Miasto moje, a w nim…

Rodzaj: literatura młodzieżowa, fantasy
Język: polski [tłumaczenie z języka niemieckiego]
Stron: 336
Wydawca: Wydawnictwo Muza

Witajcie w to wtorkowe popołudnie! Moje nastoletnie lata mam za sobą, ale nadal pamiętam wiele pasjonujących lektur z tego okresu. Nadal wzdycham do Harrego Pottera, Rudolfa z powieści Fabickiej czy przygód Percego Jacksona. Literatura młodzieżowa ma w sobie lekkość i beztroskę, której często ze świecą szukać w tej bardziej dorosłej. Nie mówię, że zawsze, ale z reguły porusza bardziej skomplikowane tematy. Dzisiaj mam dla was coś specjalnego. „Heaven. Miasto elfów” zaskoczyło mnie nie tylko klimatem Londynu, ale też niebanalną historią. Chcecie wiedzieć więcej? Zapraszam :)

 

Czy można się zakochać bez serca bijącego w piersi? „Heaven. Miasto elfów” Christophera Marzi to porywająca powieść z gatunku urban fantasy, osadzona w twardym, mrocznym świecie wielkiej metropolii. Na dachach brytyjskiej stolicy osiemnastoletni David znalazł swój drugi dom. Londyn stał się jego miastem. Tylko tutaj czuje się wolny i może zapomnieć o swojej niechlubnej przeszłości. Pewnej nocy na jednym z dachów spotyka dziwną i piękną dziewczynę. Ma na imię Heaven i błaga o pomoc. Twierdzi, że właśnie wycięto jej serce. Zaskoczony David nie dowierza słowom Heaven, ale postanawia jej pomóc. W ten sposób rozpoczyna się ich wspólna niebezpieczna przygoda. Przeżyją tylko wtedy, gdy uda im się poznać tajemnicę dziewczyny.

Christoph Marzi (1970), pisarz niemiecki, studiował ekonomię na Uniwersytecie w Mainz. Zaczął pisać jako nastolatek. Debiutował w 2004 roku wspaniałą trylogią „Lycidias”, która odniosła duży sukces i od razu zapewniła mu pewne miejsce w gronie autorów fantasy. W roku 2005 został laureatem Deutsche Phantastik-Preis. Mieszka z żoną Tamarą i trzema córkami w Saarbrücken.

Powieść Christopha Marzi to definicyjna lektura dla młodzieży – jest wątek miłosny, intryga i fantasy. Moja nastoletnia część duszy kwiczy z zachwytu. Dorosła ja już trochę mniej, ale nie sposób zaprzeczyć, że się wciągnęłam i czerpałam dużą przyjemność z czytania. Świetna koncepcja fabuły i niesamowity pomysł – coś z pogranicza obyczajówki i fantasy, a to wszystko zgrabnie wplecione w tematy bliskie każdemu nastolatkowi. Strasznie denerwowała mnie jedna rzecz – miłość między Davidem i Heaven. Akcja dzieje się przez około trzy-cztery dni, a bohaterowie zachowują się, jakby znali się co najmniej od kilku lat. Gdyby romans zmienić na przyjaźń to „Heaven” byłaby o wiele wyżej w moim prywatnym rankingu. Śmiało mogłabym zaryzykować stwierdzenie, że jest idealna. Dobry, prosty język książki bez zbędnych udziwnień czytał się niezwykle szybko i przyjemnie. Na pewno jest to piękna opowieść o szukaniu swojej tożsamości i prawdy o rodzinie. Wiele tu zagadek, zakrętów i zwrotów akcji. Dzięki niej inaczej spojrzałam na elfy i musiałam przedefiniować moje pojmowanie tych istot. W życiu nie postawiłabym na tego człowieka w roli protagonisty, który się nim okazał. Tak nawiasem mówiąc nie zdziwcie się na koniec, bo coś ewidentnie poszło nie tak z zakończeniem. Ogromne brawa za postać panny Trodmood. Szkoda, że nie zgłębiono jej historii i nie poświęcono jej więcej miejsca. Ogólnie – chciałabym więcej się dowiedzieć o postaciach drugoplanowych, bo są genialne.

Polecam przede wszystkim młodzieży. To świetna powieść na lato oraz wieczory pod kocem.

 

 

„–  Ktoś mnie ściga – odparła. – Tu, na dachu.

– Ktoś?

– Dwaj mężczyźni.

– Czego od ciebie chcieli?

– Wyjęli mi serce. Tak mi się przynajmniej zdaje. – Jej oczy wydawały się tak ciemne, że nagle nie widział ich wyraźnie.

– Jak to?

– Normalnie. – Położyła sobie rękę na piersi. – Nie czuję bicia serca. – Starała się nie płakać, nerwowo bawiła się suwakiem kurtki. – Wyciął je. – Przełknęła ślinę.

– Tylko że nie ma żadnych ran. Już… Już sprawdziłam.

David przyglądał się jej w milczeniu.

– Zobacz! – Nagle chwyciła go za rękę, rozpięła kurtkę i położyła jego dłoń na swojej piersi.

David pokręcił głową. Jezu, w życiu nie przeżył czegoś równie niesamowitego!

– Nie można żyć bez serca – stwierdził i starał się nie myśleć, że przecież nie czuł tętna. Trzymał dłoń na jej piersi; przez cienki materiał bluzki musiałby coś wyczuć. Ale jednak… nie, to niemożliwe.

– Nie można żyć bez serca – powtórzył.

– A co dopiero biegać i uciekać.

– Wiem – odparła załamana”

 

Ocena: 7/10

 

Za egzemplarz recenzyjny dziękuję wydawnictwu Muza

[PRZEDPREMIEROWO] Mały wielki wojownik.

Rodzaj: literatura młodzieżowa
Język: polski
Stron: 127
Wydawca: Wydawnictwo Novae Res

Witajcie! Skwar w końcu u mnie zelżał i można spokojnie wyjść z domu w południe bez zagrożenia stopienia mózgu. Przyjechało do mnie zamówienie z taniaksiazka.pl i zgrzeszyłam bardzo, ale w końcu mam niektóre egzemplarze, które chodziły za mną już długo i to w bardzo okazyjnej cenie. Między innymi „Żony astronautów” Lily Koppel i „Wśród obcych” Jo Waltona. Jak wcisnę je na listę do przeczytania? A bo ja wiem? Nie mnie odpowiadać na tak trudne pytania ;) Za długo się ociągałam. A co dzisiaj? Będzie literatura młodzieżowa, do której mam słabość. Mogę przy niej odetchnąć i nie zagłębiać w trudne tematy. Czuję się dzięki niej trochę bardziej beztroska. Czy „Mały wojownik” Weroniki Kroczek wywołał u mnie podobne uczucia? Zapraszam :)

 

„Weronika Kroczka. Urodziła się 26 czerwca 1999 w Gdyni. Pisanie jest jedną z jej pasji, tak jak czytanie książek, szczególnie tych z gatunku fantasy. Lubi śpiewać i rysować. „Mały wojownik” jest jej debiutem literackim.” Wielki plus dla wydawnictwa, że umieścili chociaż małą informację o autorce na skrzydełkach. Kciuk w górę ;)

„Mały wojownik” to szalone przygody Eryka i trójki jego przyjaciół porwanych do niewoli przez wrogich żołnierzy. Już wkrótce okaże się, że te szczególne dzieci mogą mieć wpływ na losy całej wojny. Książka pokazuje, jak ważne są przyjaźń, odwaga oraz gotowość do poświęcenia dla innych.

No i co? Kurczę, jajco… Oj, jak ja sobie ostrzyłam pazurki na fajną powieść dla młodzieży o wojnie. Jednak już sama objętość mnie nieco zastanowiła – ledwie 127 stron. Mało można tu zmieścić, ale stwierdziłam, że dam jej szansę. Dużym plusem jest mapka na wewnętrznych stronach okładki. Bardzo fajny pomysł. Nie ma zbyt dużego wprowadzenia, zero historii tej krainy czy powodu najazdu i wojny Północy z Południem. Zdecydowanie za duża luka informacyjna. Przeczytałam ledwie kilka stron, a już do szału doprowadziły mnie zdrobnienia (Dominisia, Zuzka, Halinka) w zderzeniu z „panowaniem” (pan Wiktor, pan Jesionka). Straszny chaos z tym tytułowaniem. Albo po nazwisku, albo po imieniu. W dialogach zdrobnienia są jeszcze do przyjęcia, ale w narracji już nie. Mam cichą nadzieję, że w czasie korekty poprawią też morze powtórzeń, które niemal mnie utopiło. Kompletnie nie rozumiem koncepcji świata. Niby w całości jest wymyślony, ale dzieciaki mówią „spoko” czy „okey”, a jeden z narodów jest potomkiem Chińczyków. Totalny miks realizmu z fantasy. Zarys szkicu może i nawet ciekawy, ale wykonanie do natychmiastowej poprawy i udoskonalenia. Bohaterowie zupełnie nie zachowują się jak dwunastolatki i dwunastolatkowie. A już tym bardziej nie są tak traktowani, bardziej strzelałabym w przełom dorosłości i bycia nastolatkiem. Wojna rządzi się swoimi prawami. Myślę, że branie dzieci w niewolę, zapewnianie im świetnych warunków i przewożenie do specjalnych obozów, gdzie swobodnie mogą chodzić na spacery i nic nie robić, nie zalicza się do tych praw. Kompletnie oderwane od realiów wojny. Rozumiem, że to literatura dla młodzieży, ale jeśli autorka tłumaczy, że armata to „coś jakby karabin na wielkie kule” to nawet nastoletnia ja czułaby się jak idiotka. Tekst jest napisany za wcześnie, niedopracowany i za krótki. Myślę, że temat przerósł Weronikę Kroczek. Raz, że pisać fantasy jest niesamowicie trudno, to jeszcze w dodatku o wojnie. Lepiej wypadłby jakiś lżejszy temat w debiucie.

Polecam bardzo młodej młodzieży. Myślę, że najbardziej optymalną grupą wiekową dla tej powieści będzie mniej więcej czas podstawówki. Dla mnie jako młodej dorosłej, która jeszcze niedawno była nastolatką, zupełnie to nie przemawia.

 

„ – Wszystkich zabrali, tylko my zostaliśmy. Nazywam się Wiktor, a ta mała to Dominisia. Schowałem się z córką, niestety moja żona nie zdążyła… Zabrali ją – dokończył mężczyzna.

- Och, to straszne! – wykrzyknęła pani Halicka i przytuliła mocniej małą Halinkę.

- Musimy ruszać, mogą tutaj wrócić – stwierdził pan Jesionka.

- Nie sądzę – rzekł pan Wiktor. – Byłem generałem w wojsku południowym. Niestety wskutek astmy, na którą zachorowałem, nie mogę już pracować, więc przeszedłem na wcześniejszą emeryturę. A co do wojska północnego to znam ich trochę, przez pół roku byłem szpiegiem w ich oddziałach. Ich taktyka polega na pozbyciu się jak największej liczby przeciwników. Nie zatrzymują się nigdzie na dłużej, ruszają dalej palić i niszczyć. Już jesteśmy bezpieczni, przynajmniej na razie.”

 

Ocena: 2/10

 

Za możliwość przeczytania dziękuję wydawnictwu Novae Res

[PRZEDPREMIEROWO] Zakazy są po to, żeby je łamać.

Rodzaj: fantasy
Język: polski
Stron: 169
Wydawca: Wydawnictwo Novae Res

Pom, pom, pom, pom! Witajcie w ten uroczy czwartek. Pewnie u większości z was pogoda powinna być super i czuć już wiosnę. Zgadłam? Pewnie wielu z was nie może się doczekać cieplejszych dni. Ja w sumie też, chociaż bardziej wolałabym, żeby zniknęły te siąpiące deszcze, które ostatnio nawiedzają moje okolice. Przez kilka dni czytałam dosyć osobliwą książkę [bo co innego robić w taką pogodę] „Zakaz” Anny Niedbał. Wywiad z autorką ukaże się na dniach, więc zapraszam do recenzji oraz obserwowania postów na blogu J

 

Sama o sobie mówi: „Mam 23 lata, pochodzę z Dąbrowy Górniczej, gdzie obecnie mieszkam i weekendami dokształcam się na kierunku Dietetyki. Na co dzień pracuję. Jestem absolwentką Uniwersytetu Śląskiego, kierunku Informacji Naukowej i Bibliotekoznawstwa. Interesuję się Finlandią i wszystkim, co z nią związane. Kocham czytać książki, głównie fantastykę w stylu Cassandry Clare, chociaż mam swoich ulubieńców również z innych gatunków literackich. Jestem uzależniona od spędzania czasu z rodziną i przyjaciółmi, a także zapaloną miłośniczką niektórych seriali. Odkąd pamiętam, zawsze miałam w głowie sto tysięcy pomysłów na historie, które próbowałam w różny sposób przekazać innym. Tak oto metodą prób i błędów zaczęłam pisać i pokochałam to z całego serca. Będąc w gimnazjum założyłam swojego pierwszego bloga, na którym publikowałam fragmenty swojej pierwszej powieści. Następnie zajęłam się prowadzeniem pamiętników i pisaniem „do szuflady”. Tak powstała moja debiutancka powieść „Zakaz”. Zaczęłam ją pisać w sierpniu 2009 roku, skończyłam po roku. Wróciłam do niej trzy lata temu, podczas mojego pobytu w Finlandii.”

Angelika Langer, przez przyjaciół nazywana Angel, jest nastolatką posiadającą wyjątkowy dar widzenia dusz zmarłych ludzi. Nikt z jej otoczenia nie wie, kim naprawdę jest i co potrafi. W momencie, kiedy na jej drodze pojawia się duch małej dziewczynki, wszystko się zmienia. Życie jej i jej bliskich przestaje być bezpieczne. Na dodatek pewnego dnia poznaje Oscara i dowiaduje się, że nie jest zwykłym medium, lecz Kapłanką i ma do wykonania niezwykle ważne zadanie. Musi zebrać dary pozostawione w trzech różnych światach przez Wyrocznie, a następnie wyprawić ceremonię mającą na celu zniszczenie Księgi Przejścia, by na zawsze uwięzić Antychrysta w innym wymiarze. Dziewczyna zostaje zmuszona porzucić dotychczasowe życie i wyruszyć w niebezpieczną podróż z chłodnym i nieprzystępnym Oscarem.

Już od samego początku mamy do czynienia z zawiłą fabułą. Sam prolog mocno daje do myślenia. Główna bohaterka jest wrażliwą, widzącą duchy nastolatką nieco wycofaną w stosunku do świata. Postacie drugoplanowe są jednak potraktowane po łebkach, co w zderzeniu z mocno zgłębioną Angeliką, daje poczucie niedosytu.  Opisy są ciekawe, chociaż czasami wolałabym, żeby były bardziej rozbudowane i barwne. Czyta się bardzo szybko i przyjemnie, wszystko dzięki prostemu językowi powieści. Miałabym jednak obiekcje, co do straszności wydarzeń. Jak na temat , który podejmuje – krwiożercze duchy i oddech szatana na karku – jak dla mnie zbyt łagodnie potraktowane. Zdarza się, że zdania są kanciate, lekko niedopracowane albo użyte w niepasujący sposób, nieoddający tego, co chciała przekazać autorka. W fabule jest spory chaos, pędzi naprzód i momentami trzeba się nieźle skupić, by nadążyć. Sama historia – świetna [marudząc, gdyby nie było tak silnie zarysowanego szkicu wątku romantycznego, wręcz genialna] – ale są małe luki, które mam nadzieję wypełni kolejny tom. Tak, to pierwsza część czegoś większego, więc jeśli moja recenzja was zaciekawiła, bądźcie w gotowości. Największą wadą tej powieści jest to, że jest za krótka. Gdyby poświęcić nieco więcej uwagi opisom i legendom świata przedstawionego raz, że czytelnik miałby pełniejszy obraz sytuacji, a dwa lepiej poznałby rzeczywistość, w której obraca się Angelika. Tego mi głównie brakowało – nieco ucierpiałoby na tym tempo akcji, ale myślę, że wyszłoby to całości na dobre. „Zakaz” to opowieść o inności, znajdowaniu przeznaczenia, poświęceniu i niepewności, która czasem dopada każdego z nas.

Polecam fanom fantastyki młodzieżowej i osobom, które chciałyby zgłębić całkowicie inny od tych, które już znamy, rzeczywistości. Warto poznać losy Angeliki – dziewczyny, która widzi więcej.

 

„W każdym zakątku można było dostrzec masywnych mężczyzn, wykonujących najrozmaitsze czynności, począwszy od spania, poprzez granie w karty, a skończywszy na gwałcie dziewczyny.

Przeszedł mnie dreszcz, a moje ciało wypełnił ogień.

Nie odczuwałam ani odrobiny strachu, a jedynie ogromny gniew. Miałam nieopisaną chęć pozbycia się każdego, kto krzywdził tę biedną, młodą kobietę.”

 

Ocena: 6,5/10

 

Za możliwość przeczytania dziękuję wydawnictwu Novae Res

 

Dym, kości i anioł – co może pójść nie tak?

Rodzaj: fantasy, romans, młodzieżowa
Język: polski [tłumaczenie z języka angielskiego]
Stron: 400
Wydawca: Wydawnictwo Amber

Zima traci swoje przyczółki! Z dnia na dzień robi się coraz cieplej i chociaż mróz próbuje kontratakować to są to raczej płonne zapędy. Wiosna zbliża się małymi, nieśmiałymi kroczkami, co cieszy bardziej niż poranna herbata. Ostatnimi czasy odkryłam, że niemal wszystkie recenzje i książki, które się tutaj pojawiają, to te otrzymywane od wydawnictw. Trzeba to zmienić i w końcu poczytać coś dla siebie. Szukałam, szukałam, aż wreszcie znalazłam. Zachęcona pozytywnymi recenzjami sięgnęłam po dwie serie – „Córka dymu i kości” oraz „Angelfall”. Jeśli chodzi o tę drugą, pochłonęłam dwa tomy i czyham na trzeci, ale recenzje pojawią się później. Dzisiaj trochę o powieści  Laini Taylor. Od razu zaznaczam – WCIĄGA!

Laini Taylor (ur 11 grudnia 1971), amerykańska autorka nurty young adult fantasy. Najbardziej znana z serii o Karou – „Córka dymu i kości”, której trzecia część została wydana w 2014 roku. Taylor urodziła się w Chico w Kalifornii i ma dyplom UC Berkeley. Obecnie mieszka w Portland w stanie Oregon z mężem i córką. Zawsze chciała być pisarką, jednak swoją pierwszą powieść skończyła w wieku 35 lat. W 2004 roku napisała powieść graficzną dla Image Comics, ilustrowaną przez jej męża Jim di Bartolo. Jej pierwsza powieść, Dreamdark: Blackbringer, została opublikowana w 2007 roku. Jednak najbardziej znana jest z serii „Córka dymu i kości”. Pierwsza książka z serii została wybrana przez Amazon najlepszą książka dla nastolatek w roku 2011. Joe Roth jest zapowiadany jako producent filmowy ekranizacji pierwszej z książki o Karou.

„Córka dymu i kości jest mroczna, zmysłowa, niepokojąca, niejednoznaczna. Wyobraźnia olśniewa, język jest piękny, każde słowo coś znaczy. A miłość… przerywa granice, przekracza czas i przestrzeń.” Na wszystkich kontynentach na drzwiach domów pojawiają się czarne odciski dłoni. Wypalają je skrzydlaci nieznajomi, którzy wkradają się do naszego świata przez szczelinę w niebie… Przemierzająca kręte uliczki zasypanej śniegiem Pragi siedemnastolatka ze szkoły sztuk plastycznych zostanie wkrótce uwikłana w brutalną wojnę istot nie z tego świata. I odkryje prawdę o sobie – zrodzonej z dymu i kości… Jej szkicowniki są pełne potworów. Mówi w wielu językach, nie tylko ludzkich. Ma jaskrawoniebieskie niefarbowane włosy, niezwykłe tatuaże i blizny. Kim jest? Karou prowadzi podwójne życie: jedno w Pradze jako utalentowana i tajemnicza artystka, drugie w sekretnym sklepie, gdzie rządzi Brimstone – Dealer Marzeń. Karou nie wie,skąd przybywa i czy jest tylko człowiekiem. Nie wie, po co wyrusza przez magiczny portal na ryzykowne wyprawy. I nie wie, do którego świata należy. Dopóki nie spotka najpiękniejszej istoty: mężczyzny o skrzydłach z płomienia, ustach bez uśmiechu i oczach koloru ognia, których spojrzenie jest jak płonący lont wypalający powietrze pomiędzy nimi. Akiva staje się jej tak bliski, jakby kochała go całe życie…

Zaciekawił mnie pomysł oraz niebanalne tło – już w „Rodzie wyklętych” znalazłam szkołę artystyczną, jednak nadal jest to nieczęsto spotykany motyw. Obie pisarki wykorzystały potencjał mistrzowsko. Nadał fabule niesamowity klimat. Jeśli już jesteśmy przy tym temacie – po przeczytaniu mam ogromną ochotę odwiedzić Pragę, gdzie częściowo ma miejsce akcja. Chciałabym się przekonać, czy lokalizacje z książki naprawdę istnieją, czy są tylko wytworami wyobraźni. Świat został wykreowany genialnie – wyczuwam w nim nienachalną inspirację egipskimi mitami. Nigdzie nie spotkałam się z czymś podobnym. Postacie dobrze skonstruowane, chociaż bardzo tajemnicze i czytelnik kawałek po kawałku wraz z tempem akcji dowiaduje się poszczególnych informacji o nich. Na szczególną uwagę zasługują drugoplanowi bohaterowie – mocno, zamaszyście zarysowani. Wszystko spina się w logiczną całość pod koniec, jednak jest to nieco nieprawdopodobne i pozostawia niedosyt, który zostanie być może zaspokojony w kolejnych częściach. Świat z boku może wydawać się irracjonalny i zupełnie pozbawiony logiki i owszem, zgadzam się z tym, że pojawiają się małe luki. Jednak na swój sposób mnie przekonuje i kupuję go w całości. Co do wątku romantycznego… Dobrze wiecie, że nie jestem fanką miłosnych uniesień w powieściach, a relacja anioła z ziemską dziewczyną jest już zupełnie ograna i wytarta. Po jakimś czasie akurat ta część  „Córki dymu i kości” męczy, jednak fanki romansów będą zachwycone. Podsumowując, powieść Laini Taylor jest książka zupełnie niepodobną do wszystkiego, co czytałam. Szybka akcja, zagadki na każdym kroku, niesamowite postacie, humor i historia nie z tej ziemi. Na pewno warto do niej zajrzeć i poznać świat Karou.

Polecam wszystkim fanom fantasy. Może bardziej tym nastoletnim i dwudziestokilkuletnim, jednak każdy znajdzie w niej coś dla siebie. Skarbnica świetnych cytatów.

 

„- Nie znam wielu reguł, którymi należałoby się kierować w życiu – powiedział – ale jednej warto przestrzegać na pewno. Jest bardzo prosta. Nie aplikuj sobie niczego, co jest zbędne. Trucizn, chemikaliów, oparów, papierosów czy alkoholu, żadnych ostrych przedmiotów, nieistotnych igieł, czyli narkotyków czy tatuaży, ani zbędnych penisów”

[...]

„- No już, już – powiedział tonem, w którym brzmiała nutka współczucia. – On tego nie widzi. To cecha potworów, że same się tak nie postrzegają. Pewien smok, który rasował w wiosce i pożerał dziewice, gdy usłyszał krzyk „Potwór!”, obejrzał się za siebie.”

 

Ocena: 8/10

Za, a nawet przeciw, programowi.

Rodzajliteratura młodzieżowa, fantasy, dystopia
Język
polski [przekład z języka angielskiego]
Stron
500
Wydawca
Feeria Young

O tej książce nasłuchałam i naczytałam się wiele. W przytłaczającej większości były to pozytywne recenzje. Miałam już dosyć słuchania peanów na temat tego, że jest to odkrycie na miarę „Zmierzchu” czy „Igrzysk śmierci”. Postanowiłam więc skonfrontować co nieco z rzeczywistością i tak do moich rąk trafiła „Plaga samobójców. Program. Część 1”. Uff, skomplikowany ten tytuł. Okładka mnie nie odstręczała, opis też nie, ale o nim trochę później. Już na wstępie zaznaczę, że miałam lekki problem z czytaniem, ponieważ nie znałam tej autorki, a z drugiej strony w głowie słyszałam te dziesiątki pochwał. Czy rzeczywiście powieść ta jest wielkim odkryciem literatury młodzieżowej? Zobaczmy.

Suzanne Young jest twórczynią bestsellerowej serii „Program” uznanej przez New York Times. Pochodzi z Utica, NY, jednak przeprowadziła się do Arizony, by, jak sama mówi, nie dopuścić by jej marzenia umarły z zimna. Jest pisarką i nauczycielką, jednak nie zawsze w tej kolejności. Po ukończeniu kreatywnego pisania, pracowała w szkole średniej ucząc “sztuki języka”. Opiekuje się swoimi dwoma pociechami oraz psami, pisząc  powieści dla nastolatków. Autorka między innymi “A need so beautiful”, “A want do wicked” oraz “A desire so deadly”. Na dzień dzisiejszy w Polsce wydano jedynie pierwszą część cyklu “Program”.

Nastolatki masowo popełniają samobójstwa. W niektórych szkołach władze wprowadzają więc pilotażowy program przeciwdziałania tej epidemii. Wszelkie objawy depresji są skrupulatnie notowane, a ci, którzy się załamują, są poddawani leczeniu w odizolowanych klinikach. Leczenie wydaje się skuteczne, ale każdy, kto brał udział w programie, wraca do zwykłego życia kompletnie pozbawiony wspomnień. Rodzice Sloane stracili już jedno dziecko i są gotowi na wszystko, by tylko ją uratować. Dziewczyna tłumi więc swoje prawdziwe uczucia. Jedyną osobą, przy której czuje się swobodnie, jest James, jej chłopak. Obiecał jej, że ich dwojgu nic się nie stanie, a Sloane jest pewna, że ich miłość przetrwa wszystko. Lecz z tygodnia na tydzień oboje stają się coraz słabsi. Coraz trudniej im zachowywać twarz, bo dopada ich depresja. A później Program. Mroczna, dystopijna powieść z romansem w tle.

Już na wstępie zaznaczę, że jest to dobra książka młodzieżowa. Nie ukrywam jednak, że tematyka trudna jak na tę kategorię. Dystopijny klimat unosi się i wydaje się tak bardzo ciężki, iż zatyka płuca bohaterom. Fala samobójstw wpisuje się idealnie w dzisiejsze realia, gdzie coraz więcej młodych ludzi okalecza się i nie widzi innego, oprócz tego, rozwiązania swoich problemów. Jeszcze nie tak dawno sama byłam nastolatką, jednak dla mnie bohaterowie są… Za bardzo przepełnieni patosem. Podejmują nieracjonalne decyzje, mają nielogiczne wytłumaczenia i jedyną najwyższą wartością jest dla nich miłość. Szczególnie działała mi na nerwy główna postać – Sloane. Jest tak rozdarta w graniu ofiary, że wypada po prostu niewiarygodnie. Raz chce iść w prawo, ale za chwilę już jest pewna, że to lewa strona to ta właściwa. Historia mnie wciągnęła, chociaż akcja toczyła się nierówno. Momentami nudziła, innym razem pędziła zbyt szybko. Najbardziej zadziwiła mnie sytuacja między Sloane a Jamesem i pewną osobą, której nie zdradzę, ale która się pojawi. Wtedy już całkowicie trafił mnie szlag, jak można dzisiaj kochać jednego… SPOILER! Ugh… Mówi się, że jeżeli bohater wzbudza emocje, to jest dobrze stworzony i poprowadzony. I tu z ręką na sercu się przyznaję – nie cierpię Sloane. Miała wzbudzać współczucie, jednak mnie tylko irytuje swoim rozmemłaniem. Na uwagę zasługuje tutaj ujęcie tego, jak państwo postanowiło walczyć z tytułową plagą samobójców. Myślę, że ma to ręce i nogi, gdzieś zdarzają się potknięcia. Nie mogłam pozbyć się wrażenia, że podpatrzono nieco z „Igrzysk śmierci” – przynajmniej w głównym wątku miłosnym. Na pewno przeczytam kolejną część, kiedy się pojawi. Z czystej ciekawości, jak rozpędzi się akcja.

Polecam fankom takich serii, jak „Zmierzch”, „Igrzyska śmierci”, „Dary anioła” czy „Niezgodna”. Wielkie brawa za dystopijny klimat całości.

 .

.

„- Miałeś ze sobą prezerwatywę. Spodziewałeś się takiego rozwoju wypadków?

- Nie – odparł. – Ale dobrze być przygotowanym.

- Przyznaj się, że się spodziewałeś.

- No dobrze, może w głębi duszy trochę na to liczyłem…

- James!

- No co? Przecież podarowałem ci pierścionek!”

 

Ocena: 6/10