Dym, kości i anioł – co może pójść nie tak?

Rodzaj: fantasy, romans, młodzieżowa
Język: polski [tłumaczenie z języka angielskiego]
Stron: 400
Wydawca: Wydawnictwo Amber

Zima traci swoje przyczółki! Z dnia na dzień robi się coraz cieplej i chociaż mróz próbuje kontratakować to są to raczej płonne zapędy. Wiosna zbliża się małymi, nieśmiałymi kroczkami, co cieszy bardziej niż poranna herbata. Ostatnimi czasy odkryłam, że niemal wszystkie recenzje i książki, które się tutaj pojawiają, to te otrzymywane od wydawnictw. Trzeba to zmienić i w końcu poczytać coś dla siebie. Szukałam, szukałam, aż wreszcie znalazłam. Zachęcona pozytywnymi recenzjami sięgnęłam po dwie serie – „Córka dymu i kości” oraz „Angelfall”. Jeśli chodzi o tę drugą, pochłonęłam dwa tomy i czyham na trzeci, ale recenzje pojawią się później. Dzisiaj trochę o powieści  Laini Taylor. Od razu zaznaczam – WCIĄGA!

Laini Taylor (ur 11 grudnia 1971), amerykańska autorka nurty young adult fantasy. Najbardziej znana z serii o Karou – „Córka dymu i kości”, której trzecia część została wydana w 2014 roku. Taylor urodziła się w Chico w Kalifornii i ma dyplom UC Berkeley. Obecnie mieszka w Portland w stanie Oregon z mężem i córką. Zawsze chciała być pisarką, jednak swoją pierwszą powieść skończyła w wieku 35 lat. W 2004 roku napisała powieść graficzną dla Image Comics, ilustrowaną przez jej męża Jim di Bartolo. Jej pierwsza powieść, Dreamdark: Blackbringer, została opublikowana w 2007 roku. Jednak najbardziej znana jest z serii „Córka dymu i kości”. Pierwsza książka z serii została wybrana przez Amazon najlepszą książka dla nastolatek w roku 2011. Joe Roth jest zapowiadany jako producent filmowy ekranizacji pierwszej z książki o Karou.

„Córka dymu i kości jest mroczna, zmysłowa, niepokojąca, niejednoznaczna. Wyobraźnia olśniewa, język jest piękny, każde słowo coś znaczy. A miłość… przerywa granice, przekracza czas i przestrzeń.” Na wszystkich kontynentach na drzwiach domów pojawiają się czarne odciski dłoni. Wypalają je skrzydlaci nieznajomi, którzy wkradają się do naszego świata przez szczelinę w niebie… Przemierzająca kręte uliczki zasypanej śniegiem Pragi siedemnastolatka ze szkoły sztuk plastycznych zostanie wkrótce uwikłana w brutalną wojnę istot nie z tego świata. I odkryje prawdę o sobie – zrodzonej z dymu i kości… Jej szkicowniki są pełne potworów. Mówi w wielu językach, nie tylko ludzkich. Ma jaskrawoniebieskie niefarbowane włosy, niezwykłe tatuaże i blizny. Kim jest? Karou prowadzi podwójne życie: jedno w Pradze jako utalentowana i tajemnicza artystka, drugie w sekretnym sklepie, gdzie rządzi Brimstone – Dealer Marzeń. Karou nie wie,skąd przybywa i czy jest tylko człowiekiem. Nie wie, po co wyrusza przez magiczny portal na ryzykowne wyprawy. I nie wie, do którego świata należy. Dopóki nie spotka najpiękniejszej istoty: mężczyzny o skrzydłach z płomienia, ustach bez uśmiechu i oczach koloru ognia, których spojrzenie jest jak płonący lont wypalający powietrze pomiędzy nimi. Akiva staje się jej tak bliski, jakby kochała go całe życie…

Zaciekawił mnie pomysł oraz niebanalne tło – już w „Rodzie wyklętych” znalazłam szkołę artystyczną, jednak nadal jest to nieczęsto spotykany motyw. Obie pisarki wykorzystały potencjał mistrzowsko. Nadał fabule niesamowity klimat. Jeśli już jesteśmy przy tym temacie – po przeczytaniu mam ogromną ochotę odwiedzić Pragę, gdzie częściowo ma miejsce akcja. Chciałabym się przekonać, czy lokalizacje z książki naprawdę istnieją, czy są tylko wytworami wyobraźni. Świat został wykreowany genialnie – wyczuwam w nim nienachalną inspirację egipskimi mitami. Nigdzie nie spotkałam się z czymś podobnym. Postacie dobrze skonstruowane, chociaż bardzo tajemnicze i czytelnik kawałek po kawałku wraz z tempem akcji dowiaduje się poszczególnych informacji o nich. Na szczególną uwagę zasługują drugoplanowi bohaterowie – mocno, zamaszyście zarysowani. Wszystko spina się w logiczną całość pod koniec, jednak jest to nieco nieprawdopodobne i pozostawia niedosyt, który zostanie być może zaspokojony w kolejnych częściach. Świat z boku może wydawać się irracjonalny i zupełnie pozbawiony logiki i owszem, zgadzam się z tym, że pojawiają się małe luki. Jednak na swój sposób mnie przekonuje i kupuję go w całości. Co do wątku romantycznego… Dobrze wiecie, że nie jestem fanką miłosnych uniesień w powieściach, a relacja anioła z ziemską dziewczyną jest już zupełnie ograna i wytarta. Po jakimś czasie akurat ta część  „Córki dymu i kości” męczy, jednak fanki romansów będą zachwycone. Podsumowując, powieść Laini Taylor jest książka zupełnie niepodobną do wszystkiego, co czytałam. Szybka akcja, zagadki na każdym kroku, niesamowite postacie, humor i historia nie z tej ziemi. Na pewno warto do niej zajrzeć i poznać świat Karou.

Polecam wszystkim fanom fantasy. Może bardziej tym nastoletnim i dwudziestokilkuletnim, jednak każdy znajdzie w niej coś dla siebie. Skarbnica świetnych cytatów.

 

„- Nie znam wielu reguł, którymi należałoby się kierować w życiu – powiedział – ale jednej warto przestrzegać na pewno. Jest bardzo prosta. Nie aplikuj sobie niczego, co jest zbędne. Trucizn, chemikaliów, oparów, papierosów czy alkoholu, żadnych ostrych przedmiotów, nieistotnych igieł, czyli narkotyków czy tatuaży, ani zbędnych penisów”

[...]

„- No już, już – powiedział tonem, w którym brzmiała nutka współczucia. – On tego nie widzi. To cecha potworów, że same się tak nie postrzegają. Pewien smok, który rasował w wiosce i pożerał dziewice, gdy usłyszał krzyk „Potwór!”, obejrzał się za siebie.”

 

Ocena: 8/10

Bajka się skończyła.

Rodzaj: romans
Język: 
polski
Stron: 
192
Wydawca: 
Novae Res

Książkę, o której dzisiaj wam opowiem jest „No i bajka” Magdy Bielickiej. Dzięki uprzejmości wydawnictwa Novae Res miałam okazję przeczytać tę pozycję. Sugerując się opisem z tyłu, stwierdziłam, że jest idealna dla mnie. Szukałam już od jakiegoś czasu czegoś lekkiego i zabawnego, przy czym mogłabym się odstresować i nie myśleć zbyt wiele. Tutaj mamy zaledwie 192 stron w formacie nieco mniejszym od A5. Idealna do torebki. Jednak nie miałam okazji jej wozić, ponieważ przeczytałam ją w jeden wieczór. Przy ciasteczkach cytrynowych, których aromat jeszcze się unosił w całym domu po pieczeniu. Nie osłodziły mi czytania na tyle, by przełknąć tę pozycję bezboleśnie.

 

Magda Bielicka jest polską dziennikarką i autorką książek. Pochodzi z Prabut na Pomorzu. Absolwentka dziennikarstwa i politologii. Obecnie redaktor naczelna lokalnej gazety i PR-owiec w urzędzie gminy.  Autorka dwóch książek: „Lista. Historia zbrodni niedoskonałych…” oraz „JestĘ magistrĘ”. Obie książki zostały wydane w 2013 r. przez Wydawnictwo Novae Res. W dniu dzisiejszym mieszka w Pruszczu Gdańskim. Prowadziła bloga „Z życia Wąsatej Kreatury”, który obecnie przeniósł się na Facebooka. Prywatnie uwielbia książki i koty. Nie należy jej mylić z Magdaleną Bielicką, dziennikarką udzielającą się na łamach periodyku „Kocie Sprawy”.

Co wspólnego mają dwie polne myszki, Brzydkie Kaczątko, Kopciuszek i pewna dumna blondynka z Gdańska? Jak się okazuje – całkiem sporo. Hania ma 28 lat, pracuje po kilkanaście godzin na dobę, by spłacić kredyt we frankach, ubiera się w „Tanim Armanim”, gdzie przy okazji dorabia sortowaniem ubrań, a w nielicznych wolnych chwilach pisze bajki – póki co „do szuflady”. Problemy dnia codziennego odpędza, zarywając noce na rozmowach z Karolem. Fascynacja poznanym w Internecie chłopakiem trwa do pierwszego spotkania w realnym świecie. Potem przychodzą wątpliwości, dylematy i nowe kłopoty. No i jest jeszcze Mateusz – mieszkający po sąsiedzku kolega z aspiracjami na mężczyznę życia Hani. Historia Hanki to lekka, pełna dystansu opowieść o niekiedy bardzo trudnych sprawach: miłości, potrzebie bliskości i tym, że wszystko ma swoją cenę.

Cóż, jest tylko jeden pozytywny aspekt tej powieści, ale jego zostawię sobie na koniec. Miałam wrażenie, że autorka chciała zrobić groteskę, ale przedobrzyła. Co mogę powiedzieć o bohaterach? Płascy, mdli, nierealni. Historia rodem wyjęta z baśni, gdzie wszystko ma swój happy ending. Bo właśnie tak została wykreowana historia – jest nieciekawie, później spotyka się księcia z bajki, coś się ewidentnie rozwala, jest dramat i w końcu happy end. Tylko, że element z dramatem jest podniesiony do potęgi nieskończonej. Takiej komedii pomyłek i nieprawdopodobności nie widziałam od bardzo długiego czasu. Główna bohaterka, która powinna być siłą napędową książki, jest tak naprawdę niezdecydowaną dziewczyną, nie potrafiącą o siebie dbać i narzekającą na swoje życie. Rodem ze „Zmierzchu”. Ciągle krąży między swoim księciem a chłopcem z sąsiedztwa, robiąc z obu idiotów, co mężczyźni chętnie przyjmują na klatę i zazwyczaj nawet nie są źli. Fabuły starczyłoby na kilka powieści. Gdyby tak ograniczyć te wszystkie dramaty i powroty – byłaby całkiem niezła historia, bo zaczęło się naprawdę obiecująco. Później jednak zaczęło się sypać. Autorka jednym słowem poszła po bandzie. No i jeszcze bajka, którą napisała bohaterka wciśnięta między dwie części – była najciekawszym elementem tej pozycji, ale jej umiejscowienie pozostawiało sporo do życzenia. Mój chłopak był świadkiem, kiedy po lekturze miotałam się po pokoju z niezrozumieniem na twarzy, że można było zrujnować przesadą tak obiecującą historię. Bo porusza ważne tematy – radzenie sobie w dzisiejszym świecie, kiedy trzeba tyrać na dwa etaty, żeby mieć co jeść, znajomości internetowych i godzenia się na półśrodki, bo nie ma się odwagi, aby ryzykować .

Komu polecam tę powieść? Na pewno niewymagającym czytelnikom, który chcą posmakować groteski w jej przerysowanej wersji.

 

„Mateusz był jej mechanikiem. Poznali się, kiedy przyjeżdżała do warsztatu swoim wysłużonym kadettem. Do naprawy było w nim praktycznie wszystko i w końcu zaproponował jej kupno volkswagena polo. Również nie był pierwszej młodości (a nawet stuknęła mu dwudziestka), ale Mateusz znał sprzedającego, znał samochód i miał na podorędziu wiele zapasowych części do tego modelu. Skorzystała z jego rady, sprzedała kadeta za pięć stów, dołożyła parę złotych (dosłownie) i stała się właścicielką polówki w kolorze rdzawoczerwonym (z przewagą rdzy)”

 

Ocena: 2/10

Za możliwość przeczytania dziękuję wydawnictwu Novae Res

Żyć jak matka z córką

Rodzaj: biografia
Język: 
polski 
Stron: 
192
Wydawca: 
Społeczny Instytut Wydawniczy Znak

Biografia – książka niezwykle interesująca. Często przewrotna – ciekawość osobowości „scenicznej” czy to artysty, czy polityka, nie idzie często w parze z ciekawością biografii. Dlaczego? Ktoś medialnie nijaki w takiej formie może pokazać błyskotliwy żart, łatwość opowiadania anegdot czy głęboką refleksję, której byśmy się nie spodziewali. Jest to jeden z powodów, dlaczego tak często sięgam po ten gatunek literacki. Zawsze jestem ciekawa, co kryje się za swego rodzaju maską. Intrygująca forma – wywiad rzeka podzielony na sekcje. Zaczęłam się zastanawiać, jaką rolę będzie pełniła Marta Mizuro, która rozmawiała z paniami: Tatianą Raczyńską oraz Marią Nurowską. Nie powiem, wyszło interesująco. Niekiedy biografii nie da się czytać właśnie z powodu wybrania formy – „pytający” się nie sprawdził, bohater nie ma niczego do powiedzenia. Możliwości jest wiele. Dzięki tej książce tytuł wpisu – żyć jak matka z córką – nabiera zupełnie nowego znaczenia.
Osobą bardziej znaną, ale równie ważną, co druga postać, jest Maria Nurowska. Polska pisarka, nowelistka. Autorka doświadczona ze sporym dorobkiem literackim. Swego czasu również dziennikarka. Wielokrotnie doceniana i tłumaczona na wiele języków. Czy zatem na tym tle jej córka, Tatiana, wypada nieco „blado”? Pedagog, matka dwójki dzieci, babcia, pracująca w szkole z niekoniecznie łatwą młodzieżą. Kobieta o wielkiej pogodzie ducha zarówno zawodowo jak i prywatnie.

Książka „Matka i córka w rozmowach z Martą Mizuro” nie jest łatwa. Mimo swoich niewielkich rozmiarów psychologicznie ciężka. Co mnie zachwyciło najbardziej – nie jest to klasyczny wywiad rzeka. Możemy poznać dwa różne zdania bez presji, że jedna kobieta wpływa na to, co mów druga. Obie są niezwykle silnymi [lub jak mówią silno-słabymi] jednostkami. Książka jest podzielona na sekcje: „Maria i Tatiana”, „Dzieciństwo”, „Matka”, „Rodzina”, „Dom”, „Siła”, „Razem i osobno”. Bardzo ważne jest też dla mnie, że temat nie zamyka się na wzajemnych stosunkach matki i córki. Wybiega dużo, dużo dalej. Maria Nurowska opowiada między innymi o sposobie w jaki pisze i bohaterach jej książek, porusza problem wybaczania zbrodniarzom wojennym. Wspomina relacje z jej matką i ojcem oraz jej trudne dzieciństwo. Wymienia różnice, jakie pojawiają się w wychowywaniu syna i córki. Obie panie dokonują autoanalizy i trudnych zwierzeń. Jestem pod wrażeniem, że zdobyły się na taką odwagę. 

Z książki płyną w stronę czytelnika dwojakie emocje – z jednej strony samoakceptacja i pogoda ducha, z drugiej – cierpienie i ból. Myślę, że to doskonale opisuje sinusoidę, jaką można wyczytać z żyć bohaterek. Niezwykle poruszyła mnie otwartość w odpowiadaniu na pytania, nieukrywanie bolesnych szczegółów życia, ale też dążenie do rozwoju. Maria Nurowska i Tatiana Raczyńska są niewątpliwie całkowicie innymi osobowościami. Inaczej patrzą na życie, czegoś innego pragną. Dzięki temu wywiadowi pokazały, jakie tak naprawdę są nie tylko ich stosunki, ale też stosunki wielu matek i córek na świecie. To ciekawe uczucie, kiedy czytelnik wchodzi w czyiś prywatny świat, szczególnie, kiedy zna się godność tej osoby. Jedynym, co mnie czasami rozczarowywało to zbytnie popadanie w dygresje i uciekanie w anegdoty. Często pomagało to wejść głębiej w historię, ale czasami też irytowało. Książka została pięknie wydana. Twarda oprawa, przejrzysty podział tekstu oraz czarno-białe zdjęcia. Myślę, że to ciekawy smaczek, ponieważ Maria Nurowska wspomniała, że musi widzieć twarz bohaterki, ponieważ inaczej nie jest w stanie pisać. Warto również pochwalić tutaj Martę Mizuro – pełniła rolę swego rodzaju spowiedniczki, nie próbując zdominować bohaterek. Stawiała ciekawe i trafione pytania. 

Mogę z czystym sercem polecić tę książkę zarówno wielbicielom Marii Nurowskiej jak i osobom, które chcą przeczytać kawał ciekawej historii i celnie sformułowane prawdy. Ja na pewno wrócę do tej pozycji.

Ocena: 7/10