„To nie tego wroga, który najwięcej stracił, powinieneś się obawiać. Bój się lepiej tego, który wciąż ma coś do stracenia.”

Rodzaj: fantasy
Język: polski [tłumaczenie z języka norweskiego -Anna Krochmal, Robert Kędzierski ]
Stron: 528
Wydawca: Wydawnictwo Rebis

Witajcie! Ostatnio zalewa nas fala nowych autorów i tytułów fantasy. Jednak ja chciałam się dzisiaj przenieść nieco w czasie, kiedy to rok temu, mniej więcej na początku lipca, zaczytywałam się w gorącej nowości, jaką było „Dziecko Odyna” Siri Pettersen. Sporo czasu musieliście czekać na recenzję kolejnej części, ale w końcu jest. Czy „Zgnilizna” powtórzy sukces pierwszego tomu i wyląduje w moim zestawieniu 2017 roku na pudle? Zapraszam :)

Siri Pettersen (ur. 1971), norweska pisarka, projektantka stron internetowych i ilustratorka. W 2002 roku jej komiks Anti-klimaks wygrał konkurs organizowany przez wydawnictwo Bladkompaniet. W 2013 roku opublikowała powieść Dziecko Odyna – pierwszy tom z cyklu „Krucze pierścienie” – która została uhonorowana norweskimi nagrodami Fabelprisen i SPROING dla debiutujących autorów.

Drugi tom cyklu „Krucze pierścienie” – oryginalnej sagi fantasy osadzonej na staronordyckim gruncie. Wyobraź sobie, że zostałeś wygnany do nieznanego świata. Bez tożsamości. Bez rodziny. Bez pieniędzy. I powoli zaczynasz sobie uświadamiać, kim tak naprawdę jesteś. Hirka utknęła w umierającym świecie, rozdarta pomiędzy łowcami ludzi, martwo urodzonymi oraz tęsknotą za swoim przyjacielem Rimem. W wielkomiejskiej rzeczywistości jest łatwym łupem, ale walka o przetrwanie blednie w obliczu tego, co ma nastąpić, gdy Hirka zdaje sobie sprawę, kim jest. Zgnilizna to kontynuacja wychwalanego przez krytyków i czytelników Dziecka Odyna, powieść, której stronice zapełniają zachłanność, lęk przed śmiercią i zemsta.

Nadal pozostając pod wrażeniem „Dziecka Odyna”, sięgnęłam po „Zgniliznę” i co? Wciągnęłam się bez reszty i nie mogłam oderwać do ostatniej strony. A co zrobiłam zaraz po skończeniu? Chwyciłam czym prędzej ostatni tom, bo koniecznie musiałam wiedzieć, co będzie dalej. Ale powoli, po kolei. Pettersen zabiera nam wszystko, czego dotychczas się dowiedzieliśmy i bum – trafiamy do współczesnej Wielkiej Brytanii. Ciekawie zostały przedstawione próby przystosowania się Hirki do nowej rzeczywistości, albowiem miejsce, gdzie żyła przez całe życie, bardziej przypominało średniowiecze niż to, co widzimy za oknem. No i kurcze, nikt tutaj nie ma ogonów. Ruszamy więc z bohaterką odkrywać ten świat. Wyczuwam, że autorka z jednej strony chciała nam pokazać ciemną stronę współczesności, a z drugiej strony docenić zdobycze technologiczne, jakie posiadamy. Ale czy to lepsze niż świat bohaterki? Tą refleksję pozostawiam wam. Siri Pettersen mówi wprost, że nasz świat jest skazany na zagładę i nie pochwala odejścia od natury. Zwroty akcji i trudne decyzje, jakie znamy z pierwszej części, dalej nam towarzyszą mimo zmiany scenerii. Jednak najważniejszą rzeczą pozostaje to, czego dowiadujemy się o Ślepych. Ja miałam szczękę na ziemi i nie mogłam przez chwilę tego ogarnąć. Jedyne, co mogę zdradzić, to że ci, którzy wydawali się źli, wcale tacy nie są, a przynajmniej nie całkowicie. Rąbek tajemnicy został uchylony. Ten staronordycki klimat, za który pokochałam „Dziecko Odyna”, jest i w „Zgniliźnie”. Niezwykle podoba mi się ewolucja Hirki, która z zagubionej, potrzebującej ratunku dziewczyny, stała się twardą i, może nie tyle bezwzględną, co stanowczą, kobietą. Wątki rozbudowują się i powoli zbliżamy się do finału. A jeśli koniec będzie równie dobry, co poprzednicy, czekają nas wybuchy, krew i flaki :)

Pozycja obowiązkowa dla fanów fantasy. Pozostaję pod nieznaną magią zauroczenia i polecam każdemu – popłyniecie na fali, której nikt z nas nie zna :)

„Ale czas nigdy nie płynął szybciej niż tu u ludzi. Dzień był podzielony na godziny. Godzina na minuty. I nawet minutę podzielono na krótkie chwile, jak ziarnka piasku w klepsydrze. I teraz przesypywały jej się między palcami.”

Ocena: 9/10

…nikt nie daje, nie biorąc dwa razy tyle w zamian.

Rodzaj: fantasy
Język: polski [przekład z języka norweskiego - Robert Kędzierski, Anna Krochmal]
Stron: 648
Wydawca: Wydawnictwo Rebis

Witajcie! Niedziela przyszła za wolno i ucieka zbyt szybko. Miałam ambitny plan nadrobić chociaż połowę recenzji książek, które przeczytałam [od początku roku uzbierało się już 14 [!]]. No cóż, przychodzę do was z jedyną nadającą się do publikacji ;) A dzisiaj opowiem o powieści wyjątkowej. Literaturę skandynawską znam nie od dziś, szczególnie kryminały. Jednak kiedy dzięki Portalowi Księgarskiemu miałam okazję zagłębić się w norweskie fantasy, nie mogłam sobie odmówić. Siri Pettersen zadebiutowała „Dzieckiem Odyna” i szturmem weszła na listy must have wielu czytelników. Czy rzeczywiście jej historia jest tak oszałamiająca? Zapraszam na recenzję, a  tymczasem ja biegnę łapać Pokemony ;)

 

Siri Pettersen (ur. 1971), norweska pisarka, projektantka stron internetowych i ilustratorka.  W 2002 roku jej komiks Anti-klimaks wygrał konkurs organizowany przez wydawnictwo Bladkompaniet. W 2013 roku opublikowała powieść Dziecko Odyna – pierwszy tom z cyklu „Krucze pierścienie” – która została uhonorowana norweskimi nagrodami  Fabelprisen i SPROING dla debiutujących autorów.

Pierwszy tom cyklu „Krucze pierścienie”. Oryginalnej sagi fantasy osadzonej na staronordyckim gruncie. Cykl ten ma szansę stać się dla literatury fantasy tym, czym dla kryminału stały się książki Larssona, Nesbo i Läckberg. Wyobraź sobie, że brakuje ci czegoś, co mają wszyscy inni. Czegoś, co stanowi dowód na to, że należysz do tego świata. Czegoś tak ważnego, że bez tego jesteś nikim. Jesteś zarazą. Mitem. Człekiem. Dzikus z Północy kaleczy nożem niemowlę, by ukryć, że dziewczynka urodziła się bez ogona. Gnijący członek Rady desperacko walczy o to, by wywołać wojnę. Ubóstwiany syn z arystokratycznego rodu wyrzeka się własnego dziedzictwa i godzi mieczem w swoich. Mieszkańcy opuszczają swoje domy i gospodarstwa ze strachu przed istotami, których nikt nie widział od tysiąca lat. A rudowłosa, bezogoniasta dziewczyna ucieka, by ratować życie, i nie wie, że to wszystko dzieje się z jej powodu.

Zacznę od tego, że „Dziecko Odyna” to nie jest absolutnie lektura na jedno posiedzenie. I nie chodzi tu tylko o objętość [648 stron robi wrażenie tak czy inaczej], ale głównie o emocje oraz wydarzenia, które trzeba poukładać sobie w głowie. Genialnie wykreowany świat z niespotykaną mi dotąd religią i kulturą. Jestem mocno zaskoczona, jak wysoki poziom trzyma powieść, ponieważ to debiutantka. Jeśli nadal będzie się rozwijać i nie osiądzie na laurach, możemy mieć do czynienia z Georgem R. R. Martinem w spódnicy [absolutnie nie boję się tego przyznać, co więcej mam na to ogromną nadzieję]. A dlaczego tak sądzę? Bo miałam przyjemność czytać autentyczne, mięsiste fantasy. Zdarzały się emocjonalne rozterki, ale jest tego dużo, dużo [DUŻO!] mniej niż u innych autorek tego gatunku, jak chociażby u Ann Bishop, w twórczości której erotyzm i romantyzm leje się strumieniami [uwielbiam ją całym sercem, ale taka jest prawda]. Kurczę, nie jestem w stanie wymienić teraz kobiety, która pisze w surowym stylu. Zawsze wciskają się romantyczne rozkminy [ostatnio czytałam Jadowską i na tym opiera się większa część konceptu powieści]. Także kończąc tę przydługą dygresję – miejcie Siri Petersen na radarze. Główna bohaterka „Dziecka Odyna” jest tajemnicza i bardzo dobrze prowadzona. Z kolejnymi stronami odkrywamy coraz więcej jej sekretów i wiele zachowań zyskuje uzasadnienie. Fabuła porusza niesamowicie ważną kwestię tożsamości, wyobcowania i konfliktów rodzinnych, a to wszystko na tle wielkiej polityki i kultury. Właśnie to, jak krzywdzone są osoby, które nie „wpasowują się w klucz” jest tutaj dobitnie ukazane. Ciekawy wątek polityczny to niewątpliwy plus całości – manipulacja na najwyższym poziomie :) Na kartach poznajemy nie tylko teraźniejsze wydarzenia, ale również historię, zwyczaje i zabobony krainy Ym. Dzięki temu mam wrażenie, że cały świat rusza się, żyje zupełnie niezależnie od wszystkich wydarzeń związanych z Hirką. Autorka czerpie pełnymi garściami z mitologii skandynawskiej, zupełnie nieznanej reszcie świata. Przyzwyczajeni do wersji fantasy tolkienowskiego, tego bardziej słowiańskiego od Sapkowskiego czy brutalnego Martina, Siri Petersen przyzywa swoją innością i nieprzewidywalnością. Ja przepadłam w nim bez reszty.

Dla fanów fantasy jest to pozycja obowiązkowa – swoją złożonością i jakością nie odbiega od innych naprawdę genialnych książek tego gatunku. Już nie mogę się doczekać kolejnych części.

 

„Chciała mu powiedzieć, że dla niej to było jak wyzwolenie, gdy dowiedziała się, że ostateczna odpowiedź nie istnieje. To oznaczało, że nie ma kogoś takiego, kto miałby zawsze rację. Że nikt nie decyduje o jej losie. Los dziecka Odyna nie był ustalony z góry. Sama była własnym losem. Bez rodziców, bez domu i bez boga. Była wolna.”

 

Ocena: 9,5/10

 

Za egzemplarz dziękuję z całego serca Portalowi Księgarskiemu oraz Domowi Wydawniczemu Rebis :)

 

 

 

Świat, który na nas czeka, nie zawsze jest lepszy.

Rodzaj: thriller, sensacja, kryminał
Język: 
polski [przekład z języka angielskiego]
Stron: 
416
Wydawca: 
Rebis

Dzięki uprzejmości wydawnictwa Rebis, mam przyjemność przeczytać „Lepszy świat” Marcusa Sakeya, który jest kontynuacją „Niebezpiecznego daru”. Na początku podeszłam do niej podejrzliwie. Obdarzeni, wielkie zmiany i siatka terrorystyczna. Nie ukrywam, że terroryzm nie jest ani moim ulubionym tematem powieści, ani prywatnie nie interesuję się nim przesadnie. Jednak coś powiedziało mi, żeby zaryzykować. Może opis był bardziej przekonywujący niż reszta o podobnej tematyce. Nie wiem. W każdym bądź razie jestem już po lekturze i mogę z ręką na sercu powiedzieć – wow.

 

Marcus Sakey to amerykański pisarz, który przed swoją karierą pisarską był grafikiem. Sporo w jego pracy właśnie takich literacko-graficznych ujęć. Co ciekawe, materiały do swojej pierwszej powieści zbierał podążając krok w krok za policjantami, odwiedzając kostnice oraz poświęcając się nauce otwierania zamków wytrychem. W mniej niż sześćdziesiąt sekund. Ben Affleck zakupił prawa do książki „The Blade Itself”.

Od tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego roku jeden procent populacji rodzi się z uzdolnieniami, o których inni mogą tylko marzyć. Od trzydziestu lat świat zmaga się z nasilającym się podziałem pomiędzy tymi wyjątkowymi… a pozostałymi. Siatka terrorystyczna dowodzona przez obdarzonych sparaliżowała trzy miasta. Półki supermarketów świecą pustkami. Nikt nie odbiera telefonów alarmowych. Fanatycy palą ludzi żywcem. Nick Cooper zawsze walczył o lepszy świat dla swoich dzieci. Teraz, jako obdarzony i doradca prezydenta Stanów Zjednoczonych, jest przeciwko wszystkiemu, co reprezentują sobą terroryści. Jednak gdy Ameryka zaczyna się staczać ku wyniszczającej wojnie domowej, Cooper zmuszony jest brać udział w grze, której nie może przegrać – ponieważ jego przeciwnicy mają własną wizję lepszego świata. I aby ją zrealizować, są skłonni spalić do gołej ziemi ten, który istnieje.

Ostatnio coraz szybciej zaczynam czytać książki. Wszystko to za sprawą tego, że są tak niesamowicie wciągające. I tak oto, dwa dni po przeczytaniu pierwszego zdania, jestem już po całości. Dawno nie miałam tak dobrego kryminału fiction. Jest to namacalnie nowy świat, jednak stworzony na podstawach tego już nam znanego, w którym zostały dokonane prawdopodobne zmiany w stosunku do rozwoju wypadków. Plastyczność opisów zadziwiła mnie nieziemsko. Główny bohater jest specyficzny. Można go kochać albo nienawidzić. Ja wahałam się sinusoidalnie przez całą książkę, jednak końcówka przekonała mnie do pierwszego uczucia. Momentami złożoność akcji nieco mieszała w głowie i musiałam się bardzo skupić, by nadążyć za postaciami. Bo wydarzenia dzieją się z prędkością wystrzału z karabinu maszynowego. Wyważona odrobina humoru, jednak troszkę za mało brutalnych opisów. Chociaż zakończenie napełniło mnie niedosytem, z przyjemnością sięgnę po kolejną część. Już nie mogę się doczekać. Na koniec chciałabym jeszcze dodać, że „Lepszy świat” warto przeczytać, żeby zobaczyć „co by było, gdyby…” Brutalnie obnaża ludzkie odruchy, kiedy spotyka się z czymś niespotykanym, niecodziennym, odmiennym. Myślę, że jeśli obdarzeni byliby odkryci w rzeczywistości, właśnie tak wyglądałby nasz świat.

Polecam fanom kryminałów, tych fiction i tych obyczajowych. Żaden z was się nie zawiedzie, warto przyjąć tę lekcje tolerancji.

 

„- Każde pokolenie jest przekonane, że świat schodzi na psy, prawda? – rzucił Ethan, sącząc piwo. – Zimna wojna, Wietnam, rozprzestrzenianie broni jądrowej, co tam jeszcze… Nieuchronnie zbliżająca się zagłada to nasz naturalny stan.

 

Ocena: 9,5/10

Za możliwość przeczytania dziękuję wydawnictwu Rebis

Mało dyplomatyczny skok w bok.

Rodzaj: romans
Język: 
polski [przekład z języka angielskiego]
Stron: 
368
Wydawca: 
Rebis

Kiedy zobaczyłam tę pozycję w nowościach wydawnictwa Rebis, pomyślałam, że raz kozie śmierć. Skusiły mnie nazwiska „sprawczyń” „Niani w Nowym Jorku”. Sprawy kryminalne i okołokryminalne zawsze mnie fascynowały, a tutaj w tle mamy władzę, romans i służby bezpieczeństwa. Już od jakiegoś czasu miałam ochotę na romantyczną powieść, jednak nie byłabym sobą, gdyby na drugim planie nadal było tak różowo. Od kiedy pamiętam mam słabość do zbrodni i makabry. Tutaj jest perspektywa lekkiej akcji gdzieś pod koniec, kiedy wszystko się sypnie. Bo nie było wątpliwości, że się sypnie. Od służb bezpieczeństwa bezlitośniejszy jest tylko urząd skarbowy. Z nim się nie zadziera.

Tym razem mamy dwie autorki – Emma McLaughlin i Nicola Kraus. Autorki „Niani w Nowym Jorku” spotkały się po raz pierwszy w trakcie nauki w New York University’s Gallatin School of Individualized Study. Ukończyły kierunek sztuki w edukacji. Zanim jednak podjęły decyzję, by napisać swoją najsłynniejszą dotychczas książkę, Kraus kontuynuowała przygodę ze sztuką, natomiast McLaughlin była konsultantką w sektorze publicznym i prywatnym. „Niania” stała się bestsellerem New York Times, a na jej podstawie stworzono film ze Scarlett Johansson w roli głównej. Obecnie  panie tworzą scenariusze telewizyjne i filmowe, zajmują się także tematyką gender na tle współczesnej skorporatyzowanej Ameryki.

Główna bohaterka – Jamie McAlister – właśnie skończyła studia. Jedynym, na co może liczyć, jest etat w Starbucksie, niespodziewanie jednak trafia na dziesięciotygodniowy prestiżowy staż w Białym Domu.  Przypadkowe spotkanie z prezydentem Gregiem Rutlandem zapoczątkowuje flirt, który jednak szybko przeradza się w coś o wiele poważniejszego. Gdy wychodzą na jaw intymne szczegóły ich związku, Jamie wraz z najbliższymi znajdzie się w ogniu wyrachowanej publicznie nagonki prowadzonej przez politycznych wrogów Grega, a być może – bez względu na łączące ich uczucie – także przez niego samego.

Moje emocje są mieszane. Biorąc pod uwagę opis, szykowałam się na lekką sensację z nutą romansu. Wyszedł nieco kulawy romans z nutą napięcia. Wszystko w świecie przedstawionym wydaje się nieprawdopodobne. Od beztroski, z jaką w romans wchodzi prezydent, przez nastoletnie podejście do zauroczenia bohaterki, po spotkanie ze służbami bezpieczeństwa. Staram się absolutnie nie oceniać Jamie, chociaż dla mnie romans z żonatym mężczyzną w dodatku głową państwa jest, mówiąc delikatnie, nie na miejscu. Spodziewałam się czegoś zupełnie innego – bardziej mrocznego, głębszego, mocniejszego emocjonalnie.  A dostałam kilka trzymających w napięciu scen poprzeplatanych czekaniem na jego znak, próbami normalnego życia i rozmyślaniami. Jakby cały świat bohaterki zawęził się do jednej osoby. Tak, wiem – tak działa zauroczenie, jednak tutaj jest wręcz przerysowane. Przyznaję, że wciągnęłam się mniej więcej od połowy. Wtedy też doskonale pokazane zostało, że tabloidyzacja życia to duży problem, który kompletnie odbiera możliwość normalnego funkcjonowania. Duży plus za humor, przewijający się przez prawie całą książkę. Jednak fabuła momentami się plątała i rwała, przez co traciło się wątek.

Polecam kobietom, które chciałyby przeczytać romans, ale niekonwencjonalny. I oczywiście fankom duetu McLaughlin&Kraus.

„Wilgoć w DC i ja zostałyśmy sobie przedstawione, gdy wysiadłam z pociągu z życiem upakowanym do dwóch pękających w szwach walizek. Tak mógł się czuć ktoś unoszący się na powierzchni Morza Martwego, pomijając to, że nie tyle płynęłam, ile próbowałam przejść na przeciwległy brzeg. Z bagażem. [...] Trudno jedynie utrzymać na twarzy rozanielony wyraz niebotycznego uznania, kiedy człowiekowi tak wściekle chce się sikać. Przypuszczalnie Brooke miała cewnik.

- Nie musisz do toalety? – zapytałam ją szeptem.

Posłała mi kolejne karcące spojrzenie. Teraz już wiem, że trzeba czegoś więcej niż słodka bułeczka, żeby zjednać sobie Brooke. Może gdybym nadziała czymś ciastko – xanaxem? celexą? Który to lek czyni z ciebie miłą osobę…?”

Ocena: 4/10

Za możliwość przeczytania dziękuję wydawnictwu Rebis