Gdzie diabeł nie może tam grom pośle.

Rodzaj: fantasy
Język: polski
Stron: 400
Wydawca: Wydawnictwo SQN

Witajcie! Wiosna wychyliła się zza zakrętu, a wraz z nią moja uśmiechnięta mordka. Nie ma nic lepszego niż pierwszy raz w roku zrzucić z siebie zimowy płaszcz i w końcu przywdziać coś lżejszego. A skoro czas na wiosenne porządki i na blogu przyda się trochę ogarnąć. Na pierwszy ogień pójdzie wygląd, więc bądźcie czujni ;) Ale nie mogę was przecież zostawić tak bez recenzji! A okazja jest nie byle jaka, albowiem doczekałam się wydania kontynuacji „Krwi i stali” Jacka Łukawskiego. Zapraszam! :)

Jacek Łukawski urodził się w Kielcach, z zawodu jest grafikiem komputerowym. Gdy nie miał jeszcze obowiązków, a miał czas, machał mieczem i strzelał z dział czarnoprochowych. Hartował ciało i ducha w organizacji strzeleckiej, brał udział w zawodach sprawnościowych i ćwiczył karate. Próbował też jeździć konno. Zwiedzał Polskę autostopem i na motocyklu. Zaczytywał się w książkach historycznych i fantasy. Jest laureatem wojewódzkiego konkursu Talenty 2000. Po kilkunastu latach przerwy napisał cykl opowiadań, które pojawiły się drukiem w antologii Gawędy motocyklowe. Współtworzył kwartalnik motocyklowy „Swoimi Drogami”. Wraz z żoną mieszka w pobliżu chęcińskiego zamku.

W huku gromów i przy wtórze szkwału ważą się losy królestw po obu stronach Martwej Ziemi. Arthornowi udaje się uciec z zamku opanowanego przez zdrajców, lecz najgorsze dopiero przed nim. Wkrótce znów wyruszy ku Martwicy, tym razem bez przygotowania, drużyny i wbrew własnej woli. Jednocześnie stary Garhard stara się opanować sytuację w Wondettel. To zadanie tym trudniejsze, że lord Auriss nie powiedział jeszcze ostatniego słowa – podobnie jak wysłannicy sił potężniejszych, niż przeczuwają najwięksi mędrcy. Impas, jak się wydaje, może przełamać tylko obecność księżniczki Azure, która jednak przepadła bez wieści. Co zrobi Arthorn, gdy ją odnajdzie? Czy zdoła nakłonić ją do powrotu? Ile zdecyduje się poświęcić dla królestwa? Mroczny cień Nife pochłania bezkresne stepy, czyha na sielskie Asnal Talath, sięga podziemnych Serc Dwargów i snuje się po pokładzie latającego okrętu. Wolno podąża ku granicy, za którą śpi niespokojne Wondettel.

 

Miesiące wyczekiwania i sprawdzania profili autora i wydawnictwa… W końcu jest! Pachnąca drukiem i piękna. Wiele obiecywałam sobie po „Gromie i szkwale”. Czy jednak oczekiwania nie okazały się za duże? Nie rozczarowałam się ani trochę. Dostajemy mięsiste, porywające fantasy z najlepszym stylu. Warto było tyle czekać. Postacie trzymają poziom, pozostają niezależna i oryginalne. W całej powieści widać inspirację klasykami gatunku, jednak są one na tyle zręczne, że Łukawski niewątpliwie dołożył swoją cegiełkę do mojego osobistego kanonu. Czy zrobił to również do kanonu gatunku – to pokaże czas. Warto też zwrócić uwagę na dobry balans między epickością świata i rozładowywaniem atmosfery m.in. humorem w dialogach – brawo! Epicki jest „Władca pierścieni” i fajnie, tylko czy ktoś jest w stanie tak dźwignąć temat jak Tolkien, idąc tylko w to? Lepiej nie ryzykować ;) Akcja od razu rusza z kopyta, więc warto przeczytać pierwszą część, by nie zgubić ani okruszka fabuły i spójności. Kontynuacja jest jak najbardziej godna mocnego debiutu. Teraz mogę to powiedzieć z pełną odpowiedzialnością – drodzy państwo, mamy nowego bardzo mocnego zawodnika na polskiej  scenie fantasy! Już nie mogę się doczekać kolejnej części zamykającej trylogię. Chciałabym ją przeczytać już teraz, zaraz, jednak jeśli przyjdzie mi czekać kolejny rok na taką dobrą rzez, jaką jest „Grom i szkwał” – poczekam.

 

Słowiański folklor, klasyka i akcja ledwo wyrabiająca na zakrętach – czego chcieć więcej od dobrego fantasy. Polecam z całego serca!

 

Ocena: 9,5/10

Za egzemplarz dziękuję z całego serca Wydawnictwu SQN :)

Umierasz i cię nie ma.

Rodzaj: kryminał, sensacja
Język: polski
Stron: 496
Wydawca: Wydawnictwo Muza

Witajcie! Kiedy otrzymałam propozycję recenzji dwóch tomów Mariusza Ziomeckiego, od razu się zgodziłam. Wszak kryminały to moja broszka, więc nie mogłam odmówić. Autora nie znałam, ale cóż mi mówiło, że będzie dobrze. Zgrabne okładki i intrygujące opisy przeważyły szalę. Zawsze jestem łasa na dobrą powieść policyjną. Hit czy kit? Zapraszam na recenzję :)

 

Mariusz Ziomecki (ur. 1952) – polski pisarz, dziennikarz i publicysta. Do 1981 był dziennikarzem warszawskiej Kultury. W 1982 wyjechał do Stanów Zjednoczonych, gdzie pracował jako jeden z głównych komentatorów dziennika The Detroit Free Press. W latach 1998–2000 dzielił funkcję redaktora naczelnego dwutygodnika Komputer Świat z Wiesławem Małeckim. Następnie w 2003 roku objął funkcję redaktora naczelnego dziennika Super Express. Redaktor naczelny tygodnika Przekrój od 2006 roku do lipca 2007. W latach 2007–2008 był redaktorem naczelnym Superstacji i prowadził program Rezonans. Od września 2008 roku wydawca programu Konfrontacje w Polsacie, a od maja 2009 do końca lutego 2010 redaktor naczelny serwisu publicystycznego redakcja.pl.Od listopada 2009 do maja 2010 był redaktorem sponsorowanego przez Narodowy Bank Polski serwisu internetowego ObserwatorFinansowy.pl i jednocześnie doradcą Prezesa NBP. Następnie pracował dla firmy kosmetycznej Inglot. Od 2014 na antenie Polsat News 2 prowadzi program publicystyczny Prawy do lewego, lewy do prawego.

Para wypalonych gliniarzy – ona policyjny psycholog, on najskuteczniejszy śledczy w wydziale zabójstw Komendy Stołecznej Policji – przechodzi w stan spoczynku gdy przydarza im się spóźnione, niespodziewane rodzicielstwo. Decyzję mężczyzny o odejściu przyspiesza konflikt z przełożonymi; podinspektor Roman Medyna nie potrafi zostawić gorącego tropu gdy szefowie tego oczekują. Kiedy czyjaś niewidzialna ręka z policyjnej wierchuszki blokuje jego czynności w sprawie pedofilii, Medyna rewanżuje się przeciekiem do mediów. Oboje inkasują odprawy, sprzedają mieszkanie i już jako cywile zaczynają stawiać niewielki pensjonat na malowniczej skarpie nad samym Zalewem Zegrzyńskim. Po latach niszczącej psychicznie pracy, która regularnie stawia policjantów w obliczu aktów ludzkiego bestialstwa, mają nadzieję zbudować prywatny raj: zacząć cichą egzystencję hotelarzy, skoncentrować się na wychowaniu potomka i na życiu rodzinnym. Jednak ich pieniądze się kończą szybciej niż budowa, na dodatek w okolicy zaczyna się koszmar…  Trzy osoby, burmistrz miasteczka i dwie młode kobiety z organizacji ekologicznej, padają ofiarą tajemniczego zabójcy – lub prawdopodobniej zabójców – na pokładzie starego statku wycieczkowego, który ktoś uprowadził z portu i zacumował na widoku naszych bohaterów. Ci początkowo nie widzą powodu, by bliżej zajmować się tą sprawą; to już nie jest ich problem, mają dość własnych. Jednak od sensacji trudno jest uciec: gdy gazeta publikuje szokujące zdjęcia z miejsca zbrodni, policyjni emeryci analizują je inaczej niż ich sąsiedzi. Spekulują, któremu z kolegów przypadnie śledztwo i daje się wyczuć, że obojgu trochę jednak zaczyna brakować adrenaliny, którą wyzwala policyjna robota…

 

Fabuła nie ogranicza do jednego wątku. Dominuje sprawa bestialskiego morderstwa nad Zalewem Zegrzyńskim, ale przeplata się ona z wątkiem pedofilskim, służbami specjalnymi oraz koneksjami policji, polityki i mediów. Ciekawie przedstawiono również korupcję i wielowarstwową strukturę moralności we współczesnej rzeczywistości. Autor starał się zachować pewien balans między warstwą sensacyjną i obyczajową. Odbiło się to na dynamice, która zwalniała i przyspieszała. Ta książka jest jak dobry film sensacyjny o policjantach, zawodowych zabójcach i ludziach władzy. To dobra podstawa pod scenariusz. Kwestią, która przeszkadzała mi najbardziej jest ryzykowna narracja pierwszoosobowa. Kolejną kwestia to kwadratowy język – nie przeszkadzał w odbiorze, ale pod koniec zaczynał już irytować. Momentami leżała i kwiczała.  Inspektor Medyna nie zafascynował mnie aż tak bardzo, jakbym się spodziewała. Bohaterowie są ciekawie skonstruowani. Z każdą stroną poznajemy ich lepiej przez niechronologiczne retrospekcje i wspomnienia. Postacie drugoplanowe są bardzo intrygujące, jednak poświęcono im niewiele czasu. Mam nadzieję, że to się zmieni w następnych tomach przygód podinspektora. Otrzymujemy  wgląd w struktury wewnętrzne nie tylko policji, ale również wywiadu i organizacji wojskowych, a skrywają one wiele tajemnic. Nie spodziewałam się takiego zakończenia, jednak było ono logicznie wynikające z poszlak.

Układ książki idealny na urlop. Krótkie rozdziały, pisane prostym tekstem to dobry przepis na odstresowującą lekturę.

 

Ocena: 6/10

Za egzemplarz dziękuję z całego serca Wydawnictwu Muza

Krew i stal to zawsze dobre połączenie.

Rodzaj: fantasy
Język: polski
Stron: 384
Wydawca: Wydawnictwo SQN

Wczorajszy dzień był jednym z najbardziej intensywnych dni ostatnimi czasy. Wiecie, ilu Jokerów można spotkać w Poznaniu? Przekonałam się, że całkiem sporo. Pyrkon w rozkwicie i aż mi smutno, że akurat musiałam być na uczelni i nie mogłam zajść zobaczyć kilku stoisk wydawniczych. Ach, chciałoby się uścisnąć rękę Ćwiekowi albo Łukawskiemu. A jeśli jesteśmy już przy fantastycznych klimatach i panu Łukawskim. Oj, nabroił pan, nabroił. Wydawnictwo SQN ma niesamowite szczęście i wyczucie do autorów. Dotychczas nie czytałam kiepskiej powieści spod tego znaku. Czy moja opinia nie zmieniła się po lekturze „Krwi i stali”? Przekonajmy się.

 

Urodził się w Kielcach, z zawodu jest grafikiem komputerowym. Gdy nie miał jeszcze obowiązków, a miał czas, machał mieczem i strzelał z dział czarnoprochowych. Hartował ciało i ducha w organizacji strzeleckiej, brał udział w zawodach sprawnościowych i ćwiczył karate. Próbował też jeździć konno. Zwiedzał Polskę autostopem i na motocyklu. Zaczytywał się w książkach historycznych i fantasy. Jest laureatem wojewódzkiego konkursu Talenty 2000. Po kilkunastu latach przerwy napisał cykl opowiadań, które pojawiły się drukiem w antologii Gawędy motocyklowe. Współtworzył kwartalnik motocyklowy „Swoimi Drogami”. Wraz z żoną mieszka w pobliżu chęcińskiego zamku.

Gdy krew bohaterów zrosi Martwą Ziemię, stal będzie musiała dosięgnąć zdrajców. Sto pięćdziesiąt lat po powstaniu Martwej Ziemi z twierdzy granicznej wyrusza oddział żołnierzy, by wąskim przesmykiem przekroczyć zapomnianą krainę. W starym klasztorze u podnóża Smoczych Gór ukryte jest coś, co musi powrócić do królestwa, zanim Zasłona Martwej Ziemi pęknie i zaniknie. Silny oddział pod dowództwem Dartora, starego, zaprawionego w bojach oficera, wkracza w suche stepy, by zmierzyć się z demonami przeszłości, teraźniejszości i przyszłości. Prawdziwy cel misji zna tylko przysłany w ostatniej chwili przewodnik. Lecz nawet on – tajemniczy Arthorn – nie przypuszcza, jaki los przygotowali dla nich bogowie i jak krucha jest równowaga znanego im świata. Krew i stal to mocny debiut Jacka Łukawskiego, w którym klimat wczesnego średniowiecza znakomicie miesza się ze słowiańskim kolorytem.

Autor już od pierwszych stron daje mocno do zrozumienia, że doskonale wie, na jakich zasadach działa fantasy i pełnymi garściami czerpie ze słowiańskiej kultury oraz historycznych nawiązań do klimatu średniowiecza. Czy może być coś piękniejszego? Połączenie tych dwóch rzeczy jest czymś, za czym tęsknię i wyczekuje na polskiej scenie książkowej. Myślę, że na jakiś czas mój apetyt został zaspokojony, ale to tylko do ukazania się kolejnego tomu, albowiem „Krew martwej ziemi” to dopiero początek. Pierwszym, co mnie ujęło, były pięknie rozbudowane opisy, które niesamowicie urealniają całą wykreowaną rzeczywistość. Za nią należą się wielkie brawa, bo stworzenie tak żywego uniwersum jest niełatwą sztuką. Z niecierpliwością będę wypatrywała nie tylko kolejnej części powieści, ale też [mam nadzieję] może jakiegoś zbioru legend i podań tej krainy? Kto wie, czym nas zaskoczy autor. Ja zgłaszam, że będę pierwsza w kolejce po taki zbiór – historia wciągnęła mnie do tego stopnia, że chciałabym poznać ten świat lepiej. Bohater powieści – Arthorn, bo to wokół niego kręci się większość wydarzeń – to chłop jak dąb i niewiele rzeczy w życiu jest w stanie go przerazić. Śmiało stawia czoło nie tylko wrogom, ale też stworzeniom nie z tego świata. Aż chciałoby się mieć takiego w swojej drużynie na wyprawę w dziki świat. Jeśli szukacie lekkiego i niewymagającego fantasy, lepiej idźcie dalej. „Krew i stal” to high fantasy pełną gębą, która wciąga na wiele godzin. Czasami czytałam po kilka razy niektóre fragmenty, chcąc z nich wycisnąć jak najwięcej. Im dalej w las, tym więcej zagadek mamy do rozwiązania i kiedy przy końcu już miałam nadzieję na wyjaśnienie kilku wątków – bum! Panie Jacku Łukawski – nie cierpię pana za zakończenie. Mam nadzieję, że szybko napisze pan kolejny tom. Dla moich nerwów, które zniszczył pan i zszargał kilkoma ostatnimi stronami. Czekam! Zapamiętajcie tego autora, bo to już dzisiaj gorące nazwisko na liście polskiego fantasy. Czytając nie mogłam się nadziwić, że to debiutant, tak lekkie ma pióro. Gdzie on się podziewał tyle czasu i dlaczego nie poznaliśmy go wcześniej?

Polecam fanom Tolkiena, Pratchetta i Sapkowskiego. U mnie „Krew i stal. Kraina martwej ziemi” wylądowała na półce z najciekawszymi powieściami, jakie czytałam.

„Cicha rozmowa wyrwała Dartora ze snu.. Ktoś starał się przekonać wartowników, aby wpuścili go do namiotu, czemu obaj coraz ostrzej się sprzeciwiali. Dowódca wstał i odchylił zasłonę. W blasku pochodni rozpoznał Arthorna, co nie było łatwe, biorąc pod uwagę, że całą twarz umazaną miał ziemią. Chrząknął, by zwrócić uwagę strażników, a gdy ci spojrzeli na niego, kiwnął głową i cofnął się w głąb namiotu.

- Wybaczcie, że was budzę o tej porze. – Arthorn ściągnął z pleców przemoczony, bury płaszcz i rzucił go obok wejścia. – Wierzę jednak, ze nie będziecie chować urazy, gdy usłyszycie, co mam wam do powiedzenia.

- Domyślam się, że to ważkie sprawy, więc siadajcie i mówcie… choć zanim zaczniecie, to proszę was, mości Arthornie, powiedzcie pierwej, czemu… wyglądacie jak kretowisko?

- Chciałem się niepostrzeżenie wydostać z obozu i potem do niego w ten sam sposób powrócić, ale…

- Hola! – Przerwał zaskoczony. – Chcecie mi powiedzieć, że wam się udała ta sztuczka?

- Nie. – Wyszczerzył zęby. – Wpierw mnie wartownicy na wyjściu przyuważyli, więc im musiałem tłumaczyć i, wybaczcie, na rozkaz wasz powołać, prosząc, aby was obudzili w celu potwierdzenia. Jak się zapewne domyślacie, nie chcieli was fatygować. Wracałem już po zmianie warty i tym razem mało brakowało, a cały obóz by poderwali, bo mimo mgły szybko mnie dostrzegli. „

Ocena: 9,5/10

Za możliwość przeczytania z całego serca dziękuję wydawnictwu SQN

Anioły kontratakują.

Rodzaj: fantastyka, dystopia
Język: polski [tłumaczenie z języka angielskiego]
Stron: 400
Wydawca: Wydawnictwo Filia

Wiosna mam nadzieję już zostanie z nami na dłużej. Moim jedynym problemem z nią jest jednak to, jakim cudem przeczytam to wszystko, kiedy serce mi się wyrywa na zewnątrz. Aż chce się spacerować i wyrwać z bloków. Zaczynam nawet się zastanawiać, czy nie zainwestować w jakieś audiobooki, żeby połączyć przyjemne z pożytecznym. W międzyczasie, idę za ciosem. Jak już zaczęłam o Penryn to będę lecę dalej. Tym razem chciałam wam opowiedzieć o „Angelfall. Penryn i Świat Po”, czyli drugiego tomu trylogii Susan Ee. Czy była lepsza od pierwszej części? A może okazała się kompletnym fiaskiem? Zapraszam na recenzję.

 

Susan Ee jest amerykańską autorką bestsellerów. Napisała trylogię Angelfall o przygodach Penryn, która szturmem zdobyła serca czytelników. Jej powieści zostały przetłumaczone na dwadzieścia języków, a krótkie filmy wyświetlane na festiwalach. Chciała zostać prawnikiem, jednak uwielbiała pisarstwo, które pozwoliło uwolnić jej wyobraźnię i tworzyć nowe rzeczywistości.

W kontynuacji bestsellerowego thrillera fantasy „Angelfall” niedobitki ocalałe z anielskiej apokalipsy zaczynają organizować się na gruzach cywilizacji. Grupa ludzi porywa Paige, siostrę Penryn, biorąc ją za jednego z potworów; kończy się to masakrą. Paige znika. Ludzie są przerażeni.  Penryn przemierza ulice San Francisco, szukając Paige. Dlaczego miasto zupełnie opustoszało? Gdzie się podziali mieszkańcy? Poszukiwania zaprowadzą Penryn w samo centrum tajnej operacji aniołów, gdzie będzie miała okazję uchylić rąbka ich tajemnicy i zrozumieć, do jak przerażających czynów są gotowe się posunąć.  Tymczasem Raffe próbuje odzyskać swoje skrzydła. Bez nich nie powróci do społeczności aniołów, ani nie zajmie należnej mu pozycji jednego z przywódców. Jakiego dokona wyboru, rozdarty między tęsknotą za skrzydłami, a pragnieniem zapewnienia Penryn ochrony?

To moje drugie spotkanie z bohaterami, więc odnajduję się już w rzeczywistości powieści. Nie polecam sięgania po tę książkę bez znajomości poprzedniej części, bo zbyt wiele tu odniesień do pierwszego tomu. Wątek romansu pogłębia się, jednak masochistyczne zapędy obojga postaci pozostaje na swoim miejscu. Troszkę zalatuje mi tutaj typową nastoletnią miłością, ale możliwe, że to tylko moje subiektywne odczucia. To, co mi się rzuciło w oczy, to przekoksowane umiejętności Penryn – dużo mocniej zaakcentowane niż w „Angelfall”, co negatywnie rzutuje na całość. Myślę, że to był celowy zabieg, jednak totalnie nietrafiony. Druga część mocniej skupia się na ewolucji postaci głównej bohaterki – lepiej ją poznajemy, dowiadujemy się, dlaczego tak a nie inaczej się zachowuje i jakie wydarzenia z przeszłości na to rzutują. Jednak nie tylko o niej dowiadujemy się nowych rzeczy – w końcu przedstawione zostały niektóre powody zachowania aniołów. Poziom okropności wzrasta, więc tym bardziej ostrzegam czytelników o słabych nerwach przed tą powieścią. Wyróżnia się tutaj humor, który pokazuje, jak ludzka psychika czasami radzi sobie w zderzeniu z apokalipsą. Nie wszyscy są sparaliżowani strachem, znajdą się osoby, które spróbują rozładować sytuację. Za to ogromny plus ode mnie. Jeśli już jesteśmy przy różnych modelach zachowania, świetnie ukazane też zostało, jak reagują ludzie na apokalipsę. Mamy tu pełny przekrój, od uległości i chęci przypodobania, przez kompletne wycofanie, aż po bunt. Zabrakło mi w tej części Raffa. Dwutorowość dobrze zrobiłaby fabule. Autorka nieco poszła po bandzie z niektórymi wątkami. Podsumowując, mam wrażenie, że pierwsza część była dużo bardziej chaotyczna, a w drugiej sporo uporządkowano i dodano coś z klimatu Walking Dead.

Polecam fanom pierwszej części i fantasy. Mimo ryzykownej fabuły, powieść jest świetna i na pewno się nie zawiedziecie.

 

„- Każdy właściciel może ją nazwać tylko raz. Jeżeli nadałaś już jej jakieś imię, to pozostanie ono przy niej, dopóki będziecie razem.

Cholera.

Raffe spogląda na mnie gniewnie, jakby już teraz nienawidził imienia.

- No, słucham.

Mogłabym skłamać, ale co by to dało ? Odchrząkuję.

- Miś Pooky.

Milczy tak długo, że zaczynam wątpić, czy mnie w ogóle usłyszał. W końcu się odzywa.

- Miś. Pooky.

- To miał być taki niewinny żarcik. Nie miałam pojęcia.

- Mówiłem ci przecież, że imiona mają moc, prawda? Zdajesz sobie sprawę, że w czasie bitwy będzie musiała obwieścić swoje imię mieczowi przeciwnika? Zostanie zmuszona do powiedzenia czegoś tak idiotycznego jak: „Jestem Miś Pooky ze starożytnego rodu mieczy archaniołów. Albo: „Ukorz się przede mną Misiem Pooky, który nie ma sobie równych na całym świecie”. – Kręci głową. – Myślisz, że ktokolwiek będzie ją teraz szanował?”

 

Ocena: 7/10

„Krew i stal” Jacka Łukawskiego już niebawem w sprzedaży!

Do księgarń już 17 lutego trafi pierwszy tom cyklu „Kraina Martwej Ziemi”, zatytułowany „Krew i stal”, debiutancka powieść Jacka Łukawskiego. Właśnie ruszyła przedsprzedaż powieści. Powieść ukaże się nakładem wydawnictwa SQN. Zamówienia można składać na empik.com.

„Krew i stal” to w zamyśle fantastyka militarno-przygodowa z elementami grozy. Opiera się luźno na historycznych czasach wczesnego średniowiecza z płynnie wplecionymi elementami inspirowanymi mitologią słowiańską, a także wątkami i istotami będącymi od początku do końca tworem wyobraźni autora.

Gdy krew bohaterów zrosi Martwą Ziemię, stal będzie musiała dosięgnąć zdrajców.

Sto pięćdziesiąt lat po powstaniu Martwej Ziemi z twierdzy granicznej wyrusza oddział żołnierzy, by wąskim przesmykiem przekroczyć zapomnianą krainę. W starym klasztorze u podnóża Smoczych Gór ukryte jest coś, co musi powrócić do królestwa, zanim Zasłona Martwej Ziemi pęknie i zaniknie.

Silny oddział pod dowództwem Dartora, starego, zaprawionego w bojach oficera, wkracza w suche stepy, by zmierzyć się z demonami przeszłości, teraźniejszości i przyszłości. Prawdziwy cel misji zna tylko przysłany w ostatniej chwili przewodnik. Lecz nawet on – tajemniczy Arthorn – nie przypuszcza, jaki los przygotowali dla nich bogowie i jak krucha jest równowaga znanego im świata.

„Krew i stal” to mocny debiut Jacka Łukawskiego, w którym klimat wczesnego średniowiecza znakomicie miesza się ze słowiańskim kolorytem.

Klasyczna fantasy – droga, misja, tajemnica, magia plus słowiańska demonologia. Myślę, że o Łukawskim jeszcze nie raz usłyszymy. – Jarosław Grzędowicz

Powieść Łukawskiego odwołuje się do szerokiej tradycji high fantasy, ale autor zgrabnie przepuścił ją przez filtry realizmu i zdrowego rozsądku. Niezła fantastyczna awantura w głównym nurcie przygodowego fantasy. – Michał Cetnarowski, „Nowa Fantastyka”

Jacek Łukawski serwuje pełną akcji wyprawę w nieznane, podczas której niebezpieczeństwo czyha na każdym kroku. Trzyma w napięciu od pierwszej strony. – Tymoteusz Wronka, Katedra.nast.pl

O autorze: Jacek Łukawski – Urodził się w Kielcach, z zawodu jest grafikiem komputerowym. Gdy nie miał jeszcze obowiązków, a miał czas, machał mieczem i strzelał z dział czarnoprochowych. Hartował ciało i ducha w organizacji strzeleckiej, brał udział w zawodach sprawnościowych i ćwiczył karate. Próbował też jeździć konno. Zwiedzał Polskę autostopem i na motocyklu. Zaczytywał się w książkach historycznych i fantasy. Jest laureatem wojewódzkiego konkursu Talenty 2000. Po kilkunastu latach przerwy napisał cykl opowiadań, które pojawiły się drukiem w antologii Gawędy motocyklowe. Współtworzył kwartalnik motocyklowy „Swoimi Drogami”. Wraz z żoną mieszka w pobliżu chęcińskiego zamku.

Źródło: informacja prasowa