyłam w drogę z bohaterami.

 

Co autorka mówi sama o sobie? [Tak wydębiłam notkę biograficzną - yey! :)] „Urodziłam się dwadzieścia jeden lat temu. Ta liczba może wydawać się dla kogoś niewielką, ale z mojej perspektywy zawartych jest w niej ogrom wydarzeń – tych radosnych, które przywołują na twarzy uśmiech, oraz tych niekoniecznie szczęśliwych, przez które czasami polecą łzy. Wychowałam się w miejscowości Złoty Stok w województwie dolnośląskim. Język polski polubiłam dopiero w liceum, za sprawą swojej ulubionej nauczycielki. Od tamtego czasu zaczęłam pisać. Najpierw felietony, później wiersze i teksty piosenek, a teraz książki. Bez książek nie wyobrażam już sobie życia – ale to prawdopodobnie powie każdy pisarz :) Mieszkałam we Wrocławiu i tam studiowałam dwa kierunki, ale jak to w życiu bywa, człowiek czasami potrzebuje zmiany. Podobnie jak bohaterowie mojej książki, chciałam „uciec”. Nigdzie konkretnie – byle dalej. Tym sposobem znalazłam się w Warszawie, gdzie mieszkam od kilku miesięcy i pracuję. Gdzie? Oczywiście w księgarni :) Jakieś ciekawostki o mnie? 1) Panicznie boję się pająków. 2) Uwielbiam klasycznego rocka. 3) Nie potrafię pisać przy biurku. Nie potrafię się tam skupić. Przy biurku kompletnie nie da się pracować!”

Czasem doświadczamy czegoś, od czego chcemy uciec. Nigdzie konkretnie – byle dalej. Ona próbuje uwolnić się od przeszłości. On już dawno stracił nadzieję na lepszą przyszłość. Oboje skrywają w sobie zbyt wiele bólu i tajemnic, żeby móc zaufać drugiej osobie. Kiedy drogi do wolności 19-letniej Neli i 31-letniego Arka niespodziewanie się przetną, ich ucieczka donikąd przerodzi się w zwiedzanie Polski, a to okaże się zaskakującą podróżą w głąb siebie i w najciemniejsze zakamarki drugiego człowieka.

Tak. Dostałam bardzo fajną powieść drogi. Czuję się spełniona :) Pomysł może nie był najświeższy, ale wykonanie świetne. Po raz pierwszy od bardzo długiego czasu czekałam i miałam nadzieję na happy end. Czy go dostałam? Nie powiem, ale zdradzę tylko jedno – okoliczności były nieco oklepane. Po więcej musicie sami sięgnąć, zagłębiając się w historię Neli i Arka. A jeśli już jesteśmy przy bohaterach – poznajemy ich bardzo, bardzo powoli. Po kawałeczku odkrywamy ich tajemnice. Bardzo dobra konstrukcja, chociaż czasami zgrzytała mi postać mężczyzny, ale jestem w stanie to przełknąć. Może irytował mnie głównie z powodu swojego ciągłego samobiczowania, którego nie lubię w nadmiarze. W każdym razie – takie romanse mogę czytać. Bo czy ktokolwiek ma wątpliwości po przeczytaniu skrótu fabuły, że skończy się na wspólnym podróżowaniu? ;) Opisy były przyjemne, ale dialogi momentami męczyły i miałam ochotę czasami „rzygnąć tęczą” na widok wytartych mądrości życiowych. Muszę jednak wspomnieć o końcówce. Nie powstrzymam się. Ostatnie pięćdziesiąt stron było takich sobie, co przy reszcie – miodzio – wypadało blado. Szkoda. Martwi mnie też to, że najprawdopodobniej szykuje się kolejna część. Wolałabym pozostać przy tym, co już zostało napisane i móc sobie dopowiedzieć resztę. Boję się, bo za dużo rzeczy może pójść nie tak w kontynuacji. Na przykład to, że będzie to jakiś twór w stylu post-greya. Aż mnie ciarki przechodzą, szkoda byłoby dobrej książki. I mimo, że kilka kwestii mi nie grało, to mam bardzo ciepłe odczucia i prawdopodobnie wrócę do „Szukając tego”. Nie jest to na pewno typowa opowieść o miłości, za co należą się autorce ogromne brawa.

Polecam wszystkim, bo ta powieść jest jednocześnie o nie do końca różowym życiu i tym, że nawet jeśli takie jest – to nie jest ono stracone. Debiut wart przeczytania.

 

„ – Ludzie mówią, że kocha się za nic – westchnąłem. – Jak dla mnie, to kompletna bzdura. Trzeba poznać drugiego człowieka, żeby móc go pokochać. Trzeba odkryć w nim prawdę, szczerość i odwdzięczyć się tym samym. Trzeba pokazać tej drugiej osobie prawdziwego siebie. Miłość nie może być oparta na kłamstwach i udawaniu, na fałszu. Miłość musi być czysta. Dlatego wiem, jak kochać, ale nie potrafię tego zrobić.Nie potrafię pokazać drugiej osobie prawdziwego siebie, więc ona nigdy tak naprawdę nie będzie mogła mnie poznać.”

 

Ocena: 8/10

 

Za możliwość przeczytania dziękuję wydawnictwu Novae Res

Dym, kości i anioł – co może pójść nie tak?

Rodzaj: fantasy, romans, młodzieżowa
Język: polski [tłumaczenie z języka angielskiego]
Stron: 400
Wydawca: Wydawnictwo Amber

Zima traci swoje przyczółki! Z dnia na dzień robi się coraz cieplej i chociaż mróz próbuje kontratakować to są to raczej płonne zapędy. Wiosna zbliża się małymi, nieśmiałymi kroczkami, co cieszy bardziej niż poranna herbata. Ostatnimi czasy odkryłam, że niemal wszystkie recenzje i książki, które się tutaj pojawiają, to te otrzymywane od wydawnictw. Trzeba to zmienić i w końcu poczytać coś dla siebie. Szukałam, szukałam, aż wreszcie znalazłam. Zachęcona pozytywnymi recenzjami sięgnęłam po dwie serie – „Córka dymu i kości” oraz „Angelfall”. Jeśli chodzi o tę drugą, pochłonęłam dwa tomy i czyham na trzeci, ale recenzje pojawią się później. Dzisiaj trochę o powieści  Laini Taylor. Od razu zaznaczam – WCIĄGA!

Laini Taylor (ur 11 grudnia 1971), amerykańska autorka nurty young adult fantasy. Najbardziej znana z serii o Karou – „Córka dymu i kości”, której trzecia część została wydana w 2014 roku. Taylor urodziła się w Chico w Kalifornii i ma dyplom UC Berkeley. Obecnie mieszka w Portland w stanie Oregon z mężem i córką. Zawsze chciała być pisarką, jednak swoją pierwszą powieść skończyła w wieku 35 lat. W 2004 roku napisała powieść graficzną dla Image Comics, ilustrowaną przez jej męża Jim di Bartolo. Jej pierwsza powieść, Dreamdark: Blackbringer, została opublikowana w 2007 roku. Jednak najbardziej znana jest z serii „Córka dymu i kości”. Pierwsza książka z serii została wybrana przez Amazon najlepszą książka dla nastolatek w roku 2011. Joe Roth jest zapowiadany jako producent filmowy ekranizacji pierwszej z książki o Karou.

„Córka dymu i kości jest mroczna, zmysłowa, niepokojąca, niejednoznaczna. Wyobraźnia olśniewa, język jest piękny, każde słowo coś znaczy. A miłość… przerywa granice, przekracza czas i przestrzeń.” Na wszystkich kontynentach na drzwiach domów pojawiają się czarne odciski dłoni. Wypalają je skrzydlaci nieznajomi, którzy wkradają się do naszego świata przez szczelinę w niebie… Przemierzająca kręte uliczki zasypanej śniegiem Pragi siedemnastolatka ze szkoły sztuk plastycznych zostanie wkrótce uwikłana w brutalną wojnę istot nie z tego świata. I odkryje prawdę o sobie – zrodzonej z dymu i kości… Jej szkicowniki są pełne potworów. Mówi w wielu językach, nie tylko ludzkich. Ma jaskrawoniebieskie niefarbowane włosy, niezwykłe tatuaże i blizny. Kim jest? Karou prowadzi podwójne życie: jedno w Pradze jako utalentowana i tajemnicza artystka, drugie w sekretnym sklepie, gdzie rządzi Brimstone – Dealer Marzeń. Karou nie wie,skąd przybywa i czy jest tylko człowiekiem. Nie wie, po co wyrusza przez magiczny portal na ryzykowne wyprawy. I nie wie, do którego świata należy. Dopóki nie spotka najpiękniejszej istoty: mężczyzny o skrzydłach z płomienia, ustach bez uśmiechu i oczach koloru ognia, których spojrzenie jest jak płonący lont wypalający powietrze pomiędzy nimi. Akiva staje się jej tak bliski, jakby kochała go całe życie…

Zaciekawił mnie pomysł oraz niebanalne tło – już w „Rodzie wyklętych” znalazłam szkołę artystyczną, jednak nadal jest to nieczęsto spotykany motyw. Obie pisarki wykorzystały potencjał mistrzowsko. Nadał fabule niesamowity klimat. Jeśli już jesteśmy przy tym temacie – po przeczytaniu mam ogromną ochotę odwiedzić Pragę, gdzie częściowo ma miejsce akcja. Chciałabym się przekonać, czy lokalizacje z książki naprawdę istnieją, czy są tylko wytworami wyobraźni. Świat został wykreowany genialnie – wyczuwam w nim nienachalną inspirację egipskimi mitami. Nigdzie nie spotkałam się z czymś podobnym. Postacie dobrze skonstruowane, chociaż bardzo tajemnicze i czytelnik kawałek po kawałku wraz z tempem akcji dowiaduje się poszczególnych informacji o nich. Na szczególną uwagę zasługują drugoplanowi bohaterowie – mocno, zamaszyście zarysowani. Wszystko spina się w logiczną całość pod koniec, jednak jest to nieco nieprawdopodobne i pozostawia niedosyt, który zostanie być może zaspokojony w kolejnych częściach. Świat z boku może wydawać się irracjonalny i zupełnie pozbawiony logiki i owszem, zgadzam się z tym, że pojawiają się małe luki. Jednak na swój sposób mnie przekonuje i kupuję go w całości. Co do wątku romantycznego… Dobrze wiecie, że nie jestem fanką miłosnych uniesień w powieściach, a relacja anioła z ziemską dziewczyną jest już zupełnie ograna i wytarta. Po jakimś czasie akurat ta część  „Córki dymu i kości” męczy, jednak fanki romansów będą zachwycone. Podsumowując, powieść Laini Taylor jest książka zupełnie niepodobną do wszystkiego, co czytałam. Szybka akcja, zagadki na każdym kroku, niesamowite postacie, humor i historia nie z tej ziemi. Na pewno warto do niej zajrzeć i poznać świat Karou.

Polecam wszystkim fanom fantasy. Może bardziej tym nastoletnim i dwudziestokilkuletnim, jednak każdy znajdzie w niej coś dla siebie. Skarbnica świetnych cytatów.

 

„- Nie znam wielu reguł, którymi należałoby się kierować w życiu – powiedział – ale jednej warto przestrzegać na pewno. Jest bardzo prosta. Nie aplikuj sobie niczego, co jest zbędne. Trucizn, chemikaliów, oparów, papierosów czy alkoholu, żadnych ostrych przedmiotów, nieistotnych igieł, czyli narkotyków czy tatuaży, ani zbędnych penisów”

[...]

„- No już, już – powiedział tonem, w którym brzmiała nutka współczucia. – On tego nie widzi. To cecha potworów, że same się tak nie postrzegają. Pewien smok, który rasował w wiosce i pożerał dziewice, gdy usłyszał krzyk „Potwór!”, obejrzał się za siebie.”

 

Ocena: 8/10

Mało dyplomatyczny skok w bok.

Rodzaj: romans
Język: 
polski [przekład z języka angielskiego]
Stron: 
368
Wydawca: 
Rebis

Kiedy zobaczyłam tę pozycję w nowościach wydawnictwa Rebis, pomyślałam, że raz kozie śmierć. Skusiły mnie nazwiska „sprawczyń” „Niani w Nowym Jorku”. Sprawy kryminalne i okołokryminalne zawsze mnie fascynowały, a tutaj w tle mamy władzę, romans i służby bezpieczeństwa. Już od jakiegoś czasu miałam ochotę na romantyczną powieść, jednak nie byłabym sobą, gdyby na drugim planie nadal było tak różowo. Od kiedy pamiętam mam słabość do zbrodni i makabry. Tutaj jest perspektywa lekkiej akcji gdzieś pod koniec, kiedy wszystko się sypnie. Bo nie było wątpliwości, że się sypnie. Od służb bezpieczeństwa bezlitośniejszy jest tylko urząd skarbowy. Z nim się nie zadziera.

Tym razem mamy dwie autorki – Emma McLaughlin i Nicola Kraus. Autorki „Niani w Nowym Jorku” spotkały się po raz pierwszy w trakcie nauki w New York University’s Gallatin School of Individualized Study. Ukończyły kierunek sztuki w edukacji. Zanim jednak podjęły decyzję, by napisać swoją najsłynniejszą dotychczas książkę, Kraus kontuynuowała przygodę ze sztuką, natomiast McLaughlin była konsultantką w sektorze publicznym i prywatnym. „Niania” stała się bestsellerem New York Times, a na jej podstawie stworzono film ze Scarlett Johansson w roli głównej. Obecnie  panie tworzą scenariusze telewizyjne i filmowe, zajmują się także tematyką gender na tle współczesnej skorporatyzowanej Ameryki.

Główna bohaterka – Jamie McAlister – właśnie skończyła studia. Jedynym, na co może liczyć, jest etat w Starbucksie, niespodziewanie jednak trafia na dziesięciotygodniowy prestiżowy staż w Białym Domu.  Przypadkowe spotkanie z prezydentem Gregiem Rutlandem zapoczątkowuje flirt, który jednak szybko przeradza się w coś o wiele poważniejszego. Gdy wychodzą na jaw intymne szczegóły ich związku, Jamie wraz z najbliższymi znajdzie się w ogniu wyrachowanej publicznie nagonki prowadzonej przez politycznych wrogów Grega, a być może – bez względu na łączące ich uczucie – także przez niego samego.

Moje emocje są mieszane. Biorąc pod uwagę opis, szykowałam się na lekką sensację z nutą romansu. Wyszedł nieco kulawy romans z nutą napięcia. Wszystko w świecie przedstawionym wydaje się nieprawdopodobne. Od beztroski, z jaką w romans wchodzi prezydent, przez nastoletnie podejście do zauroczenia bohaterki, po spotkanie ze służbami bezpieczeństwa. Staram się absolutnie nie oceniać Jamie, chociaż dla mnie romans z żonatym mężczyzną w dodatku głową państwa jest, mówiąc delikatnie, nie na miejscu. Spodziewałam się czegoś zupełnie innego – bardziej mrocznego, głębszego, mocniejszego emocjonalnie.  A dostałam kilka trzymających w napięciu scen poprzeplatanych czekaniem na jego znak, próbami normalnego życia i rozmyślaniami. Jakby cały świat bohaterki zawęził się do jednej osoby. Tak, wiem – tak działa zauroczenie, jednak tutaj jest wręcz przerysowane. Przyznaję, że wciągnęłam się mniej więcej od połowy. Wtedy też doskonale pokazane zostało, że tabloidyzacja życia to duży problem, który kompletnie odbiera możliwość normalnego funkcjonowania. Duży plus za humor, przewijający się przez prawie całą książkę. Jednak fabuła momentami się plątała i rwała, przez co traciło się wątek.

Polecam kobietom, które chciałyby przeczytać romans, ale niekonwencjonalny. I oczywiście fankom duetu McLaughlin&Kraus.

„Wilgoć w DC i ja zostałyśmy sobie przedstawione, gdy wysiadłam z pociągu z życiem upakowanym do dwóch pękających w szwach walizek. Tak mógł się czuć ktoś unoszący się na powierzchni Morza Martwego, pomijając to, że nie tyle płynęłam, ile próbowałam przejść na przeciwległy brzeg. Z bagażem. [...] Trudno jedynie utrzymać na twarzy rozanielony wyraz niebotycznego uznania, kiedy człowiekowi tak wściekle chce się sikać. Przypuszczalnie Brooke miała cewnik.

- Nie musisz do toalety? – zapytałam ją szeptem.

Posłała mi kolejne karcące spojrzenie. Teraz już wiem, że trzeba czegoś więcej niż słodka bułeczka, żeby zjednać sobie Brooke. Może gdybym nadziała czymś ciastko – xanaxem? celexą? Który to lek czyni z ciebie miłą osobę…?”

Ocena: 4/10

Za możliwość przeczytania dziękuję wydawnictwu Rebis