Miasto moje, a w nim…

Rodzaj: literatura młodzieżowa, fantasy
Język: polski [tłumaczenie z języka niemieckiego]
Stron: 336
Wydawca: Wydawnictwo Muza

Witajcie w to wtorkowe popołudnie! Moje nastoletnie lata mam za sobą, ale nadal pamiętam wiele pasjonujących lektur z tego okresu. Nadal wzdycham do Harrego Pottera, Rudolfa z powieści Fabickiej czy przygód Percego Jacksona. Literatura młodzieżowa ma w sobie lekkość i beztroskę, której często ze świecą szukać w tej bardziej dorosłej. Nie mówię, że zawsze, ale z reguły porusza bardziej skomplikowane tematy. Dzisiaj mam dla was coś specjalnego. „Heaven. Miasto elfów” zaskoczyło mnie nie tylko klimatem Londynu, ale też niebanalną historią. Chcecie wiedzieć więcej? Zapraszam :)

 

Czy można się zakochać bez serca bijącego w piersi? „Heaven. Miasto elfów” Christophera Marzi to porywająca powieść z gatunku urban fantasy, osadzona w twardym, mrocznym świecie wielkiej metropolii. Na dachach brytyjskiej stolicy osiemnastoletni David znalazł swój drugi dom. Londyn stał się jego miastem. Tylko tutaj czuje się wolny i może zapomnieć o swojej niechlubnej przeszłości. Pewnej nocy na jednym z dachów spotyka dziwną i piękną dziewczynę. Ma na imię Heaven i błaga o pomoc. Twierdzi, że właśnie wycięto jej serce. Zaskoczony David nie dowierza słowom Heaven, ale postanawia jej pomóc. W ten sposób rozpoczyna się ich wspólna niebezpieczna przygoda. Przeżyją tylko wtedy, gdy uda im się poznać tajemnicę dziewczyny.

Christoph Marzi (1970), pisarz niemiecki, studiował ekonomię na Uniwersytecie w Mainz. Zaczął pisać jako nastolatek. Debiutował w 2004 roku wspaniałą trylogią „Lycidias”, która odniosła duży sukces i od razu zapewniła mu pewne miejsce w gronie autorów fantasy. W roku 2005 został laureatem Deutsche Phantastik-Preis. Mieszka z żoną Tamarą i trzema córkami w Saarbrücken.

Powieść Christopha Marzi to definicyjna lektura dla młodzieży – jest wątek miłosny, intryga i fantasy. Moja nastoletnia część duszy kwiczy z zachwytu. Dorosła ja już trochę mniej, ale nie sposób zaprzeczyć, że się wciągnęłam i czerpałam dużą przyjemność z czytania. Świetna koncepcja fabuły i niesamowity pomysł – coś z pogranicza obyczajówki i fantasy, a to wszystko zgrabnie wplecione w tematy bliskie każdemu nastolatkowi. Strasznie denerwowała mnie jedna rzecz – miłość między Davidem i Heaven. Akcja dzieje się przez około trzy-cztery dni, a bohaterowie zachowują się, jakby znali się co najmniej od kilku lat. Gdyby romans zmienić na przyjaźń to „Heaven” byłaby o wiele wyżej w moim prywatnym rankingu. Śmiało mogłabym zaryzykować stwierdzenie, że jest idealna. Dobry, prosty język książki bez zbędnych udziwnień czytał się niezwykle szybko i przyjemnie. Na pewno jest to piękna opowieść o szukaniu swojej tożsamości i prawdy o rodzinie. Wiele tu zagadek, zakrętów i zwrotów akcji. Dzięki niej inaczej spojrzałam na elfy i musiałam przedefiniować moje pojmowanie tych istot. W życiu nie postawiłabym na tego człowieka w roli protagonisty, który się nim okazał. Tak nawiasem mówiąc nie zdziwcie się na koniec, bo coś ewidentnie poszło nie tak z zakończeniem. Ogromne brawa za postać panny Trodmood. Szkoda, że nie zgłębiono jej historii i nie poświęcono jej więcej miejsca. Ogólnie – chciałabym więcej się dowiedzieć o postaciach drugoplanowych, bo są genialne.

Polecam przede wszystkim młodzieży. To świetna powieść na lato oraz wieczory pod kocem.

 

 

„–  Ktoś mnie ściga – odparła. – Tu, na dachu.

– Ktoś?

– Dwaj mężczyźni.

– Czego od ciebie chcieli?

– Wyjęli mi serce. Tak mi się przynajmniej zdaje. – Jej oczy wydawały się tak ciemne, że nagle nie widział ich wyraźnie.

– Jak to?

– Normalnie. – Położyła sobie rękę na piersi. – Nie czuję bicia serca. – Starała się nie płakać, nerwowo bawiła się suwakiem kurtki. – Wyciął je. – Przełknęła ślinę.

– Tylko że nie ma żadnych ran. Już… Już sprawdziłam.

David przyglądał się jej w milczeniu.

– Zobacz! – Nagle chwyciła go za rękę, rozpięła kurtkę i położyła jego dłoń na swojej piersi.

David pokręcił głową. Jezu, w życiu nie przeżył czegoś równie niesamowitego!

– Nie można żyć bez serca – stwierdził i starał się nie myśleć, że przecież nie czuł tętna. Trzymał dłoń na jej piersi; przez cienki materiał bluzki musiałby coś wyczuć. Ale jednak… nie, to niemożliwe.

– Nie można żyć bez serca – powtórzył.

– A co dopiero biegać i uciekać.

– Wiem – odparła załamana”

 

Ocena: 7/10

 

Za egzemplarz recenzyjny dziękuję wydawnictwu Muza

Zginąć to dopiero połowa drogi…

Rodzaj: kryminał
Język: polski 
Stron: 368
Wydawca: Wydawnictwo Muza

Witajcie w to piękne wtorkowe popołudnie! Kiedy czytacie ten wpis, siedzę pewnie w pracy, ale myślami jestem z wami :) Niezmiennie pozostaję tak zakręcona, że ledwo znajduję czas na sen, a jeszcze przyplątała się infekcja. Ale dość narzekania i do rzeczy. Dzisiaj chciałabym wam opowiedzieć o pewnym kryminale. Dobrze wiecie, że mam ogromną słabość do tego gatunku i kiedy tylko mogę, łapię za niego. Dzięki Wydawnictwu MUZA miałam przyjemność przeczytać „Zginę bez ciebie” Roberta Ostaszewskiego. Nic wam nie mówi to nazwisko? Nie martwcie się – mi też nie mówiło, ale postaram się nadrobić zaległości, bo najnowsza jego powieść wciągnęła mnie bez reszty i już czekam na kolejne przygody podkomisarza Konrada Rowickiego. Zapraszam na recenzję :)

Robert Ostaszewski – urodzony w 1972 r. polski prozaik, felietonista, krytyk literacki; doktorant w IFP UJ. Redaktor FA-artu i Dekady Literackiej, redaktor naczelny Portalu Kryminalnego, współredaguje także FA-art i Dekadę Literacką. Twórca określenia Proza Północy. Autor kilkuset tekstów publikowanych m.in. w Gazecie Wyborczej, Tygodniku Powszechnym, Res Publice Nowej, Nowych Książkach, Odrze, Polityce, Twórczości, Tekstach Drugich. Wydał zbiór felietonów „Odwieczna, acz nieoficjalna” (2002), prozę „Troję pomścimy” (2002), zbiór opowiadań „Dola idola i inne bajki z raju konsumenta” (2005) oraz zbiór szkiców „Etapy. Rozmowy z pisarzami i nie tylko” (2008). Współautor dwóch powieści kryminalnych „Kogo kocham, kogo lubię” (2010, z Martą Mizuro), „Sierpniowe kumaki” (2012, z Violettą Sajkiewicz). Prowadzi bloga poświęconego literaturze „Mania literatury”. Prowadzi również warsztaty z kreatywnego pisania w Studium Literacko-Artystycznym na Uniwersytecie Jagiellońskim. Mieszka w Krakowie.

Akcja powieści rozgrywa się w Ciechanowie w dniach 7-16 czerwca 2012, czyli na początku trwania piłkarskiego Euro. Popełnia samobójstwo nastoletnia córka wiceprezydenta Ciechanowa, Jowita Dudek. Sprawa trafia do podkomisarza Konrada Rowickiego. Jego przełożeni, naciskani przez miejscowych notabli, chcą jak najszybciej zamknąć śledztwo. Ale podkomisarz, dręczony traumatycznymi wspomnieniami depresji swojej żony, postanawia mimo wszystko bliżej przyjrzeć się sprawie, nawet gdy zostaje ona oficjalnie zamknięta. Odkrywa, że w ostatnich latach w Ciechanowie i okolicach odebrało sobie życie podejrzanie wiele nastolatek.

Bez ogródek już na wstępie muszę przyznać, że to świetny polski kryminał. Może nie jest to coś dla fanów Krajewskiego, ale poziom trzyma dobry. Na pewno przeczytam jeszcze niejedną książkę tego autora, jak już wspomniałam na początku. Świetnie nakreślony został portret głównego bohatera – zawiła psychologia i nieznane na początku pobudki sprawiają, że sprawa jest jeszcze ciekawsza i wciąga bez reszty. Stopniowo poznajemy jego historię i to, co ukształtowało go do dnia dzisiejszego. Nie chcę zdradzać zbyt wiele, bo popsuję wam całą frajdę płynącą z lektury. Dlatego koniecznie musicie zajrzeć do „Zginę bez ciebie”. Świetny wątek ukochanej Konrada, który wiele nam wyjaśnia, jeśli chodzi o zachowanie podkomisarza. Wielkie brawa należą się za postacie drugoplanowe, a w szczególności mam na myśli babcię policjanta. Dawno nie spotkałam się z tak dobrze poprowadzoną postacią starszej kobiety w polskiej literaturze. Jest trochę puszczenia oka do czytelnika i humoru, który wprowadza. Chylę czoła i na długo ją zapamiętam. Mam nadzieję, że w kontynuacji przygód głównego bohatera również się pojawi. Cała intryga jest zakręcona, a zakończenie zaskakuje. Niewątpliwie kolejny mocny punkt powieści to klimat Ciechanowa. Świetnie uchwycony i opisany. Czuć, że to miasto żyje swoim życiem, a my jedynie możemy obserwować z boku. Wydanie – cudne. Klimatyczna okładka i świetny rozmiar, który zmieści się do każdego plecaka i torebki.  Jednym zdaniem – jeśli jesteś fanem historii z dreszczykiem to lektura dla ciebie. Porusza nie tylko kryminalne zagadki, ale to wielowarstwowa lektura, którą obiera się z kolejnych powłok powoli. Mamy skrywane cierpienie, walkę z największym wrogiem – samym sobą oraz dopadającą znienacka depresją, a to wszystko zanurzone w morzu sprzeczności i tajemnic.

Polecam wszystkim fanom kryminałów, nie tylko tych polskich. Z czystym sumieniem mogę zarekomendować tego autora, a osobiście będę śledzić jego karierę i kolejne książki.

 

„Do domu Dudków nie było trudno trafić, stał przed nim radiowóz, van techników i samochód żuków gnojarzy. Szybcy są, pomyślałem. Zanim wysiadłem, przyjrzałem się rezydencji. Chałupa kiepsko udawała szlachecki dworek, otaczały ją solidne ogrodzenie z kamieni i drewnianych dech oraz wypielęgnowany ogród. Niby prostota, trochę na pokaz, ale bez przesady. Widywałem w okolicy zdecydowanie większe kurioza architektoniczne.

Posterunkowy Tadeusz Nowak stał przy otwartej na oścież furtce i rzygał wprost na niedawno skoszony, świetnie utrzymany trawnik. Miał taki feler, że mimo kilku lat służby nie potrafił zaimpregnować się na koszmary, z którymi przychodziło mu się stykać. Wysyłali go raz po raz do psychologa, ale nieodmiennie okazywało się, że psychika posterunkowego Nowaka jest stabilna jak wartość złota w niespokojnych czasach kryzysu. Tyle tylko że nad odruchem trzewi nijak nie umiał zapanować. Wszyscy się już do tego przyzwyczaili, docinki spowszedniały, pozostała tylko niezbyt wyszukana ksywka – Żyguli.”

 

Ocena: 8/10

 

Za egzemplarz recenzyjny dziękuję wydawnictwu Muza

Miłość, zbrodnia i kara – trójca nierozłączna.

Rodzaj: kryminał
Język: polski 
Stron: 416
Wydawca: Wydawnictwo Muza

Dzień dobry, dzień dobry! Witajcie w to piękne i cieplutkie popołudnie! Rozpływam się powoli, ale nie marudzę, bo przyjdą gorętsze czasy. A co zrobić w taki dzień jak dziś? Najlepiej zakopać się w fotelu ze szklanką czegoś z lodem i czytać. Mam sporą fazę na Warcrafta [spłonę za to w piekle, ostatnio skończyło się to trzema miesiącami totalnego braku życia...] głównie przez premierę filmu, która już za kilka dni. Ale nie o nim chciałam mówić, mimo że pochłania większość mojego czytelniczego życia [tak, jestem już po „Duncanie” i w trakcie „Illidana”]. Dzisiaj będzie o miłości, karze i zbrodni, czyli najnowszym dziele Heleny Kowalik. Pluję sobie w brodę, że jej wcześniej nie znałam, bo patrząc na jej dotychczasowe publikacje coś czuję, że będzie w czołówce moich ulubionych autorów. Zapraszam na recenzje! :)

Helena Kowalik – dziennikarka, dziś nie związana z żadnym pismem. Sprawowała wszystkie funkcje w tym zawodzie: od młodszego redaktora, do naczelnego. Najdłużej pracowała w redakcjach: Życie Warszawy, Prawo i Życie, Przegląd Tygodniowy, Przegląd. Autorka zbiorów reportaży: „Wyjście z lasu”, „Pan wiesz, skąd ja jestem”, „Chleb, który nie bodzie”, „Mielizna”, „Mali ludzie Gierka”, „Opolski exodus”, „Wysoka Izbo”, „Warszawa Kryminalna”. Ponadto reportaże w serii wydawnictwa „Ekspres reporterów”, oraz politycznie obrachunkowe w serii wydawniczej „Białe Plamy” Oficyny Literatów Rój. Jako laureatka wielu konkursów na reportaże jest współautorką w kilkunastu antologiach reportaży, wydawanych głównie przez Iskry. W latach 2006-2007 publikowała reportaże w cyklu „Reporterzy na tropie” własnego wydawnictwa Ostrowy.

Zbiór reportaży o trudnych do przeniknięcia mrokach ludzkiej duszy. Dlaczego tak się stało, że miłość łącząca na początku zwyczajnych ludzie z późniejszej perspektywy, już na sali sadowej, okazuje się uczuciem chorym, skoro zrodziło myśl o krwawym rewanżu, gwałcie, oszukaniu obiektu adoracji. Zamysł doczekał się realizacji – doszło do tragedii. Często nieodwracalnej, ofiara straciła życie.

Na samym wstępie zaznaczę, że jeśli szukacie czegoś z ciągłością fabuły, to nie ten adres. „Miłość, zbrodnia i kara” to ciągły kalejdoskop tragedii, zagadek i zawiłości ludzkiej psychiki. Zbiór spraw kryminalnych, które wydarzyły się w Polsce na przestrzeni dziesięcioleci, a a głównym ich wątkiem jest miłość malowana w tysiącu odcieni. Ta tematyka poruszyła mnie i wciągnęła bez reszty od pierwszych stron. Chciałam czytać kolejną i kolejną historię, poznać losy opisanych ludzi. Lektura skłania do refleksji nad ludzką naturą i miłością. To fascynujące jak tak silne i w istocie piękne uczucie może prowadzić do makabrycznych i okrutnych czynów. Każdy powinien sięgnąć po tą pozycję, żeby uświadomić sobie, że morderstwa mają miejsce również na naszym podwórku i nie są jedynie amerykańskim wytworem rodem z filmów. Z ogromną ciekawością zabiorę się do nadrobienia pozostałych reportaży tej autorki – już nie mogę się doczekać. Nie ukrywam, że moje zainteresowanie tematem jest częściowo podyktowane przez studia prawnicze i zamiłowanie do kryminalistyki. Jednak nie tylko, bo od kiedy pamiętam sięgałam po kryminały. Świetna forma krótkich historii, jednocześnie nie ujmując ilości informacji w niej zawartych. Jaka jest moja refleksja? Helena Kowalik udowodniła mi, że Romeo i Julia często kończą martwi tak czy inaczej [a przynajmniej jedno z nich].

Polecam każdemu, komu nieobce jest oglądanie CSI po nocach albo fascynowanie się portretami psychologicznymi morderców. Oraz pasjonatom kryminałów – ten tutaj to genialne surowe ujęcie tematu.

 

„Wszystko z szuflad i szaf wyrzucone na podłogę, w tym walały się puste butelki po winie.Na ścianie napis krwią: „Aniu, to dla ciebie”. Pochyliłem się nad panem Robertem, zapytałem co się stało, a on: „Chyba ją udusiłem”. Zaraz po moim telefonie przyjechała policja.

„Jaka byłam głupia myśląc, że go zmienię! Gdy mówię mu, że czuję się jak sprzątaczka, to się oburza. I nadal sika do zlewu, dwa tygodnie by chodził w jednej koszuli, niczego po sobie nie sprzątnie. I te jego teksty: „Będziemy się pipkować? Pobzykamy się? Chodź, to się stukniemy”. Sam się stuknij w ten durny łeb”.

 

Ocena: 9,5/10

 

Za egzemplarz recenzyjny dziękuję wydawnictwu Muza

Wiadomość z podziemi. Stop.

Rodzaj: kryminał, sensacja
Język: polski 
Stron: 800
Wydawca: Wydawnictwo Muza

Tak, tak, tak! W końcu to, co kocham całym sercem – kryminał! Miałam takiego kaca po Krajewskim, zakończeniu serii o Popielskim, czyli świetnej „Arenie szczurów”, że jakoś nie po drodze mi było z tym gatunkiem literackim. Siedziałam w fantasy i różnych innych klimatach. Kiedy otrzymałam „Sedinum” na początku przeraziła mnie objętość tej powieści – bite 800 stron akcji. To dotychczas chyba najgrubsza książka na mojej półce. Czy przeczytana w całym życiu? Raczej nie, ścierałam się już z bardziej opasłymi tomami. Jak widać zwycięsko ;) Jakie zatem mam wrażenia po lekturze? Zapraszam :)

 

Leszek Herman – szczecinianin, z wykształcenia architekt. Od 1997 projektant i współwłaściciel szczecińskiej Pracowni Projektowej Konserwacji Zabytków. W latach 1993–1995 był autorem cyklu artykułów dla „Gazety Wyborczej” o niezwykłych budynkach i miejscach w Szczecinie i na Pomorzu, ilustrowanych własnymi odręcznymi rysunkami. Od 2005, wraz z bratem Marcinem, prowadzi autorską pracownię projektową. Prywatnie miłośnik tajemnic historycznych i architektonicznych, historii sztuki, dobrej książki, roweru, jazdy konnej i spotkań przy piwie z przyjaciółmi.

W spokojny, piątkowy wieczór, w samym centrum miasta zapada się parking podziemny niedawno wzniesionego biurowca. Katastrofa budowlana odsłania nieznane podziemia, w których od końca wojny stoi wrak niemieckiej, wojskowej ciężarówki. Za, podziurawioną kulami szybą szoferki tkwi trup kierowcy, a na pace znajduje się ładunek, który wywraca do góry nogami spokojne życie kilku osób – architekta, który musiał się tutaj znaleźć z racji pełnionej funkcji, dziennikarki, która, zostając po godzinach w redakcji, mimowolnie stała się uczestniczką wydarzeń oraz potomka starej, pomorskiej rodziny, który na wieść o katastrofie przybywa do miasta swoich przodków. Ścieżki trojga nieznajomych łączy, niewinna początkowo, misja odkrycia tożsamości nieboszczyka. Okoliczności zaczynają się jednak coraz bardziej komplikować, a pojawiające się nowe pytania zmuszają ich do zagłębienia się w trudnej i pogmatwanej historii miasta i poszukiwania okruchów wydarzeń sprzed wielu wieków. Dopóki jedynymi problemami, które mają na głowie są demoniczna była żona, nadopiekuńcza matka czy wścibski szef nie jest tak źle. Gdy w lochach znajduje się jednak kolejny nieboszczyk, sprawy przybierają poważniejszy obrót. Na scenę wchodzą tajemniczy prześladowcy, a w tle pojawia się nazistowska tajemnica, w którą zamieszany był Werwolf. Tymczasem, na krystalicznie czyste od tygodni niebo zaczynają ściągać coraz ciemniejsze chmury. Do miasta zbliża się burza, jakiej bardzo dawno tutaj nie było…

Uff… Trochę czasu mi to zajęło, ale przebrnęłam przez „Sedinum”. Współczesny Szczecin – życie pędzi naprzód wirując między zabytkami i wieżowcami. Można tu spotkać najróżniejsze osobowości od niespełnionej dziennikarki, przez architekta z przeszłością, aż do Bogu ducha winnemu ciecia. Od samego początku zrobiło się gorąco. Nie ma szczypania się ze wstępami i wprowadzeniami. Mocne uderzenie, czyli to, co lubię najbardziej. Mimo wielowątkowości nie ma się wrażenia „przepakowania” i spokojnie można odnaleźć się w każdym z nich. Intryga zagęszcza się z każdą stroną, wciągając coraz to nowe postacie w swoją sieć. Leszek Herman przeskakuje w czasie i czerpie z historii Szczecina, skupiając się na czasach okołowojennych, jednak nie ograniczając do nich. Czuć, że autor jest z wykształcenia architektem, ponieważ wiele razy opisy skupiają się właśnie na tym elemencie krajobrazu. Czy to źle? Mam wrażenie, że właśnie przez opisy nieco zwalnia akcja, a to momentami nuży. Szkoda, bo gdyby ją przyciąć do około 600 stron, byłby istny rollercoaster. Fabuła to misternie budowana konstrukcja złożona z historycznych nawiązań, złożoności relacji między bohaterami, tajemnic i genialnego szczecińskiego klimatu. Największe smaczki wychodzą niczym potwory spod łóżka z przeszłości. Widać gołym okiem, że pisarz wiele godzin spędzał nad podręcznikami i innymi źródłami, co mi bardzo zaimponowało. Sama zaliczam się raczej do słomianych pasjonatów historii, jednak ten respekt dla ludzi, którzy autentycznie posiedli tajemną wiedzę, pozostał. Może to przez mojego brata ;) Jedną z nielicznych rzeczy, które mi przeszkadzały to małe zgrzyty w konstrukcji bohaterów. Miałam wrażenie, że czasami są nieprzemyślani. Czy zaryzykowałabym stwierdzenie, że Leszek Herman to polski Dan Brown? Potencjał jest ogromny, ale poczekam na drugą książkę tego autora, zanim wydam ostateczny werdykt. Jedno jest pewne – po lekturze „Sedinum” już nigdy nie spojrzę na Szczecin tak samo. A miejsca wymienione w powieści, trafią na listę do odwiedzenia przy okazji wycieczki w te strony.

Polecam fanom kryminałów i książek historycznych, nie tylko Szczecinianom. Warto przedrzeć się przez każdą z 800 stron, bo całość po prostu wymiata.

 

„- Panie sierżancie. Jest pewna komplikacja. Możemy pana prosić na stronę na moment? – rzekł cicho. – Lepiej, żeby za wiele osób o tym nie wiedziało – dodał.

Policjant popatrzył dziwnie, ale dał się odprowadzić na bok. Podeszli pod drzewa rosnące na skrawku trawnika między hotelem a zatoczką autobusową. Od strony hotelu, zza barierek odsuniętych przed momentem przez policjantów, powoli wjechał wóz strażacki i odjechał parę metrów od budynków. Igor odetchnął i w skrócie zrelacjonował policjantowi efekty ich karkołomnej ekspedycji.

Starszy sierżant w tym momencie uznał, że wydarzenia wykroczyły poza jego kompetencje.”

 

Ocena: 9/10

 

Za egzemplarz recenzyjny dziękuję wydawnictwu Muza oraz Business & Culture

Panny pojawiające się zimą…

Rodzaj: literatura obyczajowa
Język: polski [tłumaczenie z języka hiszpańskiego]
Stron: 320
Wydawca: Wydawnictwo Muza

Mój romans z literaturą hiszpańską należał to tych krótkich, ale intensywnych. Jeszcze w liceum miałam okres, kiedy biegałam do biblioteki i wybierałam po jednej książce z każdej półki językowej – coś hiszpańskiego, coś czeskiego, coś francuskiego. Dzięki tej loterii poznałam Jose Saramago, który podbił moje serce całkowicie. Tak swoją drogą polecam „Miasto ślepców”. Język może być problematyczny, ale koncepcja i fabuła w nim zawarte są godne każdego poświęcenia. Ale do rzeczy. Dzisiaj będzie spokojniej, żadnych dystopii. Opowiem wam kilka słów o „Zimowych pannach” Cristiny Sánchez-Andrade. Zapraszam :)

 

Cristina Sánchez-Andrade – urodzona w 1968 roku w Santiago de Compostela pisarka, krytyczka literacka i tłumaczka. Prowadzi warsztaty pisarskie. Absolwentka prawa. Autorka nagradzanych powieści tłumaczonych na angielski, portugalski, włoski, polski i rosyjski. Określana przez krytyków jako jeden z najwspanialszych głosów dzisiejszej literatury hiszpańskiej.

Galisja, koniec lat pięćdziesiątych. Do małej wsi po latach nieobecności powracają dwie siostry, Saladina i Dolores. Zamieszkują w domu należącym kiedyś do don Reinalda, ich dziadka. Zajmują się gospodarstwem, krawiectwem oraz rozmawiają o swojej wielkiej pasji – kinie i życiu hollywoodzkich gwiazd. Jednak dla lokalnej społeczności ich powrót okazuje się szokiem. Wracają wspomnienia o tajemniczych umowach, które dziadek sióstr spisał z mieszkańcami wsi. Zobowiązali się w nich za opłatą oddać mu po śmierci swoje mózgi do celów naukowych. Z chwilą powrotu sióstr każdy z mieszkańców chce odzyskać swoją umowę: i ksiądz o nieokiełznanym apetycie, i samozwańczy nauczyciel, i technik dentystyczny wstawiający zęby wyrwane zmarłym, i starsza kobieta, która codziennie wzywa księdza, by udzielił jej ostatniego namaszczenia. Dlaczego nikt nie chce rozmawiać z siostrami o dziadku? Co takiego wydarzyło się podczas wojny? Dlaczego nazywają je Zimowymi Pannami? Czy siostrom uda się spełnić marzenia o karierze aktorskiej? A może przytłoczy je ciężar wyrzutów sumienia?

Już na wstępie muszę przyznać, że „Zimowe panny” to lektura bardzo specyficzna i na pewno nie dla każdego. Cała opowieść jest osnuta przez swego rodzaju mgłę tajemnicy, Gatunek leży gdzieś na granicy historyczno-obyczajowej, jednak obie te kategorie nie są wyrażone wprost. Oś fabuły to dwie kobiety, ich siostrzana miłość nadszarpnięta licznymi odpryskami wojny, plamami sekretów i nie do końca wypowiedzianymi wątkami. Główne bohaterki są przecudowne – tak bardzo różne, a jednocześnie posiadające cechy wspólne. Zagadka, jaką jest dziadek Saladiny i Dolores cały czas ukrywa się w tle, mimo to pozostając ważnym punktem historii oraz wydarzeń. Mamy tu do czynienia z plejadą enigmatycznych, trójwymiarowych postaci, każda czymś się wyróżnia. Dzięki temu mieszkańcy i sama wioska wydają się brutalnie realistyczne. Samo zakończenie powieści – mocno intrygujące, nie spodziewałam się takiego obrotu spraw. „Zimowe panny” to opowieść o tajemnicy z przeszłości, próbie dostosowania się i powrotu do miejsc dzieciństwa. O zmianach, które zachodzą nieubłaganie, nawet jeśli nie chcemy ich do siebie dopuścić. W końcu również o miłości siostrzanej, ale i tej romantycznej, do której wszyscy tęsknią oraz o rozczarowaniach, spotykających każdego. To niesamowita, lekko zasnuta mgłą i ciepłem zachodzącego słońca opowieść z dawnych lat. Na pewno jedyna w swoim rodzaju.

Polecam każdemu, kto chciałby przeczytać ciekawą historię z nutką uroku lat pięćdziesiątych. Z przyjemnością zagłębiłam się w tę rzeczywistość.

 

„Starsza była chuda i koścista, twarz miała pociągłą, jastrzębią. Trudne lata, które przeżyła, nie pozostawiły miejsca na łagodność i słodycz, cechujące ją w dzieciństwie, na wiarę w siebie i w innych. Teraz dominowała w niej zwierzęca rutyna i przywiązanie do sztywnego rozkładu zajęć. Zamknięta w swoim własnym świecie magazynów ilustrowanych, powieści radiowych i pochlipywań, miała tylko jednego bzika: rozpaczliwą potrzebę świętego spokoju i tego, by nikt się jej nie czepiał. Dlatego wstawała rano, pracowała i szła spać, nie myśląc o niczym więcej. I tak dzień po dniu, zanurzona w tym, co sama nazywała „dobrą rutyną”. Kiedy skończyła dwadzieścia lat, dawano jej czterdzieści. Gdy skończyła trzydzieści pięć, nie sposób było ocenić, w jakim jest wieku.

Jeśli idzie o tę drugą: uwagę zwracały jej kruczoczarne kręcone włosy, szczupła sylwetka, pełne usta, ale przede wszystkim spojrzenie: zielone oczy ze złotymi refleksami wokół tęczówki. Jej siostra miała w zwyczaju podnosić głos, ona raczej zagryzała wargi, słuchała jej, zgadzała się na jej rozkład dnia, nie dlatego, żeby specjalnie lubiła taki porządek, lecz dlatego, że jedynie on zapewniał jej spokojne życie, bez niespodzianek i nagłych zwrotów akcji. Zawsze wyróżniała ją cierpliwość, i nie wiadomo, czy ta cierpliwość była jej największą zaletą, czy cechą najbardziej niepokojącą.”

 

Ocena: 8/10

 

Za egzemplarz recenzyjny dziękuję wydawnictwu Muza oraz Business & Culture