„To nie tego wroga, który najwięcej stracił, powinieneś się obawiać. Bój się lepiej tego, który wciąż ma coś do stracenia.”

Rodzaj: fantasy
Język: polski [tłumaczenie z języka norweskiego -Anna Krochmal, Robert Kędzierski ]
Stron: 528
Wydawca: Wydawnictwo Rebis

Witajcie! Ostatnio zalewa nas fala nowych autorów i tytułów fantasy. Jednak ja chciałam się dzisiaj przenieść nieco w czasie, kiedy to rok temu, mniej więcej na początku lipca, zaczytywałam się w gorącej nowości, jaką było „Dziecko Odyna” Siri Pettersen. Sporo czasu musieliście czekać na recenzję kolejnej części, ale w końcu jest. Czy „Zgnilizna” powtórzy sukces pierwszego tomu i wyląduje w moim zestawieniu 2017 roku na pudle? Zapraszam :)

Siri Pettersen (ur. 1971), norweska pisarka, projektantka stron internetowych i ilustratorka. W 2002 roku jej komiks Anti-klimaks wygrał konkurs organizowany przez wydawnictwo Bladkompaniet. W 2013 roku opublikowała powieść Dziecko Odyna – pierwszy tom z cyklu „Krucze pierścienie” – która została uhonorowana norweskimi nagrodami Fabelprisen i SPROING dla debiutujących autorów.

Drugi tom cyklu „Krucze pierścienie” – oryginalnej sagi fantasy osadzonej na staronordyckim gruncie. Wyobraź sobie, że zostałeś wygnany do nieznanego świata. Bez tożsamości. Bez rodziny. Bez pieniędzy. I powoli zaczynasz sobie uświadamiać, kim tak naprawdę jesteś. Hirka utknęła w umierającym świecie, rozdarta pomiędzy łowcami ludzi, martwo urodzonymi oraz tęsknotą za swoim przyjacielem Rimem. W wielkomiejskiej rzeczywistości jest łatwym łupem, ale walka o przetrwanie blednie w obliczu tego, co ma nastąpić, gdy Hirka zdaje sobie sprawę, kim jest. Zgnilizna to kontynuacja wychwalanego przez krytyków i czytelników Dziecka Odyna, powieść, której stronice zapełniają zachłanność, lęk przed śmiercią i zemsta.

Nadal pozostając pod wrażeniem „Dziecka Odyna”, sięgnęłam po „Zgniliznę” i co? Wciągnęłam się bez reszty i nie mogłam oderwać do ostatniej strony. A co zrobiłam zaraz po skończeniu? Chwyciłam czym prędzej ostatni tom, bo koniecznie musiałam wiedzieć, co będzie dalej. Ale powoli, po kolei. Pettersen zabiera nam wszystko, czego dotychczas się dowiedzieliśmy i bum – trafiamy do współczesnej Wielkiej Brytanii. Ciekawie zostały przedstawione próby przystosowania się Hirki do nowej rzeczywistości, albowiem miejsce, gdzie żyła przez całe życie, bardziej przypominało średniowiecze niż to, co widzimy za oknem. No i kurcze, nikt tutaj nie ma ogonów. Ruszamy więc z bohaterką odkrywać ten świat. Wyczuwam, że autorka z jednej strony chciała nam pokazać ciemną stronę współczesności, a z drugiej strony docenić zdobycze technologiczne, jakie posiadamy. Ale czy to lepsze niż świat bohaterki? Tą refleksję pozostawiam wam. Siri Pettersen mówi wprost, że nasz świat jest skazany na zagładę i nie pochwala odejścia od natury. Zwroty akcji i trudne decyzje, jakie znamy z pierwszej części, dalej nam towarzyszą mimo zmiany scenerii. Jednak najważniejszą rzeczą pozostaje to, czego dowiadujemy się o Ślepych. Ja miałam szczękę na ziemi i nie mogłam przez chwilę tego ogarnąć. Jedyne, co mogę zdradzić, to że ci, którzy wydawali się źli, wcale tacy nie są, a przynajmniej nie całkowicie. Rąbek tajemnicy został uchylony. Ten staronordycki klimat, za który pokochałam „Dziecko Odyna”, jest i w „Zgniliźnie”. Niezwykle podoba mi się ewolucja Hirki, która z zagubionej, potrzebującej ratunku dziewczyny, stała się twardą i, może nie tyle bezwzględną, co stanowczą, kobietą. Wątki rozbudowują się i powoli zbliżamy się do finału. A jeśli koniec będzie równie dobry, co poprzednicy, czekają nas wybuchy, krew i flaki :)

Pozycja obowiązkowa dla fanów fantasy. Pozostaję pod nieznaną magią zauroczenia i polecam każdemu – popłyniecie na fali, której nikt z nas nie zna :)

„Ale czas nigdy nie płynął szybciej niż tu u ludzi. Dzień był podzielony na godziny. Godzina na minuty. I nawet minutę podzielono na krótkie chwile, jak ziarnka piasku w klepsydrze. I teraz przesypywały jej się między palcami.”

Ocena: 9/10

Gdzie diabeł nie może tam grom pośle.

Rodzaj: fantasy
Język: polski
Stron: 400
Wydawca: Wydawnictwo SQN

Witajcie! Wiosna wychyliła się zza zakrętu, a wraz z nią moja uśmiechnięta mordka. Nie ma nic lepszego niż pierwszy raz w roku zrzucić z siebie zimowy płaszcz i w końcu przywdziać coś lżejszego. A skoro czas na wiosenne porządki i na blogu przyda się trochę ogarnąć. Na pierwszy ogień pójdzie wygląd, więc bądźcie czujni ;) Ale nie mogę was przecież zostawić tak bez recenzji! A okazja jest nie byle jaka, albowiem doczekałam się wydania kontynuacji „Krwi i stali” Jacka Łukawskiego. Zapraszam! :)

Jacek Łukawski urodził się w Kielcach, z zawodu jest grafikiem komputerowym. Gdy nie miał jeszcze obowiązków, a miał czas, machał mieczem i strzelał z dział czarnoprochowych. Hartował ciało i ducha w organizacji strzeleckiej, brał udział w zawodach sprawnościowych i ćwiczył karate. Próbował też jeździć konno. Zwiedzał Polskę autostopem i na motocyklu. Zaczytywał się w książkach historycznych i fantasy. Jest laureatem wojewódzkiego konkursu Talenty 2000. Po kilkunastu latach przerwy napisał cykl opowiadań, które pojawiły się drukiem w antologii Gawędy motocyklowe. Współtworzył kwartalnik motocyklowy „Swoimi Drogami”. Wraz z żoną mieszka w pobliżu chęcińskiego zamku.

W huku gromów i przy wtórze szkwału ważą się losy królestw po obu stronach Martwej Ziemi. Arthornowi udaje się uciec z zamku opanowanego przez zdrajców, lecz najgorsze dopiero przed nim. Wkrótce znów wyruszy ku Martwicy, tym razem bez przygotowania, drużyny i wbrew własnej woli. Jednocześnie stary Garhard stara się opanować sytuację w Wondettel. To zadanie tym trudniejsze, że lord Auriss nie powiedział jeszcze ostatniego słowa – podobnie jak wysłannicy sił potężniejszych, niż przeczuwają najwięksi mędrcy. Impas, jak się wydaje, może przełamać tylko obecność księżniczki Azure, która jednak przepadła bez wieści. Co zrobi Arthorn, gdy ją odnajdzie? Czy zdoła nakłonić ją do powrotu? Ile zdecyduje się poświęcić dla królestwa? Mroczny cień Nife pochłania bezkresne stepy, czyha na sielskie Asnal Talath, sięga podziemnych Serc Dwargów i snuje się po pokładzie latającego okrętu. Wolno podąża ku granicy, za którą śpi niespokojne Wondettel.

 

Miesiące wyczekiwania i sprawdzania profili autora i wydawnictwa… W końcu jest! Pachnąca drukiem i piękna. Wiele obiecywałam sobie po „Gromie i szkwale”. Czy jednak oczekiwania nie okazały się za duże? Nie rozczarowałam się ani trochę. Dostajemy mięsiste, porywające fantasy z najlepszym stylu. Warto było tyle czekać. Postacie trzymają poziom, pozostają niezależna i oryginalne. W całej powieści widać inspirację klasykami gatunku, jednak są one na tyle zręczne, że Łukawski niewątpliwie dołożył swoją cegiełkę do mojego osobistego kanonu. Czy zrobił to również do kanonu gatunku – to pokaże czas. Warto też zwrócić uwagę na dobry balans między epickością świata i rozładowywaniem atmosfery m.in. humorem w dialogach – brawo! Epicki jest „Władca pierścieni” i fajnie, tylko czy ktoś jest w stanie tak dźwignąć temat jak Tolkien, idąc tylko w to? Lepiej nie ryzykować ;) Akcja od razu rusza z kopyta, więc warto przeczytać pierwszą część, by nie zgubić ani okruszka fabuły i spójności. Kontynuacja jest jak najbardziej godna mocnego debiutu. Teraz mogę to powiedzieć z pełną odpowiedzialnością – drodzy państwo, mamy nowego bardzo mocnego zawodnika na polskiej  scenie fantasy! Już nie mogę się doczekać kolejnej części zamykającej trylogię. Chciałabym ją przeczytać już teraz, zaraz, jednak jeśli przyjdzie mi czekać kolejny rok na taką dobrą rzez, jaką jest „Grom i szkwał” – poczekam.

 

Słowiański folklor, klasyka i akcja ledwo wyrabiająca na zakrętach – czego chcieć więcej od dobrego fantasy. Polecam z całego serca!

 

Ocena: 9,5/10

Za egzemplarz dziękuję z całego serca Wydawnictwu SQN :)

Pamiętajmy o jasnej stronie mocy.

Rodzaj: fantasy
Język: polski [przekład z języka angielskiego - Joanna Szczepańska, Jan Karłowski]
Stron: 1181
Wydawca: Wydawnictwo Zysk i S-ka

Witajcie! Dzisiaj chciałabym wam przedstawić recenzję, do której przygotowywałam się długo. Z czytaniem zajęło mi to mniej więcej dwa miesiące. Dlaczego? Powód jest prosty – to ostatni tom serii. Przekopałam się więc przez streszczenia i recenzję poprzednich [trzynastu!] części, gdzie każdy liczył ok. 1000 stron. Pewnie zastanawiacie się „po co tyle zachodu?” Ano dlatego, że autorem tego zamieszania jest Robert Jordan – legenda literatury fantasy, jeden z kontynuatorów przygód Conana, którego twórczość obiecywałam sobie nadrobić już dawno temu, a teraz nadarzyła się okazja. I jak tu przejść obojętnie obok takiej premiery? Uff, mam nadzieję, że nieco wyjaśniłam i zapraszam do recenzji :)

Robert Jordan, właśc. James Oliver Rigney, Jr., to amerykański pisarz znany głównie jako autor cyklu fantasy Koło Czasu (The Wheel of Time). Ukończył fizykę w Military College of South Carolina, która to uczelnia zobowiązywała swoich absolwentów do odbycia służby wojskowej. Przypadła ona na czas wojny wietnamskiej, w której przyszły pisarz brał czynny udział (był w Wietnamie przez dwie tury). W jej trakcie otrzymał trzy odznaczenia wojenne. Po powrocie do domu zajmował się dziennikarstwem i krytyką teatralną. Dorabiał pisaniem kolejnych książek o przygodach Conana, postaci stworzonej przez Roberta E. Howarda. Aż do śmierci mieszkał ze swoją żoną Harriet w domu zbudowanym w 1797.

Zwieńczenie cyklu fantasy, który na całym świecie pokochało ponad 40 milionów czytelników! Na Polu Merrilora gromadzą się władcy narodów, aby zdecydować o swoim poparciu dla planów Smoka Odrodzonego. Smok zdecydował się zerwać pieczęcie strzegące więzienie Czarnego – w oczach jednych jest to oznaka obłędu, drudzy widzą w tym ostatnią nadzieję dla świata. Egwene, Zasiadająca na Tronie Amyrlin, staje na czele opozycji. Tymczasem… Cień uderza na stolicę Andoru, trolloki zdobywają Caemlyn, miasto płonie. W wilczym śnie Perrin Aybara toczy pojedynek z Zabójcą. W Ebou Dar Mat Cauthon szuka kontaktu ze swą żoną Tuon, która pod imieniem Fortuony panuje nad imperium Seanchan. Ważą się losy całej ludzkości i rozstrzygną wreszcie na jałowych kamieniach Shayol Ghul. Koło Czasu obraca się, nieuchronnie nadciąga koniec Wieku. Ostatnia Bitwa, Tarmon Gai’don, przechyli szalę na jedną lub drugą stronę.

 

Po przeczytaniu historii z poprzednich tomów, miałam niezły mętlik w głowie. Tyle wątków, tyle postaci – jak autor chce to zamknąć w jednym tomie? Ewentualne nieudane zakończenie byłoby katastrofą dla całego dorobku poprzednich części. Wszak po przedwczesnej śmierci Jordana kolosalnym zadaniem dokończenia cyklu zajął się Brandon Sanderson – dzisiaj doskonale znany wszystkim sympatykom fantasy pisarz. Usiadłam więc i zaczęłam chłonąć. Czy było to kiepskie zwieńczenie serii? Nie, Sanderson oddał hołd swemu mistrzowi. To widać i czuć.  Akcja była tak bardzo wartka, że momentami miałam uczucie przytłoczenia – wszystkiego było dużo. Jednak epickie powieści mają to do siebie, że wiele się im wybacza. Ciekawie ewoluowały postaci. Jedne bardziej, drugie mnie zaskakująco.Tym, co mnie zauroczyło, to nafaszerowanie fabuły zagadkami, tajemnicami i niejasnymi proroctwami oraz że świat „Kół czasu” posiada swą własną mitologię, historię, geografię, etnografię, a to wszystko w wersji maxi. Nie ukrywam, że pojawiło się kilka zgrzytów, jak np to, że Ostatnia Bitwa skończyła się zaledwie kilka stron przed końcem powieści i w zakończeniu brakowało otwartości. Sanderson nie przedstawił żadnych wizji, co będzie później i jak potoczyły się losy bohaterów. Z tym wiąże się również kolejna kwestia, która mi się nie do końca podobała. A mianowicie, że wielu pobocznych bohaterów zginęło i autor nie poświęcił ich śmierci zbyt wiele czasu, chociaż towarzyszyli nam przez wiele tomów. Nawet po wielkiej bitwie nie dowiedzieliśmy się, czy zostali pochowani, jak reszta bohaterów na to reagowała. Nic. Kompletnie. Co nie zmienia faktu, że każdemu fanowi fantasy polecam cykl „Koła czasu”, a tym, którzy już go znają – ostatni tom. Na pewno się nie zawiedziecie.

Nie można przejść obojętnie obok zakończenia tego monumentalnego cyklu – epickiego fantasy opowiadającym o odwiecznej walce dobra ze złem

Ocena: 9/10

Za egzemplarz dziękuję z całego serca Wydawnictwu Zysk i S-kaPortalowi Księgarskiemu :)

Życie jest łatwiejsze, kiedy jest się martwym.

Rodzaj: fantasy
Język: polski [przekład z języka angielskiego - Agnieszka Brodzik]
Stron: 512
Wydawca: Wydawnictwo SQN

Witajcie! Wciągnęłam się niesamowicie w post-apo od przeczytania pierwszej części „Przeglądu Końca Świata”, a dzisiaj [wreszcie!] chciałabym wam opowiedzieć o ostatnim jego tomie. Strasznie szybko to minęło, aż dziwnie przyznać, że to ponad 1500 stron historii. Mnie wydawało się ledwie mgnieniem. Mam nadzieję, że rodzeństwo Masonów jeszcze kiedyś się pojawi w powieściach Miry Grant. W międzyczasie pozostaje mi czekanie na nowy sezon The Walking Dead oraz szukanie innych ciekawych książek o zombie. Ale wracając do naszych dziennikarzy – w trzecim tomie dużo się działo, więc nie przedłużając zapraszam.

Seanan Lynn McGuire (ur. 5 stycznia 1978 w Martinez (Kalifornia) – amerykańska pisarka i filkerka, tworząca pod pseudonimem Mira Grant. Laureatka Nagrody Campbella dla nowego pisarza w 2010 roku, przede wszystkim za powieść z gatunku urban fantasy Rosemary and Rue. Oprócz tego nominowana do Nagrody im. Philipa K. Dicka oraz wielokrotnie do nagrody Hugo – tylko w 2013 roku była pięciokrotnie nominowana do Hugo w różnych kategoriach, zarówno pod własnym nazwiskiem jak i pod pseudonimem. Współredagowany przez nią podcast SF Squeecastotrzymał dwukrotnie nagrodę Hugo, w 2012 i 2013 roku. Jest także aktywną twórczynią ruchu filk (muzyki fanowskiej), gdzie zdobyła pięć nagród Pegasus, za wykonawstwo, kompozycję oraz za najlepsze piosenki.

Tylko jedna rzecz jest pewna: zawsze może być jeszcze gorzej. Kiedy w 2014 roku opracowywano lek na raka i skuteczną szczepionkę przeciwko grypie, nikt się nie spodziewał, że świat stanie na skraju zagłady. Po ćwierćwieczu walki o dawny świat, bez strachu o jutro, ludzkość wyszła na prostą. Wtedy też okazało się, że to nie zombie, a sam człowiek jest największym zagrożeniem. Niespodziewany wybuch epidemii na Florydzie staje się kolejnym kamieniem milowym w spisku stulecia, a ekipa Przeglądu Końca Świata zostaje oskarżona o bioterroryzm. Sytuacja wymaga podziału grupy. Shaun wyrusza zbadać źródło zarazy, natomiast reszta udaje się do legendarnego hakera Małpy po nowe tożsamości. A do tego wszystkiego dochodzi tajemnica Obiektu 7c przetrzymywanego w tajnych laboratoriach CZKC… Pozostało jeszcze tak wiele do zrobienia, a zegary nieubłaganie odmierzają czas do wielkiego finału. Czy młodym dziennikarzom wystarczy odwagi, żeby stawić czoła szalonym naukowcom, wytworom ich eksperymentów oraz pozbawionym sumienia agencjom rządowym? BLACKOUT to wstrząsający finał epickiej trylogii o dziennikarzach przyszłości, poszukujących prawdy w warunkach wybitnie niesprzyjających… podczas zombie-apokalipsy.

Już w drugim tomie podejrzewałam, że w finale spadnie bomba fabularna, ale czegoś takiego się nie spodziewałam kompletnie. Jeśli ktoś z was nie czytał poprzednich części to odsyłam na recenzji „PKŚ: Feed” oraz „PKŚ: Deadline”. A skoro mogę już trochę zaspoilerować, to mimo moich obaw o ten zabieg, wróci pewna postać. W tak niesamowity sposób, że jest on chyba jedynym możliwym wyjściem, żeby ją z powrotem wrzucić do fabuły. Strasznie podoba mi się konsekwentnie podejmowanie tematu problemów psychicznych i radzenia sobie ze stratą, chociaż w nieco innym wymiarze. Wypływa również kolejny kontrowersyjny wątek – klonowanie. Warto sobie przy okazji lektury zadać pytania takie, jak zadają bohaterowie. Czy klon jest idealnym odwzorowaniem osoby – fizycznym i psychicznym? Jeśli nie, to co z tą resztą, która może być sprzeczna z osobowością klonowaną. Po prostu mózg wybucha na milion kawałków przy tego typu dyskusjach. Ja przez dłuższą chwilę kłóciłam się z P. na ten temat i wcale nie został on zamknięty. Akcja rwie do przodu i nie zatrzymuję się nawet na chwilę. Rozwiązanie wielkiej intrygi, która zagęszcza się z każdym tomem mnie w pełni usatysfakcjonowało. Jednak zakończenie cyklu jako takiego, już nie bardzo. Moim zdaniem, autorka mogła inaczej to rozstrzygnąć, a wyszło przewidywanie.  Trochę mi przykro, że prawdopodobnie już nie usłyszę o Masonach, a polubiłam ich tak, że nie obraziłabym się o jeszcze kilka powieści. Podsumowując, polecam nie tylko „Blackout”, ale całą historię o tych genialnych dziennikarzach. Znajdziecie w niej wszystko – intrygę, akcje, horror, komedię i dramat. Ponadto warto poczytać dla decyzji moralnych i wielu trudnych wątków jak strata czy eksperymenty mogące zdmuchnąć kilka milionów ludzi z powierzchni ot tak.

 

Polecam fanom poprzednich przygód Georga i Shauna oraz wszystkim zakochanym w powieściach o zombie. Naprawdę bardzo dobra trylogia nie tylko dla młodzieży.

 

„(…) Jeśli otrzymacie kiedyś wysokie stanowisko, a wasze decyzje mogą zaważyć na całym społeczeństwie, konsultujcie się z sześciolatkami. Jeśli patrzą na was z przerażeniem w oczach i mówią, że do końca życia dostawać będziecie rózgi zamiast prezentów, zapewne czas na zmiany.”

 

Ocena: 8/10

Za egzemplarz dziękuję z całego serca Wydawnictwu SQN :)

Jeśli już masz umrzeć, upewnij się, że to nagrywasz.

Rodzaj: fantasy
Język: polski [przekład z języka angielskiego - Agnieszka Brodzik]
Stron: 504
Wydawca: Wydawnictwo SQN

Witajcie! Sierpień zleciał tak szybko, że nawet tego nie zdążyłam zauważyć. Już niedługo pożegnamy się z bluzkami bez rękawów, długimi spódnicami i słomkowymi kapeluszami. Będę za nimi trochę tęsknić, bo stylizacja na lekko zawianą hipiskę jest moją ulubioną, ale każde pożegnanie jest powitaniem czegoś innego. Ach, botki, skórzane kurtki i opadające z drzew liście! I przede wszystkim długie wieczory pod kocem na balkonie z owocową [najlepiej jabłkową!] herbatką i książką. Już nie mogę się doczekać. Ale wieczory nie wszędzie są takie przyjemne i kuszące puszystością. Weźmy taki Przegląd Końca Świata. Wszystko dookoła może chcieć cię podgryźć, skubnąć albo chapnąć. Do wyboru do koloru. Chcecie wiedzieć, co ja wybieram? Zapraszam :)

Seanan Lynn McGuire (ur. 5 stycznia 1978 w Martinez (Kalifornia) – amerykańska pisarka i filkerka, tworząca pod pseudonimem Mira Grant. Laureatka Nagrody Campbella dla nowego pisarza w 2010 roku, przede wszystkim za powieść z gatunku urban fantasy Rosemary and Rue. Oprócz tego nominowana do Nagrody im. Philipa K. Dicka oraz wielokrotnie do nagrody Hugo – tylko w 2013 roku była pięciokrotnie nominowana do Hugo w różnych kategoriach, zarówno pod własnym nazwiskiem jak i pod pseudonimem. Współredagowany przez nią podcast SF Squeecastotrzymał dwukrotnie nagrodę Hugo, w 2012 i 2013 roku. Jest także aktywną twórczynią ruchu filk (muzyki fanowskiej), gdzie zdobyła pięć nagród Pegasus, za wykonawstwo, kompozycję oraz za najlepsze piosenki.

Żywa czy martwa, prawda nie odpoczywa. Powstańcie, póki możecie. Po dramatycznych wydarzeniach ostatnich miesięcy Shaun Mason stał się wrakiem, zaledwie cieniem człowieka, jakim był kiedyś. Igranie ze śmiercią przestało być już tak zabawne, a życie straciło swój słodki, lekko zgniły smak. Kiedy w drzwiach mieszkania Shauna pojawia się pewien naukowiec, który według ostatnich doniesień powinien być martwy, wszystko staje na głowie. Zwłaszcza że chwilę później wybucha kolejna epidemia. Przypadek? Wiedza nieoczekiwanego gościa jest ekstremalnie niebezpieczna. Co więcej, to jedyna nadzieja na pokonanie potworności, która zagraża całemu życiu na Ziemi. Tym razem nie będzie to jednak powłóczący nogami umarlak, ale wciąż żywy spisek. Shaun musi wyruszyć w drogę, by sprawdzić, jaka prawda objawi mu się na końcu jego shotguna. DEADLINE to znakomita kontynuacja hitowego FEED, gdzie horror miesza się z humorem, a wszystko to opakowane jest w zgrabny thriller polityczny. 

Uwaga! Jeśli nie czytaliście jeszcze pierwszej części, odsyłam was do recenzji. Kiedy wam się spodoba, przeczytajcie, a później bierzcie się za tą, bo na pewno pojawią się spoilery, których chciałabym oszczędzić niezaznajomionym z serią :)

Także tego – skoro zostali już ze mną tylko Ci, którzy wiedzą, co się stało w jedynce, powiedzcie mi pewną rzecz. JAK AUTORKA MOGŁA TO ZROBIĆ GEORGE!? Ja się pytam, bo to przekracza moje granice pojmowania… Przeczytałam gdzieś, że Mira Grant to taki George R.R. Martin w spódnicy. Z początku nie rozumiałam, o co chodzi, ale później przyznałam rację. Nie oszczędza bohaterów, oj nie. Po skończeniu „Feeda” byłam totalnie rozbita i bardzo martwiłam się, jak zostanie poprowadzona fabuła w kolejnych częściach. Mój strach okazał się nieuzasadniony – z czystym sumieniem uznaję „Deadline” za jeden z najlepszych sequeli, jakie przyszło mi do tej pory czytać. Wciągający, pełen akcji  i jej zwrotów. Dodatkowo w punkt opisuje przeżycia i stan wewnętrzny człowieka, który stracił kogoś bliskiego. Lepszej analizy dotąd nie czytałam w literaturze tej kategorii. Intryga nakreślona i zakręcona ge-nial-nie! To już nie jest tylko powieść post-apo. To dramat, sci-fi, kryminał i komedia w jednym. W dwójce bardzo mocnym punktem są postacie drugoplanowe, które zostały wyciągnięte na środek sceny. Nie jest to już trójka dzieciaków kontra reszta świata. Przegląd Końca Świata zmienił się w światową firmę, bardzo dobrze prosperującą w krwiożerczym biznesie, jakim jest dziennikarstwo i show-biznes ogólnie pojęty. Myślę, że autorka popełniła tutaj bardzo udaną metaforę do naszego dzisiejszego świata. Powoli zaczynamy zapominać, że to, co pokazują na szklanym ekranie, ma być tylko rozrywką. Granice przesuwają się niebezpiecznie szybko w stronę skrajności. Wracając do historii – myślicie, że spisek zakończył się tylko na polityce? Oj, w takim razie mocno zaskoczy was kontynuacja. Skoro bohaterowie powiedzieli „a”, oni nie pozwolą im się już wycofać i będą zmuszeni wyśpiewać cały alfabet. Żywi albo martwi. Kim są oni? Na trop naprowadzi was „Deadline”, ale czuję, że rozwiązanie poznamy dopiero w „Blackoutcie”. Już nie mogę się doczekać!

 

Polecam fanom post-apokalips, thrillerów oraz opowieści o zombie. Na pewno dla czytelników o mocnych nerwach i kilku wolnych godzinach – połknięcie ją na raz!

 

„Każdy kolejny wtajemniczony w tę sprawę to kolejna szansa, że wszystko się wyda, zanim będziemy na to gotowi, a wtedy mamy przesrane.”

 

Ocena: 9/10

Za egzemplarz dziękuję z całego serca Wydawnictwu SQN :)