Latarnia przyzywająca umarłych.

Rodzaj: sensacja, kryminał
Język: polski
Stron: 600
Wydawca: Wydawnictwo Muza

Witajcie! Kiedy dowiedziałam się, że wyszła kontynuacja „Sedinum”, miałam mieszane uczucia. Z jednej strony cieszyłam się, że poznam dalsze przygody bohaterów, a z drugiej obawiałam się objętości powieści. Pamiętam, że z jedynką mierzyłam się przez tydzień bodajże. Dwójka jest nieco mniejsza, ale czy zawiera również mniej ciekawe historie? Zaraz się dowiedzie. Na marginesie tylko wam szepnę, że podsunęłam „Sedinum” mojemu bratu i stwierdził, że naprawdę dobra ;) Nie przedłużając, zapraszam na recenzję :)

Leszek Herman – szczecinianin, z wykształcenia architekt. Od 1997 projektant i współwłaściciel szczecińskiej Pracowni Projektowej Konserwacji Zabytków. W latach 1993–1995 był autorem cyklu artykułów dla „Gazety Wyborczej” o niezwykłych budynkach i miejscach w Szczecinie i na Pomorzu, ilustrowanych własnymi odręcznymi rysunkami. Od 2005, wraz z bratem Marcinem, prowadzi autorską pracownię projektową. Prywatnie miłośnik tajemnic historycznych i architektonicznych, historii sztuki, dobrej książki, roweru, jazdy konnej i spotkań przy piwie z przyjaciółmi.

Akcja „Latarni umarłych” rozgrywa się w rok po wydarzeniach opisanych w „Sedinum – wiadomość z podziemi”. Troje młodych ludzi – Paulina, Igor i Johann – zostaje ponownie wplątanych w sensacyjne śledztwo, tym razem dotyczące pewnego morderstwa. Dawno, dawno temu, w pewnym małym miasteczku nad samym morzem, w starym średniowiecznym zamczysku rodzi się chłopiec, który niedługo potem zostaje królem całej Skandynawii, a w ówczesnej Europie jest nazywany Cesarzem Północy. Mijają wieki. Rok 1941. Mroźną listopadową porą, w samo południe, nieopodal miasta dochodzi do potężnej eksplozji, która kładzie pokotem wszystkie drzewa i wybija szyby w oknach w całej okolicy. Fala uderzeniowa odczuwalna jest w promieniu kilkudziesięciu kilometrów, a w pewnej starej kaplicy zapada się posadzka. Blisko osiemdziesiąt lat później pewnego wiosennego dnia do redakcji popularnego, szczecińskiego dziennika przychodzi wiadomość od pewnego staruszka. W jego kolejnych listach nieprawdopodobne wspomnienia i sensacyjne szczegóły przeplatają się z urojeniami z czasów wojennych. Zajmująca się tym tematem dziennikarka Paulina Weber zaczyna wątpić w zdrowie psychiczne nadawcy. Gdy w ostatnim liście zdradza on, że od wielu lat ukrywa zakopane w piwnicy zwłoki, jest już tego pewna…  Pozostawione przez niego stare dokumenty z wolna zaczynają jednak odsłaniać mroczne wydarzenia, które za czasów drugiej wojny światowej rozegrały się w sennej, nadmorskiej scenerii…

„Latarnia umarłych” to kolejna obszerna publikacja na koncie Leszka Hermana [600 stron robi wrażenie], napisana z dbałością o detale i zawierająca w sobie wiele z pasji autora – historii sztuki, architektury oraz tajemnic II wojny światowej. Dla każdego poszukiwacza ciekawostek, szczególnie Pomorza, pozycja kusząca. Czy poleciłabym ją na odstresowanie albo urlop? Podoba mi się, ale nie. To ceglisko potrafi przygnieść niejedno, szczególnie urlopowy klimat. Na powolne wieczory po pracy – jak najbardziej. I tu właśnie wychodzi kolejny problem. Czy przez rok można napisać pełnokrwistą powieść o takiej objętości? Można. Ale w przypadku „Latarnii umarłych” zabrakło tego czegoś. Nie ma tego błysku w oku niczym u Indiany Jonesa, kiedy dokopujemy się do kolejnych warstw zagadki. Jest ok, ale nie ma już takiego szału, jak przy pierwszej części. Jeśli nie wgryziecie się od razu – nie szkodzi. Wątków i postaci jest tak wiele, że trudno się w tym połapać przy powolnej akcji. Podziwiam autora i szanuję jego pracę, jednak w tym przypadku po prostu nie pykło. Leszek Herman posiada niewątpliwie dobry, lekki styl i z ciekawością będę wypatrywała jego publikacji na rynku wydawniczym. Pobudza wyobraźnię i sprawia, że ma się ochotę poszperać w bibliotece w poszukiwaniu ciekawostek o swoim regionie.

Wielbiciele architektury i sztuki będą zadowoleni – perełka wizualna jeśli chodzi o przedstawienie świata i skarbnica wiedzy. Dla osób o większej ilości czasu na czytanie.

 

6/10

Za egzemplarz dziękuję z całego serca Wydawnictwu Muza

Umierasz i cię nie ma.

Rodzaj: kryminał, sensacja
Język: polski
Stron: 496
Wydawca: Wydawnictwo Muza

Witajcie! Kiedy otrzymałam propozycję recenzji dwóch tomów Mariusza Ziomeckiego, od razu się zgodziłam. Wszak kryminały to moja broszka, więc nie mogłam odmówić. Autora nie znałam, ale cóż mi mówiło, że będzie dobrze. Zgrabne okładki i intrygujące opisy przeważyły szalę. Zawsze jestem łasa na dobrą powieść policyjną. Hit czy kit? Zapraszam na recenzję :)

 

Mariusz Ziomecki (ur. 1952) – polski pisarz, dziennikarz i publicysta. Do 1981 był dziennikarzem warszawskiej Kultury. W 1982 wyjechał do Stanów Zjednoczonych, gdzie pracował jako jeden z głównych komentatorów dziennika The Detroit Free Press. W latach 1998–2000 dzielił funkcję redaktora naczelnego dwutygodnika Komputer Świat z Wiesławem Małeckim. Następnie w 2003 roku objął funkcję redaktora naczelnego dziennika Super Express. Redaktor naczelny tygodnika Przekrój od 2006 roku do lipca 2007. W latach 2007–2008 był redaktorem naczelnym Superstacji i prowadził program Rezonans. Od września 2008 roku wydawca programu Konfrontacje w Polsacie, a od maja 2009 do końca lutego 2010 redaktor naczelny serwisu publicystycznego redakcja.pl.Od listopada 2009 do maja 2010 był redaktorem sponsorowanego przez Narodowy Bank Polski serwisu internetowego ObserwatorFinansowy.pl i jednocześnie doradcą Prezesa NBP. Następnie pracował dla firmy kosmetycznej Inglot. Od 2014 na antenie Polsat News 2 prowadzi program publicystyczny Prawy do lewego, lewy do prawego.

Para wypalonych gliniarzy – ona policyjny psycholog, on najskuteczniejszy śledczy w wydziale zabójstw Komendy Stołecznej Policji – przechodzi w stan spoczynku gdy przydarza im się spóźnione, niespodziewane rodzicielstwo. Decyzję mężczyzny o odejściu przyspiesza konflikt z przełożonymi; podinspektor Roman Medyna nie potrafi zostawić gorącego tropu gdy szefowie tego oczekują. Kiedy czyjaś niewidzialna ręka z policyjnej wierchuszki blokuje jego czynności w sprawie pedofilii, Medyna rewanżuje się przeciekiem do mediów. Oboje inkasują odprawy, sprzedają mieszkanie i już jako cywile zaczynają stawiać niewielki pensjonat na malowniczej skarpie nad samym Zalewem Zegrzyńskim. Po latach niszczącej psychicznie pracy, która regularnie stawia policjantów w obliczu aktów ludzkiego bestialstwa, mają nadzieję zbudować prywatny raj: zacząć cichą egzystencję hotelarzy, skoncentrować się na wychowaniu potomka i na życiu rodzinnym. Jednak ich pieniądze się kończą szybciej niż budowa, na dodatek w okolicy zaczyna się koszmar…  Trzy osoby, burmistrz miasteczka i dwie młode kobiety z organizacji ekologicznej, padają ofiarą tajemniczego zabójcy – lub prawdopodobniej zabójców – na pokładzie starego statku wycieczkowego, który ktoś uprowadził z portu i zacumował na widoku naszych bohaterów. Ci początkowo nie widzą powodu, by bliżej zajmować się tą sprawą; to już nie jest ich problem, mają dość własnych. Jednak od sensacji trudno jest uciec: gdy gazeta publikuje szokujące zdjęcia z miejsca zbrodni, policyjni emeryci analizują je inaczej niż ich sąsiedzi. Spekulują, któremu z kolegów przypadnie śledztwo i daje się wyczuć, że obojgu trochę jednak zaczyna brakować adrenaliny, którą wyzwala policyjna robota…

 

Fabuła nie ogranicza do jednego wątku. Dominuje sprawa bestialskiego morderstwa nad Zalewem Zegrzyńskim, ale przeplata się ona z wątkiem pedofilskim, służbami specjalnymi oraz koneksjami policji, polityki i mediów. Ciekawie przedstawiono również korupcję i wielowarstwową strukturę moralności we współczesnej rzeczywistości. Autor starał się zachować pewien balans między warstwą sensacyjną i obyczajową. Odbiło się to na dynamice, która zwalniała i przyspieszała. Ta książka jest jak dobry film sensacyjny o policjantach, zawodowych zabójcach i ludziach władzy. To dobra podstawa pod scenariusz. Kwestią, która przeszkadzała mi najbardziej jest ryzykowna narracja pierwszoosobowa. Kolejną kwestia to kwadratowy język – nie przeszkadzał w odbiorze, ale pod koniec zaczynał już irytować. Momentami leżała i kwiczała.  Inspektor Medyna nie zafascynował mnie aż tak bardzo, jakbym się spodziewała. Bohaterowie są ciekawie skonstruowani. Z każdą stroną poznajemy ich lepiej przez niechronologiczne retrospekcje i wspomnienia. Postacie drugoplanowe są bardzo intrygujące, jednak poświęcono im niewiele czasu. Mam nadzieję, że to się zmieni w następnych tomach przygód podinspektora. Otrzymujemy  wgląd w struktury wewnętrzne nie tylko policji, ale również wywiadu i organizacji wojskowych, a skrywają one wiele tajemnic. Nie spodziewałam się takiego zakończenia, jednak było ono logicznie wynikające z poszlak.

Układ książki idealny na urlop. Krótkie rozdziały, pisane prostym tekstem to dobry przepis na odstresowującą lekturę.

 

Ocena: 6/10

Za egzemplarz dziękuję z całego serca Wydawnictwu Muza

Uważaj, żeby się nie zakrztusić.

Rodzaj: thriller, kryminał, komedia
Język: polski [przekład z języka angielskiego - Anna Skucińska]
Stron: 304
Wydawca: Wydawnictwo Imprint

Witajcie! Kurczę, pierwsza recenzja nowego roku – jest presja, co nie? ;) Wybrałam dzisiaj coś lekkiego, przy czym można się zrelaksować, nie trzeba zbyt wiele myśleć. Myślę, że po maratonie świąteczno-sylwestrowym wielu przyda się taki reset. Sama jestem ledwo żywa. Ostatnie dwa tygodnie były chyba najbardziej aktywnymi w minionym roku. Praca po 9 godzin dziennie, wyjazdy do rodziny i z powrotem, bieganie, choroba i miliony spraw na głowie. Ale był to chyba też najprzyjemniejszy czas. Święta mają jednak swój specyficzny urok. A jeśli już przy temacie specyficznego uroku jesteśmy, czy mówi wam coś komedia kryminalna? Tak? Wiecie już więc, czego się spodziewać. A jeśli kompletnie nic nie dzwoni – zaraz wszystko się wyjaśni. Zapraszam :)

Terri L. Austin jako dziewczynka, myślała, że wyrośnie z tworzenia historii i wyimaginowanych przyjaciół. Zamiast tego oparła na tym swoją karierę. Poznała swojego własnego księcia z bajki i razem żyją w stanie Missouri.

Pierwsza książka z serii o niepozornej studentce i kelnerce Rose Strickland, która ma całkiem zwyczajne, dosyć nudne życie. Wszystko jednak zaczyna się zmieniać, gdy w niewyjaśnionych okolicznościach znika jej najlepszy przyjaciel Axton. Pewnego dnia odwiedza Rose w restauracji i, nic nie wyjaśniając, zostawia jej swój plecak. Od tego czasu nie ma z nim żadnego kontaktu, a Rose zaczyna mieć na głowie coś więcej niż tylko serwowanie kawy i naleśników. Wspomagana przez zaprzyjaźnioną fankę mangi i dziwnych strojów, swoją siedemdziesięcioletnią szefową i dwóch życzliwych komputerowców, Rose rozpoczyna prywatne śledztwo, które doprowadzi ją do świata politycznej korupcji, nielegalnego hazardu i podejrzanych interesów.

Już na wstępie przyznaję, że historia, którą poznałam, jest bardziej zakręcona niż muszla po ogórkach – akcja, bohaterowie, miejsca. Sama nie wiem, co myśleć. Czy bardziej czuję podziw za wyobraźnię autorki, czy przytłacza przeładowanie. Komedia kryminalna rządzi się swoimi prawami. Parę razy zdarzyło mi się parsknąć śmiechem, jednak poziom absurdu w wielu momentach porażał i odbierał realizm kreowanej rzeczywistości. Chyba jednak jeszcze za mocno stąpam po ziemi, żeby wsiąść beztrosko na taką karuzelę nieprawdopodobności. Albo przeczytałam za dużo pełnokrwistych kryminałów. Ewentualnie oba te punkty. Główna bohaterka z jednej strony intryguje, z drugiej denerwuje. Jest w niej coś z rozpuszczonego, bogatego dzieciaka, który jest tak zawzięty, że pozbywa się korzyści pieniężnych z urodzenia i za nic nie zmieni zdania. Nawet wtedy, gdy życie wali się jej na głowę. Nie i koniec. Zaobserwowałam też tutaj kompleks romansu [tak, stworzyłam to na potrzeby recenzji]. W prawie każdej powieści romantycznej kilku mężczyzn adoruje główną bohaterkę albo jeden niesamowity facet przepada bez reszty z miłości do niej. Najczęściej jest to zwykła szara myszka, ale „dla niego absolutnie wyjątkowa”. Tutaj też prawie wszystkie męskie postacie ślinią się na widok Rose. Na końcu autorka ostro pojechała po bandzie, bo ni z tego, ni z owego wyskakuje czarny charakter. Twist zupełnie zbędny i tylko zaniżył jakość całości. Jednak powiem wam szczerze, że kiedy zobaczyłam logo NorthStar podczas jednej z podróży to przeszedł mnie mały dreszcz ;) Nie jest to pozycja wybitna – nie czytałam jej z zapartym tchem, występowała pewna powtarzalność, a język to przeciętna przeciętność. Miałam nadzieję na coś w stylu Chmielewskiej, ale wyszło trochę na opak.

Polecam z całego serca na zimową pluchę i chwilę wypoczynku. Sprawdzi się idealnie jako przerywnik między cięższymi lekturami.

Ocena: 5/10

 w przygotowaniu

Bilet w jedną stronę?

Rodzaj: thriller
Język: polski
Stron: 384
Wydawca: Wydawnictwo Videograf

 

Witajcie! Mieliście kiedyś tak, że chcieliście bardzo mocno przeczytać książkę, rzucacie spojrzenie na pękającą w szwach półkę nieprzeczytanych powieści i wasz wewnętrzny czytelnik robi przeciągłe „naaaah…”? Jeśli tak, dobrze znane jest wam uczucie, które dopadło mnie ostatnio. Nie mogę się przemóc. Jednak jest jedna nowość, która złamała złą passę. Chcecie wiedzieć, o którą pozycję chodzi? Zapraszam :)

 

Przemysław Piotrowski – urodzony w 1982 roku w Zielonej Górze, gdzie mieszka z żoną Kasią i synem Jakubem. Były dziennikarz sportowy, a potem śledczy w „Gazecie Lubuskiej”. Absolwent Uniwersytetu Zielonogórskiego, studiował również na uczelniach w Hiszpanii i USA. Obecnie pracuje w branży naftowej w Norwegii. Pasjonat sportu, podróży, geografii i historii. Wychowany na Stephenie Kingu, Grahamie Mastertonie i Bernardzie Cornwellu, choć absolutny numer jeden to saga „Imperator” Conna Igguldena. W lipcu 2015 roku zadebiutował thrillerem pt. „Kod Himmlera”, a w czerwcu 2016 r. ukaże się jego kolejny thriller – „Droga do piekła”.

Były amerykański żołnierz John Pilar zostaje skazany na śmierć za zamordowanie swojej rodziny w wyjątkowo bestialski sposób. Kat wstrzykuje mu zabójczą mieszankę, ale to nie koniec jego podróży. Po drugiej stronie budzi go odrażająca woń siarki… Jego młodszy brat Lukas, były nowojorski policjant, a dziś zapijaczony detektyw, nie wierzy w jego winę. Odkrywa, że naczelnik więzienia, w którym zginął brat, nie ma krystalicznie czystego sumienia. Razem z młodą dziennikarką Rose Parker rozpoczynają prywatne śledztwo i wpadają na trop mrocznego spisku. Z każdym dniem coraz bardziej zagłębiają się w matni pierwotnego zła, niewyobrażalnego okrucieństwa i zdziczałej przemocy. Czy oczyszczą Johna z zarzutów, czy może dokopią się do prawdy tak przerażającej, że nawet samo piekło wydaje się jedynie drobną igraszką? Droga do piekła zabierze Cię w otchłań zła, gdzie trupi odór i kwaśna woń śmierci są jedynie finezyjnym zaproszeniem do skrzętnie skrywanej, mrocznej tajemnicy ludzkości. 

Ile ja się nawkurzałam przy tej książce, wie tylko P. Brutalność i jawna bezduszność niektórych bohaterów i zbrodni przyprawiała mnie o szewską pasję. Musiałam to z siebie wyrzucić, a teraz po kolei. Całość prowadzona jest dwutorowo – mamy perspektywę brata Johna, Lukasa, oraz samego Johna, który trafił do piekła. Wizja tego miejsca została przedstawiona bardzo dosadnie, bez owijania w bawełnę. Za nic w świecie nie chcielibyście tam trafić. Paskudne postaci rodem z „Apokalipsy” św. Jana i „Boskiej komedii” Dantego. Nie ma ona nic wspólnego ze współczesnymi obrazami tego miejsca – ugładzonego i mało strasznego. Tutaj Piotrowski trafił w punkt, którego moim zdaniem bardzo brakuje w literaturze. W powieści dzieje się sporo – kryminalne sprawy gonią psychologiczne przepychanki i sceny ukrywania się. Fabuła bardzo dobrze odsłania ciemniejszą stronę ludzkiej natury – przepełnioną nieskończonym złem, bestialstwem i przemocą. Nawet najbardziej ekstremalne zboczenia i perwersje znalazły tutaj swoje miejsce. Dla niektórych ta bezpośredniość scen i języka jest wadą. Dla mnie idealnym uzupełnieniem przekazu, jaki kreuje autor. Zastanawialiście się, jaki wpływ na współczesnego człowieka mają media? Tutaj znajdziecie odpowiedź – nauczyliśmy się bez zastanowienia przyjmować wszystko, co nam pokazują. Nieważne, co by to było. Postaci są dopięte na ostatni guzik, chociaż przyznaję, że trudno je lubić. Nie spotkacie tutaj papierowych bohaterów i za tę trójwymiarowość należą się brawa. Książka nie jest typowym thrillerem. Łączy w sobie także elementy horroru i kryminału, więc trafi w gusta wielu. W skrócie „Droga do piekła” to opowieść o pożądaniu, wartości pieniądza i miłości [nie tylko tej romantycznej], ale również bierze pod lupę ciemną stronę więziennictwa, dziennikarstwa i bogactwa. Czekam na kolejną powieść Przemysława Piotrowskiego. Kto wie, może tym razem umiejscowi ją w rodzinnej Zielonej Górze. Dla mnie byłby to kąsek nie lada ;)

 

Jeśli macie słabe nerwy, lepiej nie zabierajcie się za tę książkę. Dla odważnych – polecam z całego serca.

 

Ocena: 9/10

 

„Czasem czuł, jakby żył w jakimś matriksie. Patrzył na ludzi jak na masę bezmózgich zombie, karmionych medialną papką, którymi można kierować jak zaprogramowanymi robotami.”

Za egzemplarz dziękuję z całego serca Wydawnictwu Videograf

Zajeść się na śmierć.

Rodzaj: kryminał
Język: polski [przekład z języka niemieckiego - Anna Krochmal, Robert Kędzierski]
Stron: 304
Wydawca: Wydawnictwo Smak Słowa

Witajcie! Ależ się naczytałam ostatnio… Książkowy głód zaspokoiłam, jednak jestem ciągle głodna, jeśli chodzi o prawdziwe jedzenie. To, że jestem kluską nie przeszkadza mi ani trochę w szukaniu i próbowaniu nowych potraw. Ukochałam sobie ostatnio kuchnię tajską i włoską. Portal Książkowy idealnie wbił się w moje potrzeby i zaproponował mi recenzję „Diabelskiego owocu” Toma Hillenbranda. Tytuł brzmi mocno nieświeżo? Nic bardziej mylnego. Czegoś takiego jeszcze nie czytałam. Bo czy może być coś lepszego od połączenia kulinariów i kryminału? Perełka.

 

Tom Hillenbrand, urodzony w 1972 roku, studiował politykę europejską, był wolontariuszem w szkole dziennikarskiej im. Georga von Holtzbrincka i kierownikiem działu w Spiegel Online. Zapalony kucharz hobbysta i smakosz, podczas wielomiesięcznego pobytu w Luksemburgu w ramach praktyk z Unii Europejskiej zakochał się w Wielkim Księstwie. Mieszka w Monachium. Diabelski owoc to jego pierwsza powieść.

Xavier Kieffer, niegdyś mistrz kuchni pracujący w wyśmienitych restauracjach, wyrzekł się haute cuisine i prowadzi w Luksemburgu, w Dolnym Mieście, malutką restaurację, gdzie serwuje swoim gościom potrawkę z zająca, zupę luksemburską i paszteciki podlewane rieslingiem. Jednak pewnego dnia w jego lokalu umiera znany paryski krytyk kulinarny – i nagle na Kieffera pada podejrzenie o popełnienie morderstwa. Gdy później bez śladu znika jeszcze mistrz kuchni, u którego kiedyś się uczył, restaurator postanawia na własną rękę przeprowadzić śledztwo. Natrafia przy tym na tajemniczy, niezwykle smaczny owoc, na pozbawione skrupułów koncerny spożywcze i na chorobliwie egoistycznych kucharzy prowadzących programy telewizyjne. Kieffer coraz bardziej zagłębia się w świat wykwintnej kuchni, zdominowany przez bezwzględną walkę z konkurencją i presję jakości, i tym sposobem odkrywa, o co toczy się ta gra.

 

źródło: facebook.com/WydawnictwoSmakSlowa

Jak tylko dostałam „Diabelski owoc” to jak najszybciej  się w niego wgryzłam. Prolog jednak mnie zdziwił, bo kompletnie nie pasował mnie do opisu. Pomyślałam sobie „jeśli taka będzie całość, to chyba nie dam rady”, ale później poziom szybował w górę. Autor malował przed nami krajobrazy Luksemburga, Francji i Niemiec. Poznajemy naszego głównego bohatera, który na pierwszy rzut oka wydaje się być życiowym nieudacznikiem, który zamiast wielkiej kariery zniknął w luksemburskiej wsi i prowadzi restaurację z regionalnymi potrawami. Co jednak okaże się, gdy nagle zaczną umierać ludzie związani z restauracyjnym biznesem? Najpierw krytyk, później kucharze. Co łączy ich wszystkich? Ha! I tutaj w końcu uzasadnienie uzyskał prolog. Xavier, który zaczyna współpracować z pewną bardzo wpływową osobą, prowadzi własne śledztwo. Zakończenie przyszło trochę zbyt szybko, ale miał sens i nie zawiodło. Cała intryga zakręcała tyle razy, że przy tym tempie akcji trudno było nadążyć. Co chwilę pokazywały się nowe fakty i wyjaśnienia. Postaci – zarówno główna, jak i poboczne – były bardzo dobrze nakreślone. Jedyne, do czego mogę się przyczepić, to zbyt ogólnikowe nakreślenie złoczyńcy oraz natrętne wtrącanie obcojęzycznych słówek do fabuły. Nawet słowniczek z tyłu nie pomógł. Według mnie coś takiego było zupełnie niepotrzebne. I w sumie tyle. Każdemu fanowi gotowania z całego serca polecam, bo można nauczyć się czegoś ciekawego i przy okazji wciągnąć w zagadkę detektywistyczną. Rozwiązanie was zaskoczy logicznym wytłumaczeniem całości.

 

Polecam fanom gotowania i kryminałów. Mam jedynie jedną prośbę – nie czytajcie na głodniaka, bo pożrecie całą zawartość lodówki w trakcie, nawet nie wiedząc kiedy.

 

„- Naprawdę świetna z was para. Znajdujecie to tajemnicze coś, które teraz od razu przekażę moim kolegom do analizy, Oczywiście zachowując wszelkie środki ostrożności. Kto wie, czy to nie jest trujące. Albo wręcz – przyjrzał się Kiefferowi i Vatanenowi, uśmiechając się krzywo – w jakiś sposób psychoaktywne. Teoretycznie coś takiego jest możliwe. Ale wy nie zawracaliście sobie tym w ogóle głowy. Po prostu wciągnęliście to w siebie jak studenciaki z pierwszego roku. Dla mnie to rock’n’roll.”

 

Ocena: 8/10

 

Za egzemplarz dziękuję z całego serca Wydawnictwu Smak Słowa oraz Portalowi Księgarskiemu