Dwie dusze, a jakby jedna.

Rodzaj: literatura obyczajowa
Język: polski
Stron: 211
Wydawca: Wydawnictwo Novae Res

Dawno nie dzieliłam się z wami tym, co przeczytałam, a nazbierało się tego trochę. Było i filozoficznie, i fantastycznie, i kryminalnie. Dzisiaj na pierwszy ogień pójdzie literatura obyczajowa z rozmyślaniem nad sensem rzeczy, czyli gatunek, który ciężko ugryźć, a jeszcze trudniej zrobić to dobrze. Lubię czytać podręczniki do psychologii i odkrywać meandry ludzkiej psychiki. Czy Marii Rajchel udało się mnie zauroczyć i zaskoczyć swoimi rozważaniami? Zapraszam :)

 

Maria Cecylia Rajchel nie jest debiutantką. Dotychczas napisała trzy książki – „Sypienie”, „Psikusy Tigusa” oraz właśnie „Dwie dusze”, którymi dzisiaj się zajmiemy. Niestety nie wiemy zbyt wiele o samej autorce. Zarówno na stronie wydawnictwa jak i w czeluściach Internetu nie odnalazłam jakiejkolwiek noty biograficznej.

Tajemniczy mężczyzna wyrusza w podróż. Kim jest Leon W. i dokąd się udaje? Kim jest dziewczyna, którą spotyka w samolocie? Czy Luiza jest naprawdę dziennikarką? Co znajduje się w skrypcie, który przekazuje jej nieznajomy? Dlaczego nagle znajdujemy się w hotelu? Książka nie jest kryminałem, ani thrillerem. Nie jest również romansem, choć z pozoru tak ją można odczytać. W żartobliwym i poważnym tonie opisuje niestereotypowe zachowania i zwyczaje gości oraz pracowników hotelu.

W czasie czytania dotykały mnie bardzo mieszane uczucia. To, co miało być siłą książki – nieszufladkowanie gatunku – stało się jej słabością. Było trochę romansu, nieco kryminału i filozofii, ale niczego przewodniego. W przypadku fabuły, którą przedstawiła nam autorka, to nie wypaliło. A szkoda, bo można było stworzyć ciekawy miks. Jeśli jesteśmy już przy historii, jest ona całkowicie oderwana od rzeczywistości [a skoro sygnuje się powieść kategorią „literatura obyczajowa” to tej realności oczekuję]. Po krótce: kobieta stwierdza, że nieznany mężczyzna powinien z nią lecieć samolotem, a nie jej współpracownik, z którym miała ważną pracę do zrobienia u celu podróży. Potem za nim idzie w nieznane i rzuca się w wir wydarzeń. O co chodzi? Przecież to nie miałoby miejsca w normalnym świecie… Bohaterowie są mocno wyblakli – dowiadujemy się o nich nieco, ale najważniejsze są idee, które głoszą. Wielkie słowa przytłaczają te postaci. Nie podoba mi się przelewający się hektolitrami patos, epickość i nadmierna poetyckość. Owszem, niektóre obserwacje są trafne, ale ciężko poszukiwać ich w morzu bełkotu i oczywistości, które serwuje nam Maria Rajchel. Sama nie wiem, co sądzić. Z jednej strony ewidentne minusy i potknięcia, a z drugiej – gdyby powieść odciążyć z nadmiaru tej podniosłości opisów i porównań – można stworzyć coś ciekawego. Nie jest to lektura wybitna, ale jeśli ktoś lubi klimaty filozoficzne w stylu Paolo Coelho, to na pewno powieść dla niego. Ja osobiście preferuje bardziej ironiczne podejście do filozofii [nie umniejszam absolutnie jej znaczenia dla literatury i nauki], ponieważ zbyt epickie i wyniosłe opisywanie rzeczy wielkich i próby ich charakteryzacji są z reguły zakończone niepowodzeniem.

Polecam na wieczory, kiedy jesteście zmęczeni codziennością i chcielibyście pogrążyć się w głębszych rozważaniach, ale ostrzegam – tylko dla dużych wielbicieli gatunku.

 

„Tłum kłębił się we wszystkich kierunkach i trzeba by niezłego matematyka, żeby stworzyć algorytm lub objąć rachunkiem prawdopodobieństwa możliwości zmian ich toru poruszania się. Ich nieprzewidywalne ruchy przypominają stado much – narzuciło mi się samoistnie.”

 

Ocena: 3/10

 

Za możliwość przeczytania dziękuję wydawnictwu Novae Res

[PRZEDPREMIEROWO] Mały wielki wojownik.

Rodzaj: literatura młodzieżowa
Język: polski
Stron: 127
Wydawca: Wydawnictwo Novae Res

Witajcie! Skwar w końcu u mnie zelżał i można spokojnie wyjść z domu w południe bez zagrożenia stopienia mózgu. Przyjechało do mnie zamówienie z taniaksiazka.pl i zgrzeszyłam bardzo, ale w końcu mam niektóre egzemplarze, które chodziły za mną już długo i to w bardzo okazyjnej cenie. Między innymi „Żony astronautów” Lily Koppel i „Wśród obcych” Jo Waltona. Jak wcisnę je na listę do przeczytania? A bo ja wiem? Nie mnie odpowiadać na tak trudne pytania ;) Za długo się ociągałam. A co dzisiaj? Będzie literatura młodzieżowa, do której mam słabość. Mogę przy niej odetchnąć i nie zagłębiać w trudne tematy. Czuję się dzięki niej trochę bardziej beztroska. Czy „Mały wojownik” Weroniki Kroczek wywołał u mnie podobne uczucia? Zapraszam :)

 

„Weronika Kroczka. Urodziła się 26 czerwca 1999 w Gdyni. Pisanie jest jedną z jej pasji, tak jak czytanie książek, szczególnie tych z gatunku fantasy. Lubi śpiewać i rysować. „Mały wojownik” jest jej debiutem literackim.” Wielki plus dla wydawnictwa, że umieścili chociaż małą informację o autorce na skrzydełkach. Kciuk w górę ;)

„Mały wojownik” to szalone przygody Eryka i trójki jego przyjaciół porwanych do niewoli przez wrogich żołnierzy. Już wkrótce okaże się, że te szczególne dzieci mogą mieć wpływ na losy całej wojny. Książka pokazuje, jak ważne są przyjaźń, odwaga oraz gotowość do poświęcenia dla innych.

No i co? Kurczę, jajco… Oj, jak ja sobie ostrzyłam pazurki na fajną powieść dla młodzieży o wojnie. Jednak już sama objętość mnie nieco zastanowiła – ledwie 127 stron. Mało można tu zmieścić, ale stwierdziłam, że dam jej szansę. Dużym plusem jest mapka na wewnętrznych stronach okładki. Bardzo fajny pomysł. Nie ma zbyt dużego wprowadzenia, zero historii tej krainy czy powodu najazdu i wojny Północy z Południem. Zdecydowanie za duża luka informacyjna. Przeczytałam ledwie kilka stron, a już do szału doprowadziły mnie zdrobnienia (Dominisia, Zuzka, Halinka) w zderzeniu z „panowaniem” (pan Wiktor, pan Jesionka). Straszny chaos z tym tytułowaniem. Albo po nazwisku, albo po imieniu. W dialogach zdrobnienia są jeszcze do przyjęcia, ale w narracji już nie. Mam cichą nadzieję, że w czasie korekty poprawią też morze powtórzeń, które niemal mnie utopiło. Kompletnie nie rozumiem koncepcji świata. Niby w całości jest wymyślony, ale dzieciaki mówią „spoko” czy „okey”, a jeden z narodów jest potomkiem Chińczyków. Totalny miks realizmu z fantasy. Zarys szkicu może i nawet ciekawy, ale wykonanie do natychmiastowej poprawy i udoskonalenia. Bohaterowie zupełnie nie zachowują się jak dwunastolatki i dwunastolatkowie. A już tym bardziej nie są tak traktowani, bardziej strzelałabym w przełom dorosłości i bycia nastolatkiem. Wojna rządzi się swoimi prawami. Myślę, że branie dzieci w niewolę, zapewnianie im świetnych warunków i przewożenie do specjalnych obozów, gdzie swobodnie mogą chodzić na spacery i nic nie robić, nie zalicza się do tych praw. Kompletnie oderwane od realiów wojny. Rozumiem, że to literatura dla młodzieży, ale jeśli autorka tłumaczy, że armata to „coś jakby karabin na wielkie kule” to nawet nastoletnia ja czułaby się jak idiotka. Tekst jest napisany za wcześnie, niedopracowany i za krótki. Myślę, że temat przerósł Weronikę Kroczek. Raz, że pisać fantasy jest niesamowicie trudno, to jeszcze w dodatku o wojnie. Lepiej wypadłby jakiś lżejszy temat w debiucie.

Polecam bardzo młodej młodzieży. Myślę, że najbardziej optymalną grupą wiekową dla tej powieści będzie mniej więcej czas podstawówki. Dla mnie jako młodej dorosłej, która jeszcze niedawno była nastolatką, zupełnie to nie przemawia.

 

„ – Wszystkich zabrali, tylko my zostaliśmy. Nazywam się Wiktor, a ta mała to Dominisia. Schowałem się z córką, niestety moja żona nie zdążyła… Zabrali ją – dokończył mężczyzna.

- Och, to straszne! – wykrzyknęła pani Halicka i przytuliła mocniej małą Halinkę.

- Musimy ruszać, mogą tutaj wrócić – stwierdził pan Jesionka.

- Nie sądzę – rzekł pan Wiktor. – Byłem generałem w wojsku południowym. Niestety wskutek astmy, na którą zachorowałem, nie mogę już pracować, więc przeszedłem na wcześniejszą emeryturę. A co do wojska północnego to znam ich trochę, przez pół roku byłem szpiegiem w ich oddziałach. Ich taktyka polega na pozbyciu się jak największej liczby przeciwników. Nie zatrzymują się nigdzie na dłużej, ruszają dalej palić i niszczyć. Już jesteśmy bezpieczni, przynajmniej na razie.”

 

Ocena: 2/10

 

Za możliwość przeczytania dziękuję wydawnictwu Novae Res

Słodko-gorzka opowieść o kobiecie.

Rodzaj: obyczajowa, romans
Język: polski
Stron: 212
Wydawca: Wydawnictwo Novae Res

Witajcie! Część z was pewnie już zaczęła majówkowe świętowanie. A część właśnie się za nie zabiera. Ja mam już spakowany plecak i jutro wyruszam w stronę Wrocławia, pomóc Leszkowi Cichońskiemu i reszcie jego ekipy pobić rekord Guinessa w graniu na gitarze. Mam nadzieję, że w tym roku się uda! :) Przy okazji drugiego maja załapię się na kilka genialnych koncertów – przede wszystkim mojego ukochanego Artura Rojka.  Na pewno go kojarzycie, jeśli nie z twórczości solowej to z działalności z zespołem Myslovitz. Mogę śmiało przyznać, że dorastałam z tą kapelą. Teraz mam okazję posłuchać tego genialnego wokalu na żywo. Jednak dzisiaj będzie mało muzycznie, a bardziej romantycznie. Wydawnictwo Novae Res wydało ostatnio ciekawą powieść „Słodko-gorzka”. O czym i jakie są moje odczucia? Zapraszam :)

 

O Marcie Malek niestety nie wiemy nic. Czekam na notkę biograficzną na stronie wydawnictwa.

Słodko-gorzka to historia dwojga młodych ludzi, których losy po kilku spędzonych osobno latach, ponownie się splatają. Przez ten czas w życiu Agaty – młodej pani psycholog – zaszło bardzo wiele zmian: wyszła za mąż, urodziła dziecko, ukończyła studia i podjęła pracę w zawodzie. Natomiast Piotr, wolny strzelec, prowadzi kawalerskie życie. Kiedy spotykają się przypadkiem w swojej rodzinnej miejscowości, budzą się w nich dawno zapomniane iskry, które stają się początkiem gorącego romansu.

Jestem zdziwiona tą powieścią. Mam w stosunku do niej mieszane uczucia: z jednej strony to całkiem dobra literatura kobieca, a z drugiej jednak jak autorka walnie tekstem jak np. fragment z porównaniem kawy i herbaty to nie wiem, czy się śmiać, czy płakać. Główna bohaterka jest dobrze nakreślona. Autorka świetnie ujęła zmiany, jakie zachodziły w jej psychice i zachowaniu. Rozwój sytuacji mimo rwanej chronologii można było spokojnie śledzić, chociaż tempo momentami – zabójcze. Szkoda, że inne postacie się nie rozwinęły, bo chętnie poznałabym bliżej chociażby przyjaciółkę głównej bohaterki. Sama fabuła wzbudziła we mnie wiele emocji, bo coś takiego jak zdrada nie mieści się w moich granicach tolerancji, ani nie występuje w słowniku związku. Jeśli jedna osoba chce się przespać z kimś innym niż partner, powinna po prostu zakończyć związek i wtedy hulaj dusza piekła nie ma! Momentami wcale a wcale nie współczułam Agacie. Co więcej wkurzałam się na nią niemiłosiernie. Wielkie brawa za subtelnie opisane sceny erotyczne. Nie ma tu bogini wyskakującej z szafy, ani konkursu na sto synonimów słowa „penis” [ojej, żebyście wiedzieli, jakie już dziwne określenia na męskie genitalia czytałam… Czasem bardziej humorystyczne niż erotyczne]. Zakończenie mnie trochę rozczarowało przewidywalnością. Spodziewałam się czegoś innego, ale myślę, większości czytelników się spodoba. „Słodko-gorzka” to dobra i lekka lektura o jasnej i ciemnej stronie miłości. O tym, że nie zawsze wszystko układa się po naszej myśli i trzeba improwizować. Idealna na weekendowy relaks i odcięcie się od codziennych problemów.

Polecam głównie kobietom, fankom literatury kobiecej i opowieści o miłości. Każda z was odnajdzie coś dla siebie w tej historii.

 

Kawa znacząco różni się od herbaty. Nie chodzi o smak, konsystencję czy zapach, ale o niosące za sobą przesłanie. Herbata jest przyjacielska. Z każdym jej łykiem sączą się kolejne słowa zaufania i wsparcia, wyjawiane są najgłębsze tajemnice. Herbata ogrzewa i przytula tak, że cieplej się robi na sercu. Natomiast z kawą jest inaczej. Kawa jest zaproszeniem. Zaproszeniem przypadkowych znajomych, współpracowników, małżonków, zaproszeniem koleżeńskim albo zaproszeniem do rozbudzenia się. Kawa jest bardziej elegancka i wyrafinowana. Od kawy wszystko się zaczyna. Kawa jest nowym początkiem…

 

Ocena: 6/10

 

Za możliwość przeczytania dziękuję wydawnictwu Novae Res

Skazani na… klęskę?

Rodzaj: science-fiction
Język: polski
Stron: 584
Wydawca: Wydawnictwo Novae Res

Witajcie w to wtorkowe popołudnie! Pogoda robi nam niezłe psikusy, co nie? U mnie na przykład w niedziele padał grad, a wczoraj grzało słońce. No nie zrozumiesz. W najgorszej sytuacji są osoby, które wychodzą na cały dzień z domu, bo naprawdę trudno wyczuć, jak się ubrać. Z rana pizga jak w kieleckim, po południu słońce, a wieczorem deszcz. Zupełnie jak z innej planety. A skoro już przy obcych światach jesteśmy – dzisiaj chciałabym wam opowiedzieć o „Skazanych na siebie” duetu Prończuk i Gontowicz-Kapica. Już od dawna marzyłam o porządnym science-fiction w kobiecym wykonaniu. Kiedy dodać do tego jeszcze, że to nasze rodaczki – piękniej być nie mogło. Czy bajka trwała do końca czy podczas lektury zmieniła się w koszmar? Zapraszam :)

 

Niestety o autorkach nic nie wiemy. Na stronie wydawnictwa również nie ukazały się notki biograficzne. Pozostaje nam czekać :)

Jest rok 2028. Na tratwach ratunkowych materializuje się grupa sześciuset przypadkowych – jak się początkowo wydaje – rozbitków. Zostali oni prewencyjnie skazani na piętnaście lat wygnania, ponieważ mogliby wywołać na Ziemi powstanie przeciwko rządowi. Zaopatrzeni w trumny z ekwipunkiem przybijają do brzegu nieznanej planety. W trakcie walki o władzę, zasoby i miłość okazuje się, że dzika planeta jest jedyną nadzieją dla reszty ludzkości. Rozpoczyna się wyścig z czasem.

O mój Boże, nie wiem nawet, od czego zacząć. Napiłam się trochę wody i muszę to przyznać. To pierwszy raz, gdzie nie byłam w stanie dokończyć czytania egzemplarza recenzenckiego. Chciałabym nie dyskryminować autorek ze względu na płeć, ale kobiece science-fiction w takim wydaniu, jakie zaprezentowały, to zło w najczystszej postaci. Wylazło wszystko to, dlaczego faceci jednak lepiej sobie radzą w gatunku. Cała powieść to wielki chaos. Postaci jest tak wiele, że czytelnik [i trochę mam wrażenie autorki] nie ogarniał sytuacji. Trudno jest mieć dobry pomysł na każdą z nich i przedstawić ją w sposób realistyczny i trójwymiarowy. Tu „Skazani na siebie” polegli pierwszy raz. Kolejny upadek – kompletny brak wiedzy o przetrwaniu. To, co zostało tu przedstawione, ma w sobie więcej z fiction niż science. Ogrzewanie podłogowe w jaskiniach? Budowa traktora z części zniszczonej satelity? Większej głupoty nie słyszałam. Przykro mi, ale następnym razem przydałby się większy research przed rozpoczęciem prac nad powieścią. Czuć, że temat przerósł autora – ten gatunek to naprawdę trudny i wymagający debiut. Wkradło się niesamowicie dużo nieścisłości. Sam koncept jest niemądry i nielogiczny. „Hej! Jest jedyna planeta, którą możemy osiedlić albo jesteśmy w dupie, bo Ziemia umiera. Wyślijmy tam osoby zagrażające bezpieczeństwu narodowemu. Co może pójść nie tak?” Moim zdaniem, posyła się w takie miejsce najlepszych ze swoich dziedzin – chemików, biologów, fizyków, rolników, architektów i żołnierzy. Nie przypadkowe osoby – nie tędy droga. Tak przy okazji, to niesamowite, że gdzieś we wszechświecie znalazła się planeta, która jest identyczna, co nasza swojska Ziemia. Te same gatunki zwierząt, roślin, klimat, pokrycie terenu. Ewolucja zrobiła niezłego psikusa, skoro tak dokładnie odwzorowała ziemskie warunki, a nie pojawił się na niej homo sapiens. Ciekawe, co nie? Powiem wam, jakie są szanse na taką sytuacje – bliskie zeru. Owszem, planety ze zbliżonymi warunkami do naszych istnieją, ale nigdy nie będą identyczne. O samych postaciach wiemy niewiele, jedynie Nicole daje się poznać lepiej. Trudno mi nazwać książkę, którą próbowałam przeczytać. Trochę postmodernizm, ale też science-fiction. W sumie nie wiadomo, jak to do końca określić. Najbliżej mu do nieudanego fantasy. Nie polecam lektury – jeśli kolejne tomy będą tak oderwane od rzeczywistości, co pierwszy, szkoda czasu. Nie wiem, czy to najgorsze science-fiction, jakie kiedykolwiek czytałam, ale na pewno najgorsze, jakie czytałam przez ostatnie kilka lat.

Nie polecam, jeśli macie coś innego do czytania. Niesamowicie nieudany debiut.

 

„Płynęli tak jeszcze trzynaście dni w trakcie których ustalała się hierarchia. Betsy okrzyknięto bohaterką, jednak to Nicole zdawała się zarządzać grupą. Wyglądała nadal strasznie po zmasakrowaniu przez pszczoły, gdyż blizny na jej ciele i twarzy wcale się nie goiły. Może dzięki temu uważano ją za bardziej doświadczoną i słuchano jej. Natomiast sama Nicole czuła się coraz dziwniej. Nikomu nie powiedziała, że jej zmysły wyostrzyły się i w jakiś magiczny sposób uzyskała rewelacyjną kondycję ciała. Musiała wręcz ukrywać brak zmęczenia przed innymi członkami wyprawy. Zmiany przypisywała pokąsaniu przez pszczoły. Ponadto już na plaży okazało się, że planeta ma zbawienny wpływ na zdrowie przybyłych ludzi. Osoby, które na Ziemi potrzebowały okularów lub słabo słyszały, tutaj zdawały się być uzdrowione, to samo dotyczyło osób z alergiami, astmą, chorobami układu pokarmowego lub zakaźnymi. Niektórzy uważali, że zostali uleczeni z nowotworów czy urazów kręgosłupa. W tym względzie planeta rzeczywiście dawała szansę na drugie życie.”

 

Ocena: 1/10

 

Za możliwość przeczytania dziękuję wydawnictwu Novae Res

Wywiad – Wojciech Czusz

Witajcie! Na ten wywiad czekałam sama i wytrwale do niego dążyłam. W końcu z pomocą wydawnictwa Novae Res miałam przyjemność porozmawiać z Wojciechem Czuszem, autorem „Pomniejszego przypadku manii wielkości”. Książka oczarowała mnie i rozśmieszyła do łez – gorąco polecam zajrzeć do recenzji i sięgnąć po tę powieść :) Zapraszam na rozmowę :)

.

Rocznik 1990. Urodził się i dorastał w Nowej Dębie. Absolwent porównawczych studiów cywilizacji na Uniwersytecie Jagiellońskim. Wydany w 2016 roku „Pomniejszy przypadek manii wielkości” jest jego debiutem powieściowym. Mieszka i pracuje w Krakowie.

.

.

Dzień dobry. Pytanie rozgrzewkowe – co Pan aktualnie czyta?

„Dziecko przez ptaka przyniesione” Andrzeja Kijowskiego.

Jak urodził się pomysł na „Pomniejszy przypadek manii wielkości”? Od razu pojawił się szkic całości, czy historie rysowały się z czasem w Pana głowie?

Rodził się długo i w bólach, a bóle owe wzmagał jeszcze fakt, że od początku postanowiłem trzon fabuły zmieścić w trzech dniach i trzymałem się tego postanowienia kurczowo. Gdzieś po drodze wałęsały mi się po głowie myśli, że może powinienem od razu porwać się na wielkie, epickie dzieło, coś w rodzaju rodzinnej sagi głęboko zakorzenionej w historii albo inną tego rodzaju rzecz, po której nic już na pisarza nie czeka, tylko splendor i słowa uznania za ciężką pracę. Zwyciężyło jednak przekonanie, żeśmy jako ludzie – my, teraźniejsi, dzisiejsi – zupełnie od tego niezależni, że nasze życie rozgrywa się gdzieś obok, gdzieś poza, ale przez to nie jest wcale gorszym materiałem na powieść o charakterze zbliżonym do epopei.

Pierwsza wersja, kilkadziesiąt stron napisanych zanim jeszcze zdążyłem w pełni sformułować sobie te postulaty, miała być pieczołowitym odtworzeniem studenckiego weekendu z wszelkimi zjawiskami, które się nań składają. Był wykład o epistemologii charyzmatycznego profesora, zgrabnie współgrający z odczuciami bohatera, który akurat spostrzegł wśród słuchaczy nader urodziwe dziewczę, było przypadkowe spotkanie z nią później i desperackie próby nawiązania więzi w tempie ekspresowym. Naszkicowałem wówczas tylko szereg oderwanych fragmentów, ale nigdy nie udało mi się skleić tego w całość. Pomysł umarł.

Minął rok, wydarzyło się w moim życiu kilka rzeczy, sięgnąłem po pewne lektury (w tym, nie da się ukryć, raz jeszcze do Gombrowicza, który wielokroć wyłazi z mojej powieści zupełnie bezwstydnie) i jakoś niechcący zaczął wyłaniać mi się z tego pomysł nowy, choć zakorzeniony w tamtym. Od Gombrowicza wziąłem szereg poglądów, które kołatały się w mojej głowie od dawna, ale których nie potrafiłem jasno wyrazić – ten przede wszystkim, że jeżeli czuję się wystarczająco kompetentny wyłącznie na własny temat, to siebie samego obrać mogę za materiał twórczy.

Gdzieś przy okazji wykształciłem w sobie przekonanie, że najważniejszą cechą powieści jest jej wymiar, że tak to nazwę, kosmogoniczny. Mniej lub bardziej świadomy dobór słów i wydarzeń z jednej strony tworzy i odsłania wewnętrzny świat bohatera, z drugiej – co mi się wydaje szczególnie ciekawe – pokazuje jego własny wariant świata zewnętrznego. W momencie rozpoczęcia powieści ów świat jest czytelnikowi zupełnie obcy i dopiero w trakcie lektury, w trakcie zapoznawania się z wydarzeniami – tymi znaczącymi, jak przyjazd ukochanej Ignacego, ale też tymi pozornie błahymi, jak jego negatywna ocena walorów estetycznych latarni, w którą przez nieuwagę nieomal wchodzi – rozwija się przed czytelnikiem ów indywidualny, niepowtarzalny świat, któremu dzięki właściwościom, jakimi odznacza się literatura, nadany zostaje charakter uniwersalny. Jednostka zostaje wyciągnięta z tłumu i postawiona na piedestale (ewentualnie na szafocie).

Nie sposób przy tym nie zauważyć, że co czytelnik z bohaterem i jego światem zrobi, jak go samemu zinterpretuje i osądzi, to już zupełnie inna sprawa.

„Pomniejszy przypadek manii wielkości” to Pana literacki debiut. Proszę opowiedzieć nam o szczegółach powstawania tej powieści. Ile trwały prace, jak udało się Panu wydać książkę?

Pół roku trwało opracowywanie fabuły, co dziś wydaje mi się czasem niedorzecznie długim, biorąc pod uwagę skromne wymiary tej powieści. Kolejne pół roku pisałem, a później – już w trakcie szukania wydawcy – wprowadzałem niezliczone poprawki. Zdążyłem stracić nadzieję, gdy rzutem na taśmę wysłałem „Pomniejszy przypadek” na konkurs literacki Novae Res i dostałem się do finałowej siódemki. Nie udało się wprawdzie zdobyć głównej nagrody, ale w kilka tygodni po ogłoszeniu wyników otrzymałem wiadomość, że pomimo tego wydawnictwo zainteresowane jest publikacją. Tak się tutaj znalazłem.

Czy planuje Pan wydać kolejną powieść?

Planuję i liczę na to, że znajdzie się wydawnictwo, które uzna moje plany za godne uwagi.

Pisze Pan powieści, które są ciekawym połączeniem literatury obyczajowej z elementami humorystycznymi, ale czy jest to również gatunek, który czyta Pan najchętniej? Jeśli tak, skąd wzięło się zamiłowanie do niego? Jeśli nie, po co sięga Pan najczęściej?

Im więcej groteski, dwuznaczności, kontrastu i podskórnego niepokoju, tym lepiej. Stąd też zrodzone jeszcze w szkole zainteresowanie romantyzmem, Młodą Polską, Skamandrytami, futurystami, wspomnianym już Gombrowiczem, Schulzem, Mrożkiem i Lemem. Nie było w tym żadnej systematyczności, raczej dość niefrasobliwe pochłanianie wszystkiego, co uznałem za słuszne. Bardziej od treści interesowała wówczas mnie językowa ekwilibristyka i choć dziś te proporcje raczej się wyrównały, to wciąż czuję się szczególnie wyczulony na słowa jako takie, na ich znaczenie i wzajemne związki, na ich działanie światotwórcze.

W tej chwili czytam żenująco mało beletrystki, a głównie teksty o tematyce polityczno-społecznej. Dawna potrzeba zapoznania się z jak największym wolumenem literackiego dorobku ludzkości zamieniła się w nie mniej dręczącą potrzebę zrozumienia tego, co się dzieje wokół. Obie są równie naiwne, ale cóż – zrzucam to na karb mojego młodego wieku.

Mam nadzieję, że te najważniejsze lektury mam dopiero przed sobą. Zwłaszcza, że po drodze zdążyły się we mnie zrodzić poważne wątpliwości co do tego, jaką wartość ma czytanie same w sobie – i zniknęło prostoduszne przeświadczenie z minionych lat, że jest to pewny sposób na podniesienie jakości własnego życia.

„Pomniejszy przypadek manii wielkości” charakteryzuje się genialnym stylem i wyobraźnią oraz wyczuciem w łączeniu realizmu i abstrakcji. Niewątpliwie spędził Pan dużo czasu z literaturą. Jakich rad udzieliłby Pan początkującym pisarzom, którzy zaczynają swoją przygodę?

Obawiam się, że sam jestem nadal początkującym pisarzem i jako taki nie czuję się uprawniony do udzielania porad. Mogę jedynie buńczucznie opowiedzieć się po stronie zupełnej wolności ekspresji i sarknąć z niechęcią w stronę tych, którzy bezwarunkowo zalecają językowy umiar oraz twórcze przetwarzanie obecnych trendów.

Tak czy owak, historię piszą zwycięzcy.

Spotkałam się czasami z postawą, że pisarze polecali swoim czytelnikom utwory, dzięki którym czytanie będzie bardziej intensywne i będą mogli lepiej wczuć się w klimat. Czy sądzi Pan, że słuchanie muzyki ma wpływ odczucia czytelnika? Jeśli tak, co poleciłby Pan do czytania swojej książki?

Ja zwykłem czytać w ciszy – im głębszej, tym lepiej. Zdarza mi się jednak samego siebie przyłapać na tym, że w trakcie wyjątkowo wciągającej lektury nucę pod nosem tworzoną na bieżąco melodię, która służy mi za podkład na wzór filmowy.

W „Pomniejszym przypadku” muzyki jest mnóstwo – bohaterowie bodajże co kilkanaście stron coś śpiewają, nucą lub grają, zaś pewne utwory i gatunki wplecione są w narrację. Jeżeli ktoś uzna to za słuszne, może ułożyć sobie własną ścieżkę dźwiękową.

Czy według Pana pisanie jest wrodzonym talentem czy umiejętnością, którą można nabyć? Jak to było w Pana przypadku – od zawsze ciągnęło Pana do pisania czy był to żmudny proces uczenia się?

Zapewne jednym i drugim, jakkolwiek fatalnym uogólnieniem by to stwierdzenie nie było i jakkolwiek banalna nie byłaby i taka uwaga, że talent należy rozwinąć. Częścią owego rozwijania jest zarówno uczenie się aspektów zupełnie technicznych, w tym sam proces poznawania języka (również poprzez czytanie), jak i pokonywanie wewnętrznych ograniczeń.

W moim wypadku ten drugi element był szczególnie ważny. Przywykłem, jak my wszyscy, do posługiwania się schematami – w kwestii doboru słownictwa, konstrukcji zdań i konwencji fabularnych. Wiele wysiłku kosztowało mnie – i bez wątpienia niejednokrotnie będzie jeszcze kosztować – przełamanie oporu tych zagnieżdżonych w głowie schematów, żeby faktycznie pisać, a nie pozwolić, aby się pisało – aby odrzucić to, co się nasuwa siłą przyzwyczajenia. Zamiast sztywno i z nabożnym szacunkiem posługiwać się językiem, który narzucono nam z zewnątrz, zacząć wykorzystywać go w sposób niecny, niemoralny. Przestać być mu uległym, a w zamian – zmusić do uległości (na miarę skromnych możliwości).

Kiedy uda się już osiągnąć względny sukces w walce z tym, co zewnętrze, przychodzi drugi, może i jeszcze gorszy rodzaj schematów: te, które wytwarzamy sobie sami, a które są jeszcze bardziej zwodnicze, bo jawią się jako nasze, komfortowe, bezpieczne.

A przecież to dopiero początek – bo napisać dobre zdanie, akapit, stronę, rozdział nawet, to jedno. A potrafić udanie skonstruować całą powieść, to drugie. Ja tych umiejętności jeszcze nie posiadłem w stopniu, który skłonny byłbym uznać za zadowalający.

Co do drugiego z pytań – już w wieku dziesięciu lat podjąłem jakże odważną próbę napisania powieści, co zakończyło się spektakularną klapą.

W mojej wyobraźni często widzę pisarza jako osobę nad maszyną do pisania, ze stertami kubków po kawie i tworzącego przy lampce po nocach. Jak pracuje Pan nad tekstem? Ma Pan jakiś określony system pisania?

Proszę zamienić maszynę do pisania na zeszyt, a obraz będzie w miarę zgodny z rzeczywistością. Nie byłbym w stanie pisać na maszynie i nie jestem w stanie pisać na komputerze – tekst w takiej postaci wydaje mi się nazbyt formalny i stąd kompulsywna potrzeba poprawiania, natychmiastowego doprowadzania go do formy ostatecznej, możliwie bezbłędnej. Szkicowy charakter kartek zapisanych ręcznie pozwala mi się od tego oderwać i ponieść się treści – tej, która przede wszystkim obecna jest w mojej głowie, a nie w formie fizycznej reprezentacji przed oczami.

A poza tym, jak to nader często bywa – zamiast systematyczności są kilkugodzinne zrywy, po których następują nieraz długie tygodnie zupełnej bezpłodności. I dojmujące poczucie, że już nic a nic nigdy nie będę zdolny z siebie wydać. Aż do kolejnego zrywu.

Bardzo dziękuję za rozmowę.