Księżniczka uwięziona w ojcowskiej wieży.

Rodzaj: obyczajowa, literatura faktu
Język: polski [tłumaczenie z języka angielskiego]
Stron: 352
Wydawca: Wydawnictwo Muza

Witajcie! Pierwszy raz wzięłam się za tak ciężką lekturę napisaną na faktach. Zazwyczaj omijałam je szerokim łukiem, ale tym razem spróbowałam. Trudno jest się później pozbierać, wiedząc, że gdzieś tam [pod innym imieniem i adresem] żyje osoba, która naprawdę to przeszła. Szczególnie, gdy temat dotyczy dzieci. O autorce słyszałam już wiele – że porusza, wzrusza i tłumaczy zawiłości dziecięcej psychiki. Głównie dzięki tej opinii sięgnęłam po „Córeczkę tatusia”. Czy spełniła oczekiwania? Zapraszam. 

Cathy Glass ma troje dzieci, dwoje dzieci rodzonych i jedno dziecko adoptowane. Kiedy opuściła szkołę, otrzymała stanowisko w służbie cywilnej, którą zostawiła, aby założyć rodzinę. Jednocześnie została opiekunem zastępczym [co stało się dużą inspiracją dla jej pisania]. Była opiekunem zastępczym przez ponad dwadzieścia pięć lat. W uznaniu dla jej doświadczenia i kwalifikacji została „specialist foster carer”, a oznacza to, że często jest proszona o opiekę nad dziećmi o złożonych potrzebach lub bardzo trudnych zachowaniach. Od zawsze była pisarką – w szkole pisała wiersze do szkolnej gazetki. W nastoletnich latach zaczęła pisać opowiadania, artykuły, tworzyła słuchowiska radiowe. Podobnie jak dla wielu pisarzy było to jej hobby – coś, co robiła niemal ukradkiem w wolnym czasie, w trakcie pracy. Dwie połówki mojego życia – pisarstwo i bycie przybranym opiekunem – spotkały się w 2007 roku i książki natychmiast stały się bestsellerami.

Mała zagubiona dziewczynka. Załamany ojciec. Wstrząsające odkrycie. Siedmioletnią Beth wychowywał samotnie jej ojciec Derek. Matka odeszła, gdy dziewczynka miała dwa lata. Beth była dzieckiem miłym i na pozór otoczonym dobrą opieką. Cathy Glass szybko zaczęła mieć obawy, że jej relacja z ojcem nie jest taka, jak być powinna. Oboje bardzo się kochali, a Derek rozpieszczał córkę i traktował ją jak księżniczkę. Jednak coś, czego Cathy nie potrafiła określić, budziło w niej niepokój. Jej mąż pracował wówczas w innym mieście i do domu przyjeżdżał tylko na weekendy. Wkrótce doszło do dramatycznych wydarzeń, które zniszczyły spokój dzieci Cathy i Beth, ich życie na zawsze się zmieniło. Pisząc tę książkę – historię o Beth – cofnęłam się do okresu, gdy Adrian miał sześć lat, a Paula dwa. Gdy teraz o tym myślę, ciarki mnie przechodzą na wspomnienie różnych niebezpiecznych sytuacji, na które ja i moja rodzina byliśmy narażeni. Jestem jednak pewna, że dziś postąpiłabym tak samo, gdyż pewne zachowania są niedopuszczalne i ze względu na dobro dziecka trzeba położyć im kres.

 

Pierwszą rzeczą, która zwróciła moją uwagę, był czający się w zakamarkach kartek niepokój. Do tego stopnia, że bałam się, iż za moment Beth wyjdzie z czyjegoś pokoju z zakrwawionym nożem i ukatrupia całą rodzinę. Ale myślę, że to może być spowodowane oglądaniem zbyt dużej ilości horrorów ostatnimi czasy. Niemniej, jest to trudna lektura pokazująca, że relacje rodzica i dziecka nie zawsze wydają się oczywiste. Początkowo Derek wzbudza niechęć i obrzydzenie, jednak z biegiem fabuły czytelnik zaczyna mu współczuć coraz bardziej. Cathy Glass rysuje przed nami obraz człowieka zagubionego i pozostawionego samemu sobie w wychowywaniu córki [mama Bath zostawiła ich, kiedy dziewczynka była malutka]. Cieszę się, że został poruszony problem kazirodztwa emocjonalnego, o którym niewiele mówi się w kontekstach zaburzeń psychologicznych. Jest to intrygujący temat i zachęcam do poczytania o nim więcej. Książka przypomina pamiętnik – oprócz sprawy Beth poznajemy rodzinę autorki, a przede wszystkim problemy, jakie ma sama Cathy Glass. Myślę, że to genialny zabieg. Wiąże się z tym jednak największy moim zdaniem minus powieści – język. Nie wiem, czy to wina tłumaczenia, czy stylu, ale ktoś tu bardzo nie chciał powtarzać zwrotów i unikał potocznego języka. Przez co niejednokrotnie sytuacja wydawała się oderwana od rzeczywistości i wybijała mnie z rytmu. Historia wywołała u mnie wiele skrajnych emocji – od gniewu, przez radość, wzruszenie, aż po smutek. Podsumowując w „Córeczce tatusia” znajdziecie wszystko: rozpad rodziny, samotne rodzicielstwo, porzucenie, zagubienie w wychowywaniu i jego konsekwencje. Ale również dyskryminację oraz niezrozumienie. Losy bohaterów pełne są samotności, miłości, zazdrości, nadopiekuńczości, lęku. Nic więcej nie mogę wam powiedzieć, żeby nie zepsuć lektury.

Polecam jako lekturę mądrą i dającą do myślenia oraz skorygowania postrzegania rodzicielstwa. Nie zawiedziecie się – trzyma w napięciu do ostatnich stron.

 

Ocena: 8/10

Za egzemplarz dziękuję z całego serca Wydawnictwu Muza

Z niejednego pieca chleb jadły.

Rodzaj: obyczajowa
Język: polski [tłumaczenie z języka hiszpańskiego - Simona Popławska]
Stron: 429
Wydawca: Wydawnictwo Czarna Owca

Witajcie! Grudniowa aura nie zachęca do wychodzenia. Szczególnie wczoraj wieczorem dała mi popalić i poczuć pierwsze tchnienie prawdziwych mrozów. Ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Mam więcej czasu na czytanie, dekorowanie domu na święta i wieczory filmowe. Ostatnio przeżyłam nalot kurierów – prezenty, małe przyjemności, recenzje. I tak oto do moich rąk trafił egzemplarz „Cytrynowego chleba z ziarenkami maku” Cristiny Campos. Po ostatnich dobrych wrażeniach literatury kobiecej i „Zimowych pannach” nie mogłam odmówić. Czy się sparzyłam? Zapraszam :)

Niestety nie znalazłam nigdzie biografii autorki, ale mam nadzieję, że bardzo szybko się to zmieni. Jestem niesamowicie ciekawa, kto stoi za „Cytrynowym chlebem”.

Miasteczko na Majorce. Dwie siostry, Anna i Marina, spotykają się po piętnastu latach, aby sprzedać młyn i piekarnię, które odziedziczyły po nieznajomej kobiecie. Anna prowadzi wygodne życie u boku mężczyzny, którego już nie kocha. Marina oddaje się pracy w szeregach Lekarzy bez Granic w krajach trzeciego świata. Nieoczekiwanie Marina postanawia zatrzymać piekarnię i dowiedzieć się, kim była zmarła właścicielka. Podczas swoich poszukiwań odkrywa rodzinne tajemnice, poznaje tajniki wypieku chleba i zbliża się do Anny. Być może uda się im wspólnie odzyskać stracone lata, zmierzyć z duchami przeszłości i przejąć kontrolę nad własnym życiem.

Przyciągnęła mnie okładka, która jest przepiękna. Później przeczytałam opis i przepadłam. Zaczęło ciągnąć mnie do latynoskiej literatury kobiecej i nie mam zamiaru zaprzeczać. Kontrast dwóch światów, w których żyją bohaterki to ciekawy koncept na powieść. Zaczęło się niebywale wciągająco. Zderzenie odmiennych osobowości sióstr oraz życia, jakie wybrały działa na korzyść książki. Obie wzbudzają sympatię, chociaż na różnych poziomach. Do Mariny czujemy prawdziwy szacunek, natomiast Anną mamy ochotę potrząsnąć. Autorka przedstawia niesamowity obraz Majorki oraz realiów, z jakimi muszą mierzyć się wolontariusze Lekarzy bez Granic. Mimo że to fikcja literacka, te dwa elementy zostały oddane bardzo wiernie. Krajobraz Majorki jest magiczny – aż chce się wybrać na wycieczkę i przepaść na dłużej. Dodatkowy smaczek to przepisy na początku każdego rozdziału. Mniej więcej w połowie autorka zaczęła iść po bandzie z rozwojem wątków. O ile rozwiązanie zagadki byłej właścicielki młyna jest genialne, o tyle mnogość historii i mieszanie ich [jest tu wszystko – adopcja, homoseksualizm, związki z przeszłości, choroby] to dla mnie lekka przesada. Mam wrażenie, że Christina Campos chciała za dużo napakować do powieści  i z pięknej opowieści o siostrzanej miłości i poszukiwaniu siebie zrobiono groch z kapustą. Wielka szkoda. Treści starczyłoby na co najmniej cztery inne powieści. Nie przeczę, że w prawdziwym życiu mogłaby taka historia mieć miejsce, ale jest to mało prawdopodobne. Nie obraziłabym się jednak na ponowne spotkanie z Anną i Mariną. Język jest bardzo prosty i plastyczny. Już po kilku stronach rozpędzicie się tak, że nie zauważycie, kiedy stuknie wam ich setka. Chociaż nie opiszę tej powieści jako majstersztyk literacki, poleciłabym „Cytrynowy chleb” każdej fance obyczajówek. Moja słabość do kobiecej literatury hiszpańskojęzycznej wzrasta. Jest bardzo odmienna od tej europejskiej, a tym bardziej amerykańskiej, i kusi tą odmiennością.

Polecam na chłodne wieczory albo jako wsparcie w wycieczce po Majorce. W jednym i drugim przypadku nie zawiedziecie się.

 

„Ponieważ Marina nie miała miejsca, które by do niej należało, nie miała też dokąd wracać na Boże Narodzenie. Nie miała miejsca gdzie spędzałaby dni zaznaczone w kalendarzu, jak robią to normalne rodziny. Owszem, miała pieniądze na zakup domu. Ale nigdy nie pragnęła mieć własnych czterech ścian. Jej psycholożka, parafrazując pisarza, którego nazwiska nie pamiętała, powiedziała pewnego dnia: „Dom to miejsce, gdzie ktoś na ciebie czeka”. I to zdanie wkradło się do głowy Mariny na wiele dni i nocy. Rodzice już nie żyli. Miała dalekich krewnych, z którymi prawie nie utrzymywała kontaktu. No i oczywiście była starsza siostra Anna. Anna i jej realia, które oddaliły siostry od siebie na zbyt długo.”

 

Ocena: 6/10

Za egzemplarz dziękuję z całego serca Wydawnictwu Czarna Owca

Nie omijaj szczęścia, bo będzie mu smutno.

Rodzaj: literatura obyczajowa
Język: polski
Stron: 576
Wydawca: Wydawnictwo Muza

Witajcie! Mieliście kiedyś tak, że czegoś kompletnie nie znaliście, a kiedy już to ogarnęliście to nie wyobrażacie sobie, jak mogliście bez tego wcześniej żyć? Ja właśnie czegoś takiego doświadczyłam. Kiedy otrzymałam maila z informację o konkursie towarzyszącym premierze powieści Ewy Podsiadły-Natorskiej, stwierdziłam „czemu nie, będzie fajna zabawa”. Jednak dopiero po skończeniu fabuły uświadomiłam sobie, że to wszystko ma o wiele głębszy sens niż z początku myślałam. Jak wiecie, nie jestem fanką literatury kobiecej i szukałam złotej książki, która stanie się objawieniem w mojej biblioteczce i czytelniczym życiu. Czy „Nie omijaj szczęścia” właśnie tym się dla mnie stało? Zapraszam na recenzję :)

 

O Ewie Podsiadły-Natorskiej próżno szukać typowej biografii, jednak daje się dobrze poznać na swoim facebookowym profilu, na który zapraszam. Nie mogę też nie polecić zajrzenia na tymże portalu społecznościowym na stronę Szczęśliwych Polek – dziewczyny, łączmy się! :)

Jeśli już znasz Błękitne Dziewczyny, to w tej książce spotkasz je ponownie. Jeśli ich nie znasz, to najwyższa pora je poznać! Życie Kai Redo wreszcie zaczyna się układać. Znalazła pracę i miłość, a prowadzony przez nią facebookowy profil „Szczęśliwe Polki” cieszy się rosnącą popularnością. Jednak Kaja nie osiada na laurach – wymyśla kolejną akcję i zachęca kobiety do prowadzenia pamiętnika pozytywów, dzięki któremu mogą docenić to, co osiągnęły i dostały od życia. Nawiązuje również współpracę z dużym czasopismem, gdzie pojawiają się zdjęcia Błękitnych Dziewczyn – szczęśliwych kobiet, pozujących z kartkami, na których piszą o rzeczach, które napawają je dumą. Kaja wciąż może liczyć na wsparcie Mini i Madzi, choć w życiu serdecznych przyjaciółek głównej bohaterki nie brakuje emocji, jedną z nich prześladuje stalker, a drugą czeka nie lada rewolucja związana z pojawieniem się na świecie nowego członka rodziny…

Mieliście kiedyś tak, że czytając czuliście, że fabuła otula was niczym ciepły kocyk i nie chcecie wyjść? [Pomijając fakt, że ktoś rzeczywiście was tym kocykiem nakrywa ;)] Właśnie taka jest najnowsza powieść Ewy Podsiadły-Natorskiej. Najbardziej żałuję, że wydarzenia z powieści nie są prawdziwe. Przez cały czas miałam ochotę wejść na fejsa [który gra ważną rolę w historii] i napisać na fanpagu Szczęśliwych Polek kilka słów. Strona powstała, więc życzę autorce, by miała jeszcze więcej polubień niż ta z książki. Ja już wysłałam swoje zdjęcie, wam również to polecam. Ale jeszcze słów kilka o bohaterkach – są tak niesamowicie żywe i trójwymiarowe, że jestem w szoku, iż nie żyją w realnym świecie. Każda z nich inna, ale wszystkie pokochałam jak przyjaciółki. Już nie mogę się doczekać kolejnych przygód, a teraz pozostaje mi nadrobić pierwszą część. Akcje pędzi jak w rollercoasterze, trudno skończyć czytanie na jednym rozdziale. Jak zaczęłam, łyknęłam ją w dwa dni – tak bardzo chciałam wiedzieć, co będzie dalej. I przygotujcie się na całą masę humoru – płynie szerokim nurtem przez całą fabułę. Trudno zaszufladkować „Nie omijaj szczęścia” , bo z pozoru to typowa literatura kobieca, która momentami bywa naiwna. Z pozoru. Nie sposób się od niej oderwać i łączy tyle wątków, że z ręką na sercu mogę polecić ją każdemu. Dla mnie to najlepsza powieść „dedykowana dla kobiet”, jaką dotychczas przeczytałam w życiu. Niesamowita dawka pozytywnej energii, skarbnica dobrych piosenek, książek i przepisów [!].

Polecam „Nie omijaj szczęścia” jako powieść idealną na lato, ale nie tylko. Koniecznie przeczytajcie i wrzućcie swoją fotkę na profil Szczęśliwe Polki.

 

„- Taki masz apetyt? – Zaśmiałam się.

- Kochana. Wpieprzam wszystko, jak leci. W dzień, w nocy…

- W nocy też?

- No… tak. Niestety. No ale zobacz! – Podniosła głos. – Gdyby ludzie mieli nie jeść w nocy, to w lodówce nie byłoby światełka.”

„Miłości nie planujesz jak wizyty u ortodonty. Nie kupujesz jej w sklepie jak białego sera na wagę. Ona zawsze jest o krok przed tobą. To wirus. Dopada cię nagle, rozkłada na łopatki. Infekuje każdą komórkę twojego ciała.”

 

Ocena: 9,5/10

 

Biorę udział w konkursie „Błękitne Dziewczyny” z okazji premiery książki „Nie omijaj szczęścia” Ewy Podsiadły-Natorskiej. Autorka debiutowała powieścią „Błękitne Dziewczyny” – opisała w niej przygody tryskającej energią Kai Redo, która tworzy internetowy projekt zmieniający życie jej oraz tysięcy kobiet z całej Polski. Nazywają się Błękitnymi Dziewczynami – są szczęśliwe i akceptują siebie.

Dwie dusze, a jakby jedna.

Rodzaj: literatura obyczajowa
Język: polski
Stron: 211
Wydawca: Wydawnictwo Novae Res

Dawno nie dzieliłam się z wami tym, co przeczytałam, a nazbierało się tego trochę. Było i filozoficznie, i fantastycznie, i kryminalnie. Dzisiaj na pierwszy ogień pójdzie literatura obyczajowa z rozmyślaniem nad sensem rzeczy, czyli gatunek, który ciężko ugryźć, a jeszcze trudniej zrobić to dobrze. Lubię czytać podręczniki do psychologii i odkrywać meandry ludzkiej psychiki. Czy Marii Rajchel udało się mnie zauroczyć i zaskoczyć swoimi rozważaniami? Zapraszam :)

 

Maria Cecylia Rajchel nie jest debiutantką. Dotychczas napisała trzy książki – „Sypienie”, „Psikusy Tigusa” oraz właśnie „Dwie dusze”, którymi dzisiaj się zajmiemy. Niestety nie wiemy zbyt wiele o samej autorce. Zarówno na stronie wydawnictwa jak i w czeluściach Internetu nie odnalazłam jakiejkolwiek noty biograficznej.

Tajemniczy mężczyzna wyrusza w podróż. Kim jest Leon W. i dokąd się udaje? Kim jest dziewczyna, którą spotyka w samolocie? Czy Luiza jest naprawdę dziennikarką? Co znajduje się w skrypcie, który przekazuje jej nieznajomy? Dlaczego nagle znajdujemy się w hotelu? Książka nie jest kryminałem, ani thrillerem. Nie jest również romansem, choć z pozoru tak ją można odczytać. W żartobliwym i poważnym tonie opisuje niestereotypowe zachowania i zwyczaje gości oraz pracowników hotelu.

W czasie czytania dotykały mnie bardzo mieszane uczucia. To, co miało być siłą książki – nieszufladkowanie gatunku – stało się jej słabością. Było trochę romansu, nieco kryminału i filozofii, ale niczego przewodniego. W przypadku fabuły, którą przedstawiła nam autorka, to nie wypaliło. A szkoda, bo można było stworzyć ciekawy miks. Jeśli jesteśmy już przy historii, jest ona całkowicie oderwana od rzeczywistości [a skoro sygnuje się powieść kategorią „literatura obyczajowa” to tej realności oczekuję]. Po krótce: kobieta stwierdza, że nieznany mężczyzna powinien z nią lecieć samolotem, a nie jej współpracownik, z którym miała ważną pracę do zrobienia u celu podróży. Potem za nim idzie w nieznane i rzuca się w wir wydarzeń. O co chodzi? Przecież to nie miałoby miejsca w normalnym świecie… Bohaterowie są mocno wyblakli – dowiadujemy się o nich nieco, ale najważniejsze są idee, które głoszą. Wielkie słowa przytłaczają te postaci. Nie podoba mi się przelewający się hektolitrami patos, epickość i nadmierna poetyckość. Owszem, niektóre obserwacje są trafne, ale ciężko poszukiwać ich w morzu bełkotu i oczywistości, które serwuje nam Maria Rajchel. Sama nie wiem, co sądzić. Z jednej strony ewidentne minusy i potknięcia, a z drugiej – gdyby powieść odciążyć z nadmiaru tej podniosłości opisów i porównań – można stworzyć coś ciekawego. Nie jest to lektura wybitna, ale jeśli ktoś lubi klimaty filozoficzne w stylu Paolo Coelho, to na pewno powieść dla niego. Ja osobiście preferuje bardziej ironiczne podejście do filozofii [nie umniejszam absolutnie jej znaczenia dla literatury i nauki], ponieważ zbyt epickie i wyniosłe opisywanie rzeczy wielkich i próby ich charakteryzacji są z reguły zakończone niepowodzeniem.

Polecam na wieczory, kiedy jesteście zmęczeni codziennością i chcielibyście pogrążyć się w głębszych rozważaniach, ale ostrzegam – tylko dla dużych wielbicieli gatunku.

 

„Tłum kłębił się we wszystkich kierunkach i trzeba by niezłego matematyka, żeby stworzyć algorytm lub objąć rachunkiem prawdopodobieństwa możliwości zmian ich toru poruszania się. Ich nieprzewidywalne ruchy przypominają stado much – narzuciło mi się samoistnie.”

 

Ocena: 3/10

 

Za możliwość przeczytania dziękuję wydawnictwu Novae Res

Słodko-gorzka opowieść o kobiecie.

Rodzaj: obyczajowa, romans
Język: polski
Stron: 212
Wydawca: Wydawnictwo Novae Res

Witajcie! Część z was pewnie już zaczęła majówkowe świętowanie. A część właśnie się za nie zabiera. Ja mam już spakowany plecak i jutro wyruszam w stronę Wrocławia, pomóc Leszkowi Cichońskiemu i reszcie jego ekipy pobić rekord Guinessa w graniu na gitarze. Mam nadzieję, że w tym roku się uda! :) Przy okazji drugiego maja załapię się na kilka genialnych koncertów – przede wszystkim mojego ukochanego Artura Rojka.  Na pewno go kojarzycie, jeśli nie z twórczości solowej to z działalności z zespołem Myslovitz. Mogę śmiało przyznać, że dorastałam z tą kapelą. Teraz mam okazję posłuchać tego genialnego wokalu na żywo. Jednak dzisiaj będzie mało muzycznie, a bardziej romantycznie. Wydawnictwo Novae Res wydało ostatnio ciekawą powieść „Słodko-gorzka”. O czym i jakie są moje odczucia? Zapraszam :)

 

O Marcie Malek niestety nie wiemy nic. Czekam na notkę biograficzną na stronie wydawnictwa.

Słodko-gorzka to historia dwojga młodych ludzi, których losy po kilku spędzonych osobno latach, ponownie się splatają. Przez ten czas w życiu Agaty – młodej pani psycholog – zaszło bardzo wiele zmian: wyszła za mąż, urodziła dziecko, ukończyła studia i podjęła pracę w zawodzie. Natomiast Piotr, wolny strzelec, prowadzi kawalerskie życie. Kiedy spotykają się przypadkiem w swojej rodzinnej miejscowości, budzą się w nich dawno zapomniane iskry, które stają się początkiem gorącego romansu.

Jestem zdziwiona tą powieścią. Mam w stosunku do niej mieszane uczucia: z jednej strony to całkiem dobra literatura kobieca, a z drugiej jednak jak autorka walnie tekstem jak np. fragment z porównaniem kawy i herbaty to nie wiem, czy się śmiać, czy płakać. Główna bohaterka jest dobrze nakreślona. Autorka świetnie ujęła zmiany, jakie zachodziły w jej psychice i zachowaniu. Rozwój sytuacji mimo rwanej chronologii można było spokojnie śledzić, chociaż tempo momentami – zabójcze. Szkoda, że inne postacie się nie rozwinęły, bo chętnie poznałabym bliżej chociażby przyjaciółkę głównej bohaterki. Sama fabuła wzbudziła we mnie wiele emocji, bo coś takiego jak zdrada nie mieści się w moich granicach tolerancji, ani nie występuje w słowniku związku. Jeśli jedna osoba chce się przespać z kimś innym niż partner, powinna po prostu zakończyć związek i wtedy hulaj dusza piekła nie ma! Momentami wcale a wcale nie współczułam Agacie. Co więcej wkurzałam się na nią niemiłosiernie. Wielkie brawa za subtelnie opisane sceny erotyczne. Nie ma tu bogini wyskakującej z szafy, ani konkursu na sto synonimów słowa „penis” [ojej, żebyście wiedzieli, jakie już dziwne określenia na męskie genitalia czytałam… Czasem bardziej humorystyczne niż erotyczne]. Zakończenie mnie trochę rozczarowało przewidywalnością. Spodziewałam się czegoś innego, ale myślę, większości czytelników się spodoba. „Słodko-gorzka” to dobra i lekka lektura o jasnej i ciemnej stronie miłości. O tym, że nie zawsze wszystko układa się po naszej myśli i trzeba improwizować. Idealna na weekendowy relaks i odcięcie się od codziennych problemów.

Polecam głównie kobietom, fankom literatury kobiecej i opowieści o miłości. Każda z was odnajdzie coś dla siebie w tej historii.

 

Kawa znacząco różni się od herbaty. Nie chodzi o smak, konsystencję czy zapach, ale o niosące za sobą przesłanie. Herbata jest przyjacielska. Z każdym jej łykiem sączą się kolejne słowa zaufania i wsparcia, wyjawiane są najgłębsze tajemnice. Herbata ogrzewa i przytula tak, że cieplej się robi na sercu. Natomiast z kawą jest inaczej. Kawa jest zaproszeniem. Zaproszeniem przypadkowych znajomych, współpracowników, małżonków, zaproszeniem koleżeńskim albo zaproszeniem do rozbudzenia się. Kawa jest bardziej elegancka i wyrafinowana. Od kawy wszystko się zaczyna. Kawa jest nowym początkiem…

 

Ocena: 6/10

 

Za możliwość przeczytania dziękuję wydawnictwu Novae Res