Latarnia przyzywająca umarłych.

Rodzaj: sensacja, kryminał
Język: polski
Stron: 600
Wydawca: Wydawnictwo Muza

Witajcie! Kiedy dowiedziałam się, że wyszła kontynuacja „Sedinum”, miałam mieszane uczucia. Z jednej strony cieszyłam się, że poznam dalsze przygody bohaterów, a z drugiej obawiałam się objętości powieści. Pamiętam, że z jedynką mierzyłam się przez tydzień bodajże. Dwójka jest nieco mniejsza, ale czy zawiera również mniej ciekawe historie? Zaraz się dowiedzie. Na marginesie tylko wam szepnę, że podsunęłam „Sedinum” mojemu bratu i stwierdził, że naprawdę dobra ;) Nie przedłużając, zapraszam na recenzję :)

Leszek Herman – szczecinianin, z wykształcenia architekt. Od 1997 projektant i współwłaściciel szczecińskiej Pracowni Projektowej Konserwacji Zabytków. W latach 1993–1995 był autorem cyklu artykułów dla „Gazety Wyborczej” o niezwykłych budynkach i miejscach w Szczecinie i na Pomorzu, ilustrowanych własnymi odręcznymi rysunkami. Od 2005, wraz z bratem Marcinem, prowadzi autorską pracownię projektową. Prywatnie miłośnik tajemnic historycznych i architektonicznych, historii sztuki, dobrej książki, roweru, jazdy konnej i spotkań przy piwie z przyjaciółmi.

Akcja „Latarni umarłych” rozgrywa się w rok po wydarzeniach opisanych w „Sedinum – wiadomość z podziemi”. Troje młodych ludzi – Paulina, Igor i Johann – zostaje ponownie wplątanych w sensacyjne śledztwo, tym razem dotyczące pewnego morderstwa. Dawno, dawno temu, w pewnym małym miasteczku nad samym morzem, w starym średniowiecznym zamczysku rodzi się chłopiec, który niedługo potem zostaje królem całej Skandynawii, a w ówczesnej Europie jest nazywany Cesarzem Północy. Mijają wieki. Rok 1941. Mroźną listopadową porą, w samo południe, nieopodal miasta dochodzi do potężnej eksplozji, która kładzie pokotem wszystkie drzewa i wybija szyby w oknach w całej okolicy. Fala uderzeniowa odczuwalna jest w promieniu kilkudziesięciu kilometrów, a w pewnej starej kaplicy zapada się posadzka. Blisko osiemdziesiąt lat później pewnego wiosennego dnia do redakcji popularnego, szczecińskiego dziennika przychodzi wiadomość od pewnego staruszka. W jego kolejnych listach nieprawdopodobne wspomnienia i sensacyjne szczegóły przeplatają się z urojeniami z czasów wojennych. Zajmująca się tym tematem dziennikarka Paulina Weber zaczyna wątpić w zdrowie psychiczne nadawcy. Gdy w ostatnim liście zdradza on, że od wielu lat ukrywa zakopane w piwnicy zwłoki, jest już tego pewna…  Pozostawione przez niego stare dokumenty z wolna zaczynają jednak odsłaniać mroczne wydarzenia, które za czasów drugiej wojny światowej rozegrały się w sennej, nadmorskiej scenerii…

„Latarnia umarłych” to kolejna obszerna publikacja na koncie Leszka Hermana [600 stron robi wrażenie], napisana z dbałością o detale i zawierająca w sobie wiele z pasji autora – historii sztuki, architektury oraz tajemnic II wojny światowej. Dla każdego poszukiwacza ciekawostek, szczególnie Pomorza, pozycja kusząca. Czy poleciłabym ją na odstresowanie albo urlop? Podoba mi się, ale nie. To ceglisko potrafi przygnieść niejedno, szczególnie urlopowy klimat. Na powolne wieczory po pracy – jak najbardziej. I tu właśnie wychodzi kolejny problem. Czy przez rok można napisać pełnokrwistą powieść o takiej objętości? Można. Ale w przypadku „Latarnii umarłych” zabrakło tego czegoś. Nie ma tego błysku w oku niczym u Indiany Jonesa, kiedy dokopujemy się do kolejnych warstw zagadki. Jest ok, ale nie ma już takiego szału, jak przy pierwszej części. Jeśli nie wgryziecie się od razu – nie szkodzi. Wątków i postaci jest tak wiele, że trudno się w tym połapać przy powolnej akcji. Podziwiam autora i szanuję jego pracę, jednak w tym przypadku po prostu nie pykło. Leszek Herman posiada niewątpliwie dobry, lekki styl i z ciekawością będę wypatrywała jego publikacji na rynku wydawniczym. Pobudza wyobraźnię i sprawia, że ma się ochotę poszperać w bibliotece w poszukiwaniu ciekawostek o swoim regionie.

Wielbiciele architektury i sztuki będą zadowoleni – perełka wizualna jeśli chodzi o przedstawienie świata i skarbnica wiedzy. Dla osób o większej ilości czasu na czytanie.

 

6/10

Za egzemplarz dziękuję z całego serca Wydawnictwu Muza

Księżniczka uwięziona w ojcowskiej wieży.

Rodzaj: obyczajowa, literatura faktu
Język: polski [tłumaczenie z języka angielskiego]
Stron: 352
Wydawca: Wydawnictwo Muza

Witajcie! Pierwszy raz wzięłam się za tak ciężką lekturę napisaną na faktach. Zazwyczaj omijałam je szerokim łukiem, ale tym razem spróbowałam. Trudno jest się później pozbierać, wiedząc, że gdzieś tam [pod innym imieniem i adresem] żyje osoba, która naprawdę to przeszła. Szczególnie, gdy temat dotyczy dzieci. O autorce słyszałam już wiele – że porusza, wzrusza i tłumaczy zawiłości dziecięcej psychiki. Głównie dzięki tej opinii sięgnęłam po „Córeczkę tatusia”. Czy spełniła oczekiwania? Zapraszam. 

Cathy Glass ma troje dzieci, dwoje dzieci rodzonych i jedno dziecko adoptowane. Kiedy opuściła szkołę, otrzymała stanowisko w służbie cywilnej, którą zostawiła, aby założyć rodzinę. Jednocześnie została opiekunem zastępczym [co stało się dużą inspiracją dla jej pisania]. Była opiekunem zastępczym przez ponad dwadzieścia pięć lat. W uznaniu dla jej doświadczenia i kwalifikacji została „specialist foster carer”, a oznacza to, że często jest proszona o opiekę nad dziećmi o złożonych potrzebach lub bardzo trudnych zachowaniach. Od zawsze była pisarką – w szkole pisała wiersze do szkolnej gazetki. W nastoletnich latach zaczęła pisać opowiadania, artykuły, tworzyła słuchowiska radiowe. Podobnie jak dla wielu pisarzy było to jej hobby – coś, co robiła niemal ukradkiem w wolnym czasie, w trakcie pracy. Dwie połówki mojego życia – pisarstwo i bycie przybranym opiekunem – spotkały się w 2007 roku i książki natychmiast stały się bestsellerami.

Mała zagubiona dziewczynka. Załamany ojciec. Wstrząsające odkrycie. Siedmioletnią Beth wychowywał samotnie jej ojciec Derek. Matka odeszła, gdy dziewczynka miała dwa lata. Beth była dzieckiem miłym i na pozór otoczonym dobrą opieką. Cathy Glass szybko zaczęła mieć obawy, że jej relacja z ojcem nie jest taka, jak być powinna. Oboje bardzo się kochali, a Derek rozpieszczał córkę i traktował ją jak księżniczkę. Jednak coś, czego Cathy nie potrafiła określić, budziło w niej niepokój. Jej mąż pracował wówczas w innym mieście i do domu przyjeżdżał tylko na weekendy. Wkrótce doszło do dramatycznych wydarzeń, które zniszczyły spokój dzieci Cathy i Beth, ich życie na zawsze się zmieniło. Pisząc tę książkę – historię o Beth – cofnęłam się do okresu, gdy Adrian miał sześć lat, a Paula dwa. Gdy teraz o tym myślę, ciarki mnie przechodzą na wspomnienie różnych niebezpiecznych sytuacji, na które ja i moja rodzina byliśmy narażeni. Jestem jednak pewna, że dziś postąpiłabym tak samo, gdyż pewne zachowania są niedopuszczalne i ze względu na dobro dziecka trzeba położyć im kres.

 

Pierwszą rzeczą, która zwróciła moją uwagę, był czający się w zakamarkach kartek niepokój. Do tego stopnia, że bałam się, iż za moment Beth wyjdzie z czyjegoś pokoju z zakrwawionym nożem i ukatrupia całą rodzinę. Ale myślę, że to może być spowodowane oglądaniem zbyt dużej ilości horrorów ostatnimi czasy. Niemniej, jest to trudna lektura pokazująca, że relacje rodzica i dziecka nie zawsze wydają się oczywiste. Początkowo Derek wzbudza niechęć i obrzydzenie, jednak z biegiem fabuły czytelnik zaczyna mu współczuć coraz bardziej. Cathy Glass rysuje przed nami obraz człowieka zagubionego i pozostawionego samemu sobie w wychowywaniu córki [mama Bath zostawiła ich, kiedy dziewczynka była malutka]. Cieszę się, że został poruszony problem kazirodztwa emocjonalnego, o którym niewiele mówi się w kontekstach zaburzeń psychologicznych. Jest to intrygujący temat i zachęcam do poczytania o nim więcej. Książka przypomina pamiętnik – oprócz sprawy Beth poznajemy rodzinę autorki, a przede wszystkim problemy, jakie ma sama Cathy Glass. Myślę, że to genialny zabieg. Wiąże się z tym jednak największy moim zdaniem minus powieści – język. Nie wiem, czy to wina tłumaczenia, czy stylu, ale ktoś tu bardzo nie chciał powtarzać zwrotów i unikał potocznego języka. Przez co niejednokrotnie sytuacja wydawała się oderwana od rzeczywistości i wybijała mnie z rytmu. Historia wywołała u mnie wiele skrajnych emocji – od gniewu, przez radość, wzruszenie, aż po smutek. Podsumowując w „Córeczce tatusia” znajdziecie wszystko: rozpad rodziny, samotne rodzicielstwo, porzucenie, zagubienie w wychowywaniu i jego konsekwencje. Ale również dyskryminację oraz niezrozumienie. Losy bohaterów pełne są samotności, miłości, zazdrości, nadopiekuńczości, lęku. Nic więcej nie mogę wam powiedzieć, żeby nie zepsuć lektury.

Polecam jako lekturę mądrą i dającą do myślenia oraz skorygowania postrzegania rodzicielstwa. Nie zawiedziecie się – trzyma w napięciu do ostatnich stron.

 

Ocena: 8/10

Za egzemplarz dziękuję z całego serca Wydawnictwu Muza

Umierasz i cię nie ma.

Rodzaj: kryminał, sensacja
Język: polski
Stron: 496
Wydawca: Wydawnictwo Muza

Witajcie! Kiedy otrzymałam propozycję recenzji dwóch tomów Mariusza Ziomeckiego, od razu się zgodziłam. Wszak kryminały to moja broszka, więc nie mogłam odmówić. Autora nie znałam, ale cóż mi mówiło, że będzie dobrze. Zgrabne okładki i intrygujące opisy przeważyły szalę. Zawsze jestem łasa na dobrą powieść policyjną. Hit czy kit? Zapraszam na recenzję :)

 

Mariusz Ziomecki (ur. 1952) – polski pisarz, dziennikarz i publicysta. Do 1981 był dziennikarzem warszawskiej Kultury. W 1982 wyjechał do Stanów Zjednoczonych, gdzie pracował jako jeden z głównych komentatorów dziennika The Detroit Free Press. W latach 1998–2000 dzielił funkcję redaktora naczelnego dwutygodnika Komputer Świat z Wiesławem Małeckim. Następnie w 2003 roku objął funkcję redaktora naczelnego dziennika Super Express. Redaktor naczelny tygodnika Przekrój od 2006 roku do lipca 2007. W latach 2007–2008 był redaktorem naczelnym Superstacji i prowadził program Rezonans. Od września 2008 roku wydawca programu Konfrontacje w Polsacie, a od maja 2009 do końca lutego 2010 redaktor naczelny serwisu publicystycznego redakcja.pl.Od listopada 2009 do maja 2010 był redaktorem sponsorowanego przez Narodowy Bank Polski serwisu internetowego ObserwatorFinansowy.pl i jednocześnie doradcą Prezesa NBP. Następnie pracował dla firmy kosmetycznej Inglot. Od 2014 na antenie Polsat News 2 prowadzi program publicystyczny Prawy do lewego, lewy do prawego.

Para wypalonych gliniarzy – ona policyjny psycholog, on najskuteczniejszy śledczy w wydziale zabójstw Komendy Stołecznej Policji – przechodzi w stan spoczynku gdy przydarza im się spóźnione, niespodziewane rodzicielstwo. Decyzję mężczyzny o odejściu przyspiesza konflikt z przełożonymi; podinspektor Roman Medyna nie potrafi zostawić gorącego tropu gdy szefowie tego oczekują. Kiedy czyjaś niewidzialna ręka z policyjnej wierchuszki blokuje jego czynności w sprawie pedofilii, Medyna rewanżuje się przeciekiem do mediów. Oboje inkasują odprawy, sprzedają mieszkanie i już jako cywile zaczynają stawiać niewielki pensjonat na malowniczej skarpie nad samym Zalewem Zegrzyńskim. Po latach niszczącej psychicznie pracy, która regularnie stawia policjantów w obliczu aktów ludzkiego bestialstwa, mają nadzieję zbudować prywatny raj: zacząć cichą egzystencję hotelarzy, skoncentrować się na wychowaniu potomka i na życiu rodzinnym. Jednak ich pieniądze się kończą szybciej niż budowa, na dodatek w okolicy zaczyna się koszmar…  Trzy osoby, burmistrz miasteczka i dwie młode kobiety z organizacji ekologicznej, padają ofiarą tajemniczego zabójcy – lub prawdopodobniej zabójców – na pokładzie starego statku wycieczkowego, który ktoś uprowadził z portu i zacumował na widoku naszych bohaterów. Ci początkowo nie widzą powodu, by bliżej zajmować się tą sprawą; to już nie jest ich problem, mają dość własnych. Jednak od sensacji trudno jest uciec: gdy gazeta publikuje szokujące zdjęcia z miejsca zbrodni, policyjni emeryci analizują je inaczej niż ich sąsiedzi. Spekulują, któremu z kolegów przypadnie śledztwo i daje się wyczuć, że obojgu trochę jednak zaczyna brakować adrenaliny, którą wyzwala policyjna robota…

 

Fabuła nie ogranicza do jednego wątku. Dominuje sprawa bestialskiego morderstwa nad Zalewem Zegrzyńskim, ale przeplata się ona z wątkiem pedofilskim, służbami specjalnymi oraz koneksjami policji, polityki i mediów. Ciekawie przedstawiono również korupcję i wielowarstwową strukturę moralności we współczesnej rzeczywistości. Autor starał się zachować pewien balans między warstwą sensacyjną i obyczajową. Odbiło się to na dynamice, która zwalniała i przyspieszała. Ta książka jest jak dobry film sensacyjny o policjantach, zawodowych zabójcach i ludziach władzy. To dobra podstawa pod scenariusz. Kwestią, która przeszkadzała mi najbardziej jest ryzykowna narracja pierwszoosobowa. Kolejną kwestia to kwadratowy język – nie przeszkadzał w odbiorze, ale pod koniec zaczynał już irytować. Momentami leżała i kwiczała.  Inspektor Medyna nie zafascynował mnie aż tak bardzo, jakbym się spodziewała. Bohaterowie są ciekawie skonstruowani. Z każdą stroną poznajemy ich lepiej przez niechronologiczne retrospekcje i wspomnienia. Postacie drugoplanowe są bardzo intrygujące, jednak poświęcono im niewiele czasu. Mam nadzieję, że to się zmieni w następnych tomach przygód podinspektora. Otrzymujemy  wgląd w struktury wewnętrzne nie tylko policji, ale również wywiadu i organizacji wojskowych, a skrywają one wiele tajemnic. Nie spodziewałam się takiego zakończenia, jednak było ono logicznie wynikające z poszlak.

Układ książki idealny na urlop. Krótkie rozdziały, pisane prostym tekstem to dobry przepis na odstresowującą lekturę.

 

Ocena: 6/10

Za egzemplarz dziękuję z całego serca Wydawnictwu Muza

Więc chodź pomaluj mój… Mordor?

Rodzaj: kolorowanka
Język: polski [przekład z języka angielskiego - Maria Skibniewska]
Stron: 96
Wydawca: Wydawnictwo Muza

Witajcie! Dzisiaj przychodzę do was z czymś nietypowym. Nie będzie powieści, nie będzie filmu. Za to pojawi się kolorowanka i to nie byle jaka. O mojej miłości do Tolkiena wiecie, bo trąbię o niej na prawo i lewo. Ale nie wiecie o innym istotnym aspekcie życia – sztuce. Rysuje może nie na co dzień, ale bardzo często. Zaczęłam się tym poważnie fascynować na przełomie podstawówki i gimnazjum, a potem już poleciało. Chcecie znać moje zdanie na temat popularnych ostatnimi czasy kolorowanek? Zapraszam. 

Książka, którą powinien mieć każdy miłośnik twórczości J.R.R. Tolkiena. Samodzielnie nadaj barwy kluczowym scenom z filmu, który zawładnął wyobraźnią milionów widzów. Zdecyduj, jakimi barwami pysznił się świat Froda, Legolasa i Golluma, wybierz odcień czerni skóry Orków i złocistych włosów Galadrieli. Zabaw się w artystę, który decyduje o kolorach wszystkich, nawet najdrobniejszych elementów scenografii. Doskonała rozrywka, świetna zabawa, niepowtarzalna okazja, by wrócić do magicznego świata „Władcy Pierścieni”.

 

Nie byłam ogromną fanką kolorowanek. Jako artystka wychodziłam z założenia, że jeśli chcę, mogę sama coś narysować i pokolorować. Jednak kto miałby na to codziennie czas? Szkic i ogarnięcie z grubsza pomysłu to kilka godzin. Z nakładaniem koloru albo cieni – kilkanaście. Tutaj otrzymujemy gotowy produkt, który wystarczy dokończyć według własnych upodobań. Przy okazji niepostrzeżenie pozbywamy się stresu dnia codziennego i gonitwy myśli. Ostatnio na rynku pojawiają się coraz to nowe publikacje do kolorowania. Od słynnego Harrego Pottera, przez Grę o tron po Tolkiena właśnie. Czy podoba mi się ten trend? Oczywiście. Wszystko, co popularyzuje sztukę we współczesnym świecie ma moje pełne poparcie. W końcu nie wszyscy muszą być geniuszami ołówka, ale każdy chętnie chwyci za kredki ;) Dzięki tej kolorowance możemy jeszcze raz przeżywać literackie przygody w świecie Śródziemia. Ilustracje przeznaczone do kolorowania są dokładnie takie jak książka Tolkiena– pełne szczegółów, doskonale oddające klimat oraz grozę otoczenia. Książka „The Lord of the Rings. Trylogia filmowa” zawiera 96 stron wypełnionych ilustracjami o różnym stopniu trudności. Od prostszych, które ukazują wizerunki filmowych bohaterów takich jak, np. Frodo, Pippin czy Gollum, po bardzo skomplikowane sceny i krajobrazy. Te ostatnie wymagają dużo czasu, cierpliwości i umiejętności. Całość uzupełniona jest fragmentami „Władcy Pierścieni” w tłumaczeniu Marii Skibniewskiej, cytatami zapisanymi dekoracyjnymi fontami, które również możemy wypełnić kolorami według własnego uznania. W kolorowance znajdują się również oficjalne atworki pochodzące ze studia amerykańskiej wytwórni filmowej New Line Production, Inc. oraz prace graficzne ilustratorki Nicolette Caven.

Polecam na wieczorne odstresowanie. Zdecydowanie dla wszystkich, szczególnie fanów trylogii Władcy Pierścieni.

Ocena: 8/10

 

Za egzemplarz dziękuję z całego serca Wydawnictwu Muza

Nie omijaj szczęścia, bo będzie mu smutno.

Rodzaj: literatura obyczajowa
Język: polski
Stron: 576
Wydawca: Wydawnictwo Muza

Witajcie! Mieliście kiedyś tak, że czegoś kompletnie nie znaliście, a kiedy już to ogarnęliście to nie wyobrażacie sobie, jak mogliście bez tego wcześniej żyć? Ja właśnie czegoś takiego doświadczyłam. Kiedy otrzymałam maila z informację o konkursie towarzyszącym premierze powieści Ewy Podsiadły-Natorskiej, stwierdziłam „czemu nie, będzie fajna zabawa”. Jednak dopiero po skończeniu fabuły uświadomiłam sobie, że to wszystko ma o wiele głębszy sens niż z początku myślałam. Jak wiecie, nie jestem fanką literatury kobiecej i szukałam złotej książki, która stanie się objawieniem w mojej biblioteczce i czytelniczym życiu. Czy „Nie omijaj szczęścia” właśnie tym się dla mnie stało? Zapraszam na recenzję :)

 

O Ewie Podsiadły-Natorskiej próżno szukać typowej biografii, jednak daje się dobrze poznać na swoim facebookowym profilu, na który zapraszam. Nie mogę też nie polecić zajrzenia na tymże portalu społecznościowym na stronę Szczęśliwych Polek – dziewczyny, łączmy się! :)

Jeśli już znasz Błękitne Dziewczyny, to w tej książce spotkasz je ponownie. Jeśli ich nie znasz, to najwyższa pora je poznać! Życie Kai Redo wreszcie zaczyna się układać. Znalazła pracę i miłość, a prowadzony przez nią facebookowy profil „Szczęśliwe Polki” cieszy się rosnącą popularnością. Jednak Kaja nie osiada na laurach – wymyśla kolejną akcję i zachęca kobiety do prowadzenia pamiętnika pozytywów, dzięki któremu mogą docenić to, co osiągnęły i dostały od życia. Nawiązuje również współpracę z dużym czasopismem, gdzie pojawiają się zdjęcia Błękitnych Dziewczyn – szczęśliwych kobiet, pozujących z kartkami, na których piszą o rzeczach, które napawają je dumą. Kaja wciąż może liczyć na wsparcie Mini i Madzi, choć w życiu serdecznych przyjaciółek głównej bohaterki nie brakuje emocji, jedną z nich prześladuje stalker, a drugą czeka nie lada rewolucja związana z pojawieniem się na świecie nowego członka rodziny…

Mieliście kiedyś tak, że czytając czuliście, że fabuła otula was niczym ciepły kocyk i nie chcecie wyjść? [Pomijając fakt, że ktoś rzeczywiście was tym kocykiem nakrywa ;)] Właśnie taka jest najnowsza powieść Ewy Podsiadły-Natorskiej. Najbardziej żałuję, że wydarzenia z powieści nie są prawdziwe. Przez cały czas miałam ochotę wejść na fejsa [który gra ważną rolę w historii] i napisać na fanpagu Szczęśliwych Polek kilka słów. Strona powstała, więc życzę autorce, by miała jeszcze więcej polubień niż ta z książki. Ja już wysłałam swoje zdjęcie, wam również to polecam. Ale jeszcze słów kilka o bohaterkach – są tak niesamowicie żywe i trójwymiarowe, że jestem w szoku, iż nie żyją w realnym świecie. Każda z nich inna, ale wszystkie pokochałam jak przyjaciółki. Już nie mogę się doczekać kolejnych przygód, a teraz pozostaje mi nadrobić pierwszą część. Akcje pędzi jak w rollercoasterze, trudno skończyć czytanie na jednym rozdziale. Jak zaczęłam, łyknęłam ją w dwa dni – tak bardzo chciałam wiedzieć, co będzie dalej. I przygotujcie się na całą masę humoru – płynie szerokim nurtem przez całą fabułę. Trudno zaszufladkować „Nie omijaj szczęścia” , bo z pozoru to typowa literatura kobieca, która momentami bywa naiwna. Z pozoru. Nie sposób się od niej oderwać i łączy tyle wątków, że z ręką na sercu mogę polecić ją każdemu. Dla mnie to najlepsza powieść „dedykowana dla kobiet”, jaką dotychczas przeczytałam w życiu. Niesamowita dawka pozytywnej energii, skarbnica dobrych piosenek, książek i przepisów [!].

Polecam „Nie omijaj szczęścia” jako powieść idealną na lato, ale nie tylko. Koniecznie przeczytajcie i wrzućcie swoją fotkę na profil Szczęśliwe Polki.

 

„- Taki masz apetyt? – Zaśmiałam się.

- Kochana. Wpieprzam wszystko, jak leci. W dzień, w nocy…

- W nocy też?

- No… tak. Niestety. No ale zobacz! – Podniosła głos. – Gdyby ludzie mieli nie jeść w nocy, to w lodówce nie byłoby światełka.”

„Miłości nie planujesz jak wizyty u ortodonty. Nie kupujesz jej w sklepie jak białego sera na wagę. Ona zawsze jest o krok przed tobą. To wirus. Dopada cię nagle, rozkłada na łopatki. Infekuje każdą komórkę twojego ciała.”

 

Ocena: 9,5/10

 

Biorę udział w konkursie „Błękitne Dziewczyny” z okazji premiery książki „Nie omijaj szczęścia” Ewy Podsiadły-Natorskiej. Autorka debiutowała powieścią „Błękitne Dziewczyny” – opisała w niej przygody tryskającej energią Kai Redo, która tworzy internetowy projekt zmieniający życie jej oraz tysięcy kobiet z całej Polski. Nazywają się Błękitnymi Dziewczynami – są szczęśliwe i akceptują siebie.