Świt żywych dziennikarzy?

Rodzaj: fantasy
Język: polski [przekład z języka angielskiego- Agnieszka Brodzik]
Stron: 496
Wydawca: Wydawnictwo SQN

Witajcie! Słoneczko grzeje, sierpień powoli się rozpędza, a ja przychodzę do was z recenzją. Muszę się wam do czegoś przyznać… Ostatnio sporo czytam, jednak nie mogę zabrać się do pisania recenzji… W kolejce stoi kilkanaście [!] książek, które tupią niecierpliwie, żebym wam o nich opowiedziała, a ja albo nie mam czasu, albo siły. Dni wypełnia mi praca i próby zresetowania umysłu. Mało mnie więc w social mediach, dużo na kanapie. Nie powiem – całkiem przyjemnie, ale w wolne dni, jak dzisiaj, staram się nadrabiać zaległości i zaplanować posty na kilka dni do przodu, żeby w razie gorszego momentu mieć coś dla was w zanadrzu. A propos mojego stanu – czuję się czasami jak zombie, a to właśnie o nich dzisiaj. Czy powieść wielokrotnie nominowanej do nagród literackich Miry Grant mnie zachwyciła? Czy może zniszczyła pozytywne nastawienie do chodzących trupów? Zapraszam :) 

Seanan Lynn McGuire (ur. 5 stycznia 1978 w Martinez (Kalifornia) – amerykańska pisarka i filkerka, tworząca pod pseudonimem Mira Grant. Laureatka Nagrody Campbella dla nowego pisarza w 2010 roku, przede wszystkim za powieść z gatunku urban fantasy Rosemary and Rue. Oprócz tego nominowana do Nagrody im. Philipa K. Dicka oraz wielokrotnie do nagrody Hugo – tylko w 2013 roku była pięciokrotnie nominowana do Hugo w różnych kategoriach, zarówno pod własnym nazwiskiem jak i pod pseudonimem. Współredagowany przez nią podcast SF Squeecastotrzymał dwukrotnie nagrodę Hugo, w 2012 i 2013 roku. Jest także aktywną twórczynią ruchu filk (muzyki fanowskiej), gdzie zdobyła pięć nagród Pegasus, za wykonawstwo, kompozycję oraz za najlepsze piosenki.

„Świt żywych trupów” Romero, „Martwe zło” Raimiego czy „28 dni później” Boyle’a – to co było fikcją, stało się rzeczywistością. Czy wiedza wyniesiona z klasycznych horrorów pomoże ludzkości przetrwać apokalipsę? Rok 2014. Wynaleźliśmy lek na raka. Pokonaliśmy grypę i przeziębienie. Niestety stworzyliśmy też coś nowego, strasznego, coś, czego nikt nie mógł zatrzymać. Infekcja rozprzestrzeniła się szybko, wirus przejmował kontrolę nad ciałami i umysłami, wydając jedno tylko polecenie: jedz! Upłynęło ponad 20 lat. Georgia i Shaun Masonowie stają przed życiową szansą — są na tropie mrocznej konspiracji stojącej za wybuchem infekcji. Prawda musi wyjść na jaw, nawet jeśli jest śmiertelna. Mira Grant, pisarskie objawienie roku 2011, fantastycznie kreuje świat, w którym media tradycyjne niemal zupełnie tracą na znaczeniu, a zastępuje je… Najlepiej przekonajcie się sami! „Feed” jest thrillerem politycznym z horrorem w tle, okraszonym śmiertelną dawką humoru. Ale przede wszystkim jest to historia dwójki rodzeństwa, profesjonalnych reporterów, podążających za prawdą tropem usłanym trupami… niekoniecznie martwymi.

Już na samym wstępie muszę zaznaczyć, że książkę absolutnie powinno się przeczytać. Nie jest to pozycja jedynie dla fanów klimatów post-apo. Zombie są tutaj tłem wydarzeń, głównym tematem rozmów, a jednak nie rzucają się czytelnikowi w oczy, jak np. w „Dying light”. W tekście czekało na mnie tyle technicznych określeń, że w końcu zaczęłam się zastanawiać, czy opisane wydarzenia mogłyby się dziać w rzeczywistości. Zachęcam was do sięgnięcia właśnie z tego powodu – żebyście sami spróbowali zmierzyć się z tematem. Świat Miry Grant jest nowoczesny, pełen technologii, a jednocześnie przykurzony, przyciemniony i stłumiony. Dwie zupełnie inne strony monety. Dziennikarze są tutaj centrum wszystkiego. Ciekawie ujęto podział na trzy dziedziny, w których specjalizują się blogerzy [tak, Internet wyparł telewizje i gazety]. Czy tak mogłyby się potoczyć losy mediów? Oczywiście, że tak. Bohaterowie są cudownie różni, każde z nich ma inne cechy, które powoli odkrywamy z rozwojem fabuły. Główna bohaterka oraz jej tajemnicza choroba jest dobrze skonstruowana, szkoda, że tak mało jej poświęcono [nie mówię nic więcej, spoilery]. Linia drugo- i trzecioplanowych postaci poprowadzona w mistrzowski sposób. Jestem naprawdę pod dużym wrażeniem, że zostali tak dopracowani. Dzięki nim świat wydaje się żywszy, bardziej ruchliwy. Czytając, miałam świadomość, że to pierwsza część trylogii, więc kompletnie nie spodziewałam się takiego zakończenia. Totalnie mnie zszokowało. Swoją drogą ciekawe, co w takim razie szykuje się w kolejnych tomach. Na pochwałę zasługuje też zabieg, polegający na dodawaniu fragmentów z blogów. Dzięki temu jeszcze mocniej można odczuć, jaką rolę pełni Internet w tej dystopii. A jeśli już przy dystopii jesteśmy to klimat opowieści i ugryzienie tematu zombie od nowej strony – wow, udany koncept. Nie wiem, ile autorka pracowała nad Przeglądem Końca Świata, ale każda minuta była tego warta. Wciąga niesamowicie – ja osobiście w ciągu jednego dnia łyknęłam ponad 400 stron. Zarezerwujcie sobie więcej czasu, bo na pewno się nie oderwiecie.

Dla fanów The Walking Dead i innych zombie klimatów. To nie jest książka dla młodzieży – próżno tu szukać eksplodujących mózgów, ale napięcie nie spada nawet przy mistrzowsko wprowadzonym wątku politycznym.

 

„Jeśli dobrze ci idzie, nie rezygnujesz z tego, póki nie musisz”

 

Ocena: 8,5/10

 

Za egzemplarz dziękuję z całego serca Wydawnictwu SQN :)

 

 

 

 

 

…nikt nie daje, nie biorąc dwa razy tyle w zamian.

Rodzaj: fantasy
Język: polski [przekład z języka norweskiego - Robert Kędzierski, Anna Krochmal]
Stron: 648
Wydawca: Wydawnictwo Rebis

Witajcie! Niedziela przyszła za wolno i ucieka zbyt szybko. Miałam ambitny plan nadrobić chociaż połowę recenzji książek, które przeczytałam [od początku roku uzbierało się już 14 [!]]. No cóż, przychodzę do was z jedyną nadającą się do publikacji ;) A dzisiaj opowiem o powieści wyjątkowej. Literaturę skandynawską znam nie od dziś, szczególnie kryminały. Jednak kiedy dzięki Portalowi Księgarskiemu miałam okazję zagłębić się w norweskie fantasy, nie mogłam sobie odmówić. Siri Pettersen zadebiutowała „Dzieckiem Odyna” i szturmem weszła na listy must have wielu czytelników. Czy rzeczywiście jej historia jest tak oszałamiająca? Zapraszam na recenzję, a  tymczasem ja biegnę łapać Pokemony ;)

 

Siri Pettersen (ur. 1971), norweska pisarka, projektantka stron internetowych i ilustratorka.  W 2002 roku jej komiks Anti-klimaks wygrał konkurs organizowany przez wydawnictwo Bladkompaniet. W 2013 roku opublikowała powieść Dziecko Odyna – pierwszy tom z cyklu „Krucze pierścienie” – która została uhonorowana norweskimi nagrodami  Fabelprisen i SPROING dla debiutujących autorów.

Pierwszy tom cyklu „Krucze pierścienie”. Oryginalnej sagi fantasy osadzonej na staronordyckim gruncie. Cykl ten ma szansę stać się dla literatury fantasy tym, czym dla kryminału stały się książki Larssona, Nesbo i Läckberg. Wyobraź sobie, że brakuje ci czegoś, co mają wszyscy inni. Czegoś, co stanowi dowód na to, że należysz do tego świata. Czegoś tak ważnego, że bez tego jesteś nikim. Jesteś zarazą. Mitem. Człekiem. Dzikus z Północy kaleczy nożem niemowlę, by ukryć, że dziewczynka urodziła się bez ogona. Gnijący członek Rady desperacko walczy o to, by wywołać wojnę. Ubóstwiany syn z arystokratycznego rodu wyrzeka się własnego dziedzictwa i godzi mieczem w swoich. Mieszkańcy opuszczają swoje domy i gospodarstwa ze strachu przed istotami, których nikt nie widział od tysiąca lat. A rudowłosa, bezogoniasta dziewczyna ucieka, by ratować życie, i nie wie, że to wszystko dzieje się z jej powodu.

Zacznę od tego, że „Dziecko Odyna” to nie jest absolutnie lektura na jedno posiedzenie. I nie chodzi tu tylko o objętość [648 stron robi wrażenie tak czy inaczej], ale głównie o emocje oraz wydarzenia, które trzeba poukładać sobie w głowie. Genialnie wykreowany świat z niespotykaną mi dotąd religią i kulturą. Jestem mocno zaskoczona, jak wysoki poziom trzyma powieść, ponieważ to debiutantka. Jeśli nadal będzie się rozwijać i nie osiądzie na laurach, możemy mieć do czynienia z Georgem R. R. Martinem w spódnicy [absolutnie nie boję się tego przyznać, co więcej mam na to ogromną nadzieję]. A dlaczego tak sądzę? Bo miałam przyjemność czytać autentyczne, mięsiste fantasy. Zdarzały się emocjonalne rozterki, ale jest tego dużo, dużo [DUŻO!] mniej niż u innych autorek tego gatunku, jak chociażby u Ann Bishop, w twórczości której erotyzm i romantyzm leje się strumieniami [uwielbiam ją całym sercem, ale taka jest prawda]. Kurczę, nie jestem w stanie wymienić teraz kobiety, która pisze w surowym stylu. Zawsze wciskają się romantyczne rozkminy [ostatnio czytałam Jadowską i na tym opiera się większa część konceptu powieści]. Także kończąc tę przydługą dygresję – miejcie Siri Petersen na radarze. Główna bohaterka „Dziecka Odyna” jest tajemnicza i bardzo dobrze prowadzona. Z kolejnymi stronami odkrywamy coraz więcej jej sekretów i wiele zachowań zyskuje uzasadnienie. Fabuła porusza niesamowicie ważną kwestię tożsamości, wyobcowania i konfliktów rodzinnych, a to wszystko na tle wielkiej polityki i kultury. Właśnie to, jak krzywdzone są osoby, które nie „wpasowują się w klucz” jest tutaj dobitnie ukazane. Ciekawy wątek polityczny to niewątpliwy plus całości – manipulacja na najwyższym poziomie :) Na kartach poznajemy nie tylko teraźniejsze wydarzenia, ale również historię, zwyczaje i zabobony krainy Ym. Dzięki temu mam wrażenie, że cały świat rusza się, żyje zupełnie niezależnie od wszystkich wydarzeń związanych z Hirką. Autorka czerpie pełnymi garściami z mitologii skandynawskiej, zupełnie nieznanej reszcie świata. Przyzwyczajeni do wersji fantasy tolkienowskiego, tego bardziej słowiańskiego od Sapkowskiego czy brutalnego Martina, Siri Petersen przyzywa swoją innością i nieprzewidywalnością. Ja przepadłam w nim bez reszty.

Dla fanów fantasy jest to pozycja obowiązkowa – swoją złożonością i jakością nie odbiega od innych naprawdę genialnych książek tego gatunku. Już nie mogę się doczekać kolejnych części.

 

„Chciała mu powiedzieć, że dla niej to było jak wyzwolenie, gdy dowiedziała się, że ostateczna odpowiedź nie istnieje. To oznaczało, że nie ma kogoś takiego, kto miałby zawsze rację. Że nikt nie decyduje o jej losie. Los dziecka Odyna nie był ustalony z góry. Sama była własnym losem. Bez rodziców, bez domu i bez boga. Była wolna.”

 

Ocena: 9,5/10

 

Za egzemplarz dziękuję z całego serca Portalowi Księgarskiemu oraz Domowi Wydawniczemu Rebis :)

 

 

 

Miasto moje, a w nim…

Rodzaj: literatura młodzieżowa, fantasy
Język: polski [tłumaczenie z języka niemieckiego]
Stron: 336
Wydawca: Wydawnictwo Muza

Witajcie w to wtorkowe popołudnie! Moje nastoletnie lata mam za sobą, ale nadal pamiętam wiele pasjonujących lektur z tego okresu. Nadal wzdycham do Harrego Pottera, Rudolfa z powieści Fabickiej czy przygód Percego Jacksona. Literatura młodzieżowa ma w sobie lekkość i beztroskę, której często ze świecą szukać w tej bardziej dorosłej. Nie mówię, że zawsze, ale z reguły porusza bardziej skomplikowane tematy. Dzisiaj mam dla was coś specjalnego. „Heaven. Miasto elfów” zaskoczyło mnie nie tylko klimatem Londynu, ale też niebanalną historią. Chcecie wiedzieć więcej? Zapraszam :)

 

Czy można się zakochać bez serca bijącego w piersi? „Heaven. Miasto elfów” Christophera Marzi to porywająca powieść z gatunku urban fantasy, osadzona w twardym, mrocznym świecie wielkiej metropolii. Na dachach brytyjskiej stolicy osiemnastoletni David znalazł swój drugi dom. Londyn stał się jego miastem. Tylko tutaj czuje się wolny i może zapomnieć o swojej niechlubnej przeszłości. Pewnej nocy na jednym z dachów spotyka dziwną i piękną dziewczynę. Ma na imię Heaven i błaga o pomoc. Twierdzi, że właśnie wycięto jej serce. Zaskoczony David nie dowierza słowom Heaven, ale postanawia jej pomóc. W ten sposób rozpoczyna się ich wspólna niebezpieczna przygoda. Przeżyją tylko wtedy, gdy uda im się poznać tajemnicę dziewczyny.

Christoph Marzi (1970), pisarz niemiecki, studiował ekonomię na Uniwersytecie w Mainz. Zaczął pisać jako nastolatek. Debiutował w 2004 roku wspaniałą trylogią „Lycidias”, która odniosła duży sukces i od razu zapewniła mu pewne miejsce w gronie autorów fantasy. W roku 2005 został laureatem Deutsche Phantastik-Preis. Mieszka z żoną Tamarą i trzema córkami w Saarbrücken.

Powieść Christopha Marzi to definicyjna lektura dla młodzieży – jest wątek miłosny, intryga i fantasy. Moja nastoletnia część duszy kwiczy z zachwytu. Dorosła ja już trochę mniej, ale nie sposób zaprzeczyć, że się wciągnęłam i czerpałam dużą przyjemność z czytania. Świetna koncepcja fabuły i niesamowity pomysł – coś z pogranicza obyczajówki i fantasy, a to wszystko zgrabnie wplecione w tematy bliskie każdemu nastolatkowi. Strasznie denerwowała mnie jedna rzecz – miłość między Davidem i Heaven. Akcja dzieje się przez około trzy-cztery dni, a bohaterowie zachowują się, jakby znali się co najmniej od kilku lat. Gdyby romans zmienić na przyjaźń to „Heaven” byłaby o wiele wyżej w moim prywatnym rankingu. Śmiało mogłabym zaryzykować stwierdzenie, że jest idealna. Dobry, prosty język książki bez zbędnych udziwnień czytał się niezwykle szybko i przyjemnie. Na pewno jest to piękna opowieść o szukaniu swojej tożsamości i prawdy o rodzinie. Wiele tu zagadek, zakrętów i zwrotów akcji. Dzięki niej inaczej spojrzałam na elfy i musiałam przedefiniować moje pojmowanie tych istot. W życiu nie postawiłabym na tego człowieka w roli protagonisty, który się nim okazał. Tak nawiasem mówiąc nie zdziwcie się na koniec, bo coś ewidentnie poszło nie tak z zakończeniem. Ogromne brawa za postać panny Trodmood. Szkoda, że nie zgłębiono jej historii i nie poświęcono jej więcej miejsca. Ogólnie – chciałabym więcej się dowiedzieć o postaciach drugoplanowych, bo są genialne.

Polecam przede wszystkim młodzieży. To świetna powieść na lato oraz wieczory pod kocem.

 

 

„–  Ktoś mnie ściga – odparła. – Tu, na dachu.

– Ktoś?

– Dwaj mężczyźni.

– Czego od ciebie chcieli?

– Wyjęli mi serce. Tak mi się przynajmniej zdaje. – Jej oczy wydawały się tak ciemne, że nagle nie widział ich wyraźnie.

– Jak to?

– Normalnie. – Położyła sobie rękę na piersi. – Nie czuję bicia serca. – Starała się nie płakać, nerwowo bawiła się suwakiem kurtki. – Wyciął je. – Przełknęła ślinę.

– Tylko że nie ma żadnych ran. Już… Już sprawdziłam.

David przyglądał się jej w milczeniu.

– Zobacz! – Nagle chwyciła go za rękę, rozpięła kurtkę i położyła jego dłoń na swojej piersi.

David pokręcił głową. Jezu, w życiu nie przeżył czegoś równie niesamowitego!

– Nie można żyć bez serca – stwierdził i starał się nie myśleć, że przecież nie czuł tętna. Trzymał dłoń na jej piersi; przez cienki materiał bluzki musiałby coś wyczuć. Ale jednak… nie, to niemożliwe.

– Nie można żyć bez serca – powtórzył.

– A co dopiero biegać i uciekać.

– Wiem – odparła załamana”

 

Ocena: 7/10

 

Za egzemplarz recenzyjny dziękuję wydawnictwu Muza

Mag bez oczu i serca.

Rodzaj: fantasy
Język: polski [tłumaczenie z języka angielskiego]
Stron: 416
Wydawca: Wydawnictwo Insignis

Witajcie! Wiecie, ile książek czeka u mnie w kolejce na przeczytanie? Mase. A wiecie, ile kupiłam na wyprzedaży w Znaku? Dwa razy tyle. I jestem z siebie cholernie dumna, bo biografii Miłosza szukałam już bardzo długo w okazyjnej cenie. Kiedy zobaczyłam ją za dwie dyszki stwierdziłam, że taniej już nie będzie i pięknie się prezentuje w swojej grubaśności na półce. Co chwilę ją dotykam, bo jakość wydania powala. Ale oprócz tego upolowałam też inne ciekawe powieści, jak „Lost and found” czy „W krainie czarów”. Oj, zaczytane to będzie lato. U was zagościło coś nowego w biblioteczkach? :) Tymczasem o czymś innym chciałam wam opowiedzieć, a jak zwykle rozgadałam się o książkowych wyprzedażach. Dzisiaj druga część podróży po Azeroth, czyli recenzja „World of Warcraft. Illidan”. Czy mnie zachwycił? Czy był lepszy od „Warcraft. Durotan”? Zapraszam :)

 

William John King znany także jako Bill King (ur. 7 grudnia 1959 w Stranraer, Szkocja) – brytyjski pisarz fantasy i science fiction, znany z cyklów książek osadzonych w światach Warhammer i Warhammer 40000. Wieloletni współpracownik Games Workshop przy tworzeniu gier fantasy. Przez kilka lat mieszkał w Pradze, gdzie poznał swoją przyszłą żonę, Radkę, z którą wziął ślub 24 września 2005. W lipcu 2006 King wraz z rodziną przeniósł się z powrotem do Szkocji, obecnie mieszka w Glasgow.

Illidan Stormrage jest jedną z najpotężniejszych istot, jakie kiedykolwiek przemierzały ziemie Azeroth. Pozostaje też z pewnością najmniej rozumianym z wielkich tego świata. Za jego legendą i tajemniczymi poczynaniami kryje się bowiem błyskotliwy umysł, którego plany i machinacje niewielu potrafi pojąć, a jeszcze mniej – im zaufać. Rozpoczyna się panowanie Illidana, dawno przezeń zasłużone, rozpoczyna się walka o sprawiedliwość. Jego rządy przeniosą na zupełnie nowy poziom intrygującą fabułę, oszałamiającą przygodę i heroizm bohaterów World of Warcraft, najlepiej sprzedającej się gry wideo wszech czasów. Dawno temu Illidan, nocny elf i czarownik, przeniknął w szeregi Płonącego Legionu, by powstrzymać inwazję demonów na Azeroth. Ale pobratymcy zamiast wychwalać go jako bohatera, nazwali Illidana Zdrajcą, kwestionując jego intencje po tym, jak nabrali podejrzeń, że pomaga władcom demonów. Przez dziesięć tysięcy lat gnił w więzieniu, oczerniony i osamotniony, ale nawet na chwilę nie zapomniał o swoim celu. A teraz Legion powrócił i tak naprawdę tylko jeden czempion może stawić czoła demonom. Uwolniony z pęt Illidan szykuje się do ostatecznej konfrontacji w obcym świecie Rubieży, zbierając armię spaczonych orków, wężowych nag, przebiegłych krwawych elfów i przemienionych łowców demonów. Nikt nie zna motywów kierujących jego krokami i tylko on rozumie, jaką cenę przyjdzie mu zapłacić za pokonanie wrogów wszelkiego stworzenia. Jak przed wiekami zostaje zaatakowany przez tych, którzy w jego planach widzą jedynie cyniczną pogoń za potęgą – w tym przez Maiev Shadowsong, która pilnowała go, gdy tkwił w więzieniu. Strażniczka Shadowsong i jej oddział nocnych elfów wyruszyli za Zdrajcą aż na Rubież, chcąc go ukarać, i nie zatrzymają się, póki Illidan nie trafi do więzienia… albo nie spocznie w grobie.

Po tym długaśnym wstępie, czas przejść do rzeczy. Do Illidana podchodziłam bardzo ostrożnie. Po skończeniu średnio wybitnego Durotana, spodziewałam się wszystkiego. I tutaj spotkało mnie zarówno pozytywne, jak i mało przyjemne rozczarowanie. Przede wszystkim zachwyciły mnie rozbudowane opisy i retrospekcje. Genialnie przebija się przez to klimat rzeczywistości Warcrafta i wielokrotnie łapałam się na tym, że miałam wrażenie, iż czytam jakieś zapiski znalezione w ruinach gdzieś w Outlandzie. Za to wielkie brawa. Jednak mimo że postać Illidana jest dobrze nakreślona, to cała reszta bohaterów leży i kwiczy. Zdumiewa niewykorzystany potencjał. Poczytałam sobie w wolnym czasie o Tyrande i Malfurionie. Kurde, to tak świetne postacie, że to skandal, iż autor nie pociągnął ich wątku. Albo chociaż pogłębił Maiev, a nie ograniczył ją do żądnej zemsty elfki. Największym minusem książki jest jednak zakończenie. Akcja rozwija się powoli, przyspiesza niesamowicie, a potem nagle jest koniec. Żadnej epickiej potyczki na miarę Blizzarda, żadnego bum na koniec. Fabuła kończy się z cichym pierdnięciem. To ubodło mnie najbardziej. Ale cóż, nie można Illidanowi odmówić rozmachu i przyjemności, płynącej z czytania. Stąd moja konsternacja przy wystawieniu oceny. Rozsądek mówi mi 3 na 10, a dzieciak we mnie 6 na 10. Tak więc pojednawczo stanę na piątce. Na pewno historia was wciągnie, ale czy jest idealna? Myślę, że można by było ją jeszcze podrasować.

Polecam fanom fantasy i Blizzarda – będziecie się bawić przednie. Ja nie mogłam się oderwać przez dwa wieczory.

 

„Spowijała go licząca wieki ciemność, ale to nie przeszkadzało mu widzieć wszystkiego dokoła, tak jak nie przeszkadzał mu brak oczu. Był kiedyś czarownikiem, i to potężnym. Jego spektralny wzrok pozwolił mu dostrzec każdy fragment celi wyraźniej nawet, niż byłoby to możliwe, gdyby korzystał z pary oczu.

Nie potrzebował widzieć, by poruszać się po celi. Znał każdy kamień posadzki, każde zaklęcie, które go tu więziło. Poznał je zarówno spektralnym wzrokiem, jak i dotykiem. Wiedział, jakim echem odbije się dźwięk każdego z dziewięciu kroków, jakich trzeba mu było, by pokonać odległość od jednej ściany do drugiej. Czuł przepływ magii – zaklęcie za zaklęciem, czar za czarem. Ich miażdżącą potęgę, która miała jeden tylko cel – utrzymać go pogrzebanego tutaj, zapomnianego, pozbawionego szansy na wybaczenie.”

 

Ocena: 5/10

 

Kraina śniegiem i szamańską magią płynąca.

Rodzaj: fantasy
Język: polski [tłumaczenie z języka angielskiego]
Stron: 320
Wydawca: Wydawnictwo Insignis

Witajcie! Kilku rzeczy o mnie jeszcze nie wiecie. O pewnych lepiej nie mówić, o niektórych wam opowiem i właśnie dzisiaj nastał jeden z takowych wieczorów. Jestem ogromną fanką Warcrafta. Przez długi czas zagrywałam się w WoWa, do samej strategii jeszcze się przekonuję. Jednak świat w nim zawarty, jego legendy i mechanizmy fascynują mnie do dzisiaj. Stąd ogromna radość, kiedy P. przytargał mi do domu dwie książki: „Warcraft. Durotan” i „World of Warcraft. Illidan”. Oczywiście rzuciłam wszystko, co czytałam, i zabrałam się do lektury tychże pozycji. Na pierwszy ogień poszedł wódz orków. A jakie są moje wrażenia po lekturze? Zapraszam :)

 

Christie Golden urodzona 21 listopada 1963 roku to amerykańska autorka prawie pięćdziesięciu powieści i wielu opowiadań w klimatach fantasy, horror i science fiction. Wśród jej wielu projektów znajduje się kilkanaście poświęconych Star Trek, kilkanaście do gier giganta Blizzard: World of Warcraft oraz StarCraft  i trzech książek opisujących los Jedi [Gwiezdne Wojny].

Oficjalny prequel filmu „Warcraft: Początek”. W świecie Draenoru silny i niezależny Klan Mroźnego Wilka musi mierzyć się z coraz surowszymi zimami i malejącą populacją raciczników. Kiedy na Grani Mroźnego Ognia pojawia się tajemniczy Gul’dan i roztacza przed Wilkami wizję nowych, wspaniałych terenów łowieckich, wódz klanu, Durotan, staje przed niezwykle trudną decyzją – porzucić terytorium, dumę i tradycje klanu czy poprowadzić swój lud w nieznane?  Oryginalna opowieść o przetrwaniu, konflikcie i magii, poprzedzająca wydarzenia przedstawione w filmie „Warcraft: Początek”.

Zacznę od tego, że czuję, iż pisze kobieta. Nie umiem tego zdefiniować, ale mam wrażenie, że mężczyzna inaczej podszedłby do tematu głównie dlatego, że mocniej poczułby klimat Warcrafta. Nie jestem szowinistką, ale jednak coś mi zgrzyta. O tyle to dziwne, że przecież Christie Golden doskonale zna świat gier Blizzarda. No cóż, widocznie taki styl. Historia jest niesamowicie wciągająca i dobrze napisana, chociaż zrobiona prostym i przejrzystym językiem. Trochę zabrakło mi gęstszego tła, ale nie przeszkadza mi to na tyle, żebym zaliczała to jako rażący problem. Osobom, które nie grały w WoWa lub strategię trochę trudno będzie wyobrazić sobie krajobrazy krain zamieszkanych przez bohaterów oraz ogarnięcie mapy tej rzeczywistości. Głównie jest to spowodowane opisami, które są krótkie i rzeczowe. Przy tak bogatej faunie i florze – oczekiwałabym czegoś więcej. Czy ta powieść została wydana tylko i wyłącznie dla pasjonatów? Nie.  Jeśli nie jest się fanem to jest to dobry początek, żeby wgryźć się w temat. Nie przytłacza, zgrabnie opisuje wydarzenia i pozostawia ciekawość na dalsze czytanie o przygodach Durotana. Mnie osobiście pozostawiła niedosyt, ale zwalam to na karb dużych oczekiwań. Kolejnym mocnym punktem jest fabuła. Oczywiście, że Blizzard musiał ją przyklepać, ale świetnie uzupełnia braki obyczajowe i pokazuje nam codzienność klanu Lodowego Wilka. W końcu Golden przedstawia fascynujący świat, do którego mam ogromną słabość. Sądzę, że jeszcze nie raz i nie dwa sięgnę po książki lub gry z tego uniwersum. Marzy mi się komiks, który opisywałby historię tej pasjonującej krainy. Podsumowując, nie jest to lektura pozbawiona wad, ale na pewno warto po nią sięgnąć.

Polecam przede wszystkim zapaleńcom. Innych odsyłam najpierw do zobaczenia filmików z gry albo pogrania – na pewno dużo łatwiej będzie wam wchłonąć świat „Warcraft. Durotan”.

 

„Rozczarowanie i wstyd oblały gorącem twarz młodego orka.

- Ja… żałuję, że cię zawiodłem, ojcze = oświadczył, prostując się, jak mógł najbardziej na grzbiecie swego wilka, Kła.

Z pomocą kolan i dłoni zanurzonych w gęstej kryzie swego wierzchowca Garad pokierował bestię tak, by stanęła u boku Kła.

- Zawiodłeś, bowiem nie zabiłeś go jednym ciosem, Durotanie – zwrócił się do syna. – Nie znaczy to, że mnie zawiodłeś.

Durotan spojrzał na ojca z niepewnością.

- Moim zadaniem jest cię uczyć, synu – mówił dalej Garad. – Jeśli Duchy tak orzekną, kiedyś zostaniesz wodzem, i nie mogę dopuścić, byś niepotrzebnie je obrażał.”

 

Ocena: 6/10