Pod rękę z Majami zmierzajmy ku ruinom.

Rodzaj: thriller, sensacja
Język: polski [tłumaczenie z języka angielskiego]
Stron: 400
Wydawca: Wydawnictwo Albatros

Książka, o której dzisiaj chcę opowiedzieć, na początku bardzo opornie „wchodziła” do mojego krwiobiegu. Wypożyczona z biblioteki na szybko, bo biegłam po pracy oddać zaległe książki, a i do czytania coś by się przydało. Potem prędko coś do zjedzenia, bo inne obowiązki już waliły w drzwi, okna i ściany, próbując się przebić. I tak oto książkę rzuciłam na biurko i zapomniałam. Przypomniałam sobie o niej, kiedy chwyciłam ją w biegu [tak, to był ciężki, biegany miesiąc] w drodze na dworzec. Przeczytałam kilkadziesiąt stron i rzuciłam do torebki, bo nie wypada w odwiedzinach czytać po kątach. Ale o jaką książkę chodzi? O „Ruiny” Scotta Smitha.

Autor to pisarz amerykański, absolwent Uniwersytetu Columbia. Twórca dwóch książek, obie stały się bestsellerami: wspomniane „Ruin”, którymi zachwycony był sam Stephen King, oraz „Prosty plan”. Jego scenariusz do „Prostego planu” otrzymał nominację do Oscara. Informacji o autorze jest niewiele zarówno w książce, jak i w poszukiwaniach internetowych. Zadziwiający jest fenomen jego powieści – obie odniosły sukces. Od 2006 roku czekamy na nowy twór tego autora.  Dreamworks stworzyło na podstawie książki film z 2008 roku, jednak po obejrzeniu trailera jest to raczej luźny związek niż wierne odwzorowanie.

Opowieść rozgrywa się w nadmorskich i upalnych krajobrazach Meksyku. Dwie zaprzyjaźnione pary Amerykanów: Jeff i Amy oraz Eric i Stacy spędzają razem wakacje. Poznają nowych ludzi, cieszą się beztroską przez kolejnym etapem życia pod znakiem dorosłości. Kiedy poznają Mathiasa, zamkniętego w sobie Niemca, którego brat zaginął w trakcie jego wyprawy na wykopaliska archeologiczne, postanawiają mu pomóc. Ruszają jego tropem, odczytując notatkę, którą zostawił przed wyjazdem. Docierają do wioski Majów, a następnie brną dalej w dżunglę. Trafiają na wzgórze, które zostało porośnięte piękną winoroślą. Ekspedycja ratunkowa zamienia się w walkę o własne przetrwanie. Jaką tajemnicę kryje wzgórze? Kim są tajemniczy Majowie? I gdzie jest zaginiony mężczyzna? Wszystkie pytania mają swoje odpowiedzi, ale niektórych z nich nie chcielibyście poznawać.

Jak na wstępie wspominałam, początki były ciężkie. W wirze obowiązków miałam niewiele czasu, żeby się wciągnąć w akcję. Pierwsze kilkadziesiąt stron było ciężkie do przełknięcia, ale gdzieś w okolicach połowy objętości trudno było mi się oderwać i wprost ją łykałam. Groza również narastała wprost proporcjonalnie do zbliżania się do końca. Długa zastanawiałam się, czy ta książka jest aż tak dobra, czy aż tak kiepska. Po kilku dniach od zakończenia, skłaniam się ku pierwszej opcji. Wiele scen jest wprost makabrycznych, a moja wyobraźnia kaleczyła się o litery wciąż pędząc do przodu w wizualizacji. Jedną z rzeczy, która mnie rozczarowała jest zakończenie. Rozwiązanie historii przyjaciół trochę pisane na odczepnego. Wszystko wyjaśnia się na kilku ostatnich stronach. Bohaterowie są dosyć dobrze skonstruowani, jednak trudno jest się z nimi identyfikować. Są bardzo specyficzni i mam wrażenie, że autor chciał zrobić przekrój zachowań – od tchórzliwych do odważnych i pełnych życia. Mimo wszystko czytało się przyjemnie i ogóle odczucia są jak najbardziej na plus. Z ciekawości sięgnę po film na dokładkę.

Polecam fanom dreszczyku emocji, podsycanego dodatkowo elementami sztuki przetrwania. Na pewno nie przed pójściem spać – ryzyko koszmarów związanych z treścią jest zbyt duże.

 

- Nie przejmuj się, skarbie – powiedziałam. – Okay? Zobaczysz. Wszystko się ułoży.

Więła ją pod rękę, pociągnęła za sobą. Amy nie stawiała oporu; weszły na ścieżkę razem, ramię w ramię. Jeff i Mathias znikali już w cieniu, ptaki nad głowami krzykiem oznajmiały ich przemarsz przez dżunglę.”

 

Ocena: 8/10

Była to jedna z tych nocy, w których nie ma nadziei na świt.

Rodzaj: thriller, kryminał, sensacja
Język: polski [tłumaczenie z języka angielskiego]
Stron: 448
Wydawca: Wydawnictwo Albatros

Lubię wyprzedaże. Szczególnie takie w ogromnych supermarketach, gdzie przejście z jednego końca sklepu na drugi powoduje ból stóp. Tam łatwiej się znaleźć drugą osobę dzwoniąc, gdzie się aktualnie znajduje i żeby tam stała i nie ruszała się o krok, niż poszukać chodząc od regału do regału. Co jakiś czas zdarzają się tam duże obniżki cen książek. Wtedy też pojawiają się ogromne stoliki lub kosze. A ja tylko na to czekam. Owszem, kopanie w stosach zajmuje dużo czasu, ale wyobraźcie sobie, jaką satysfakcję przynosi znalezienie tej jednej, jedynej książki w tak śmiesznie niskiej cenie. No ewentualnie siedmiu książek. Na jednej z takich akcji znalazłam „Co wie noc” Deana Koontza. Jakie było moje zdziwienie, kiedy normalne wydanie, nie kieszonkowe, zapłaciłam dziewięć złotych.

 

Deana Koontza nie trzeba przedstawiać fanom horrorów. Razem z Grahamem Mastertonem i Stephenem Kingiem są wielką trójką światowych powieści grozy. Przynajmniej dla mnie. Zaczął pisać pod koniec lat 60., skupiając się początkowo na powieściach science fiction. Później porzucił ten gatunek i częściowo pod prawdziwym nazwiskiem, częściowo pod pseudonimami zajął się pisaniem thrillerów i horrorów. Przełomowym okazał się rok 1980, kiedy ukazała się powieść „Szepty”. Do tej pory, na podstawie jego utworów powstało czternaście ekranizacji. Jego dorobek to kilkadziesiąt powieści oraz liczne opowiadania sprzedane w łącznej ilości 450 milionów egzemplarzy.

John Calvino jest policjantem z wydziału zabójstw. Przed dwudziestu laty psychopatyczny zabójca Alton Blackwood bestialsko zamordował jego rodziców i siostry, a wcześniej zabił trzy inne rodziny. Teraz w jego mieście popełniono identyczną zbrodnię: młody chłopiec zabił wszystkich członków swojej rodziny w ten sam sposób i w tej samej kolejności, stosując takie same rytuały, jak przedtem Blackwood. Zaniepokojony tym podobieństwem, John próbuje ustalić związek pomiędzy przeszłością a teraźniejszością i dokonuje przerażającego odkrycia: Blackwood, pochowany przed dwudziestu laty, jakimś cudem powrócił do świata żywych i zamierza powtórzyć całą serię morderstw. Złowrogi upiór zaczyna prześladować rodzinę Johna, którą wybrał sobie na ostatni cel. John rozpaczliwie szuka sposobu, żeby ocalić swoich bliskich przed niewidzialną, niematerialną siłą, zdolną przybierać niemal dowolną postać. Tymczasem wokół niego zaczynają ginąć ludzie, morderca z zaświatów konsekwentnie realizuje swój obłąkany plan, a termin ostatecznej rozgrywki zbliża się nieubłaganie. Jak można pokonać przeciwnika, który posiadł moc zmartwychwstania i nie całkiem bezpodstawnie uważa się za wcielenie samej Śmierci?

Jeden dzień. Tyle zajęło mi przeczytanie tej książki. Byłam tak wciągnięta w fabułę, że nie zasnęłabym, gdybym nie skończyła. Tak więc czytałam w samochodzie, w oczekiwaniu na brata na ławce, w tranwaju, kiedy jechałam na uczelnie. Wszędzie. Historia została przedstawiona w mistrzowski sposób. Autor odkrywał powoli poszczególne karty, które prowadziły do nieubłaganego końca. Szkoda, że tak szybko. Jednak gdyby książka była dłuższa, zniszczyłaby efekt. Dean Koontz jest dla mnie jednym z nielicznych autorów, którzy potrafią mnie autentycznie przerazić. O tyle, o ile filmowe horrory przyprawiają mnie o dwojakie reakcje: niepowstrzymany śmiech [właśnie dlatego rzadko oglądam je z moim chłopakiem, którego to zachowanie doprowadza do białej gorączki] lub panikę. O tyle książki o tej samej tematyce z reguły mnie nudzą. Tutaj się nie zawiodłam. Poza tym całość naszpikowana jest obrazami różnych artystów. Z całego serce zachęcam do obejrzenia podczas czytania. Bohaterowie są bardzo ludzcy, przez co bardzo łatwo się do nich przywiązać. Jeśli ktoś z was nie lubi wątków fantasy, mimo wszystko polecam sięgnąć po tę pozycję. Koontz tak umiejętnie łączy wątki nierealne i obyczajowe, że czyta się niezwykle płynnie i przyjemnie.

Polecam fanom horrorów i thrillerów psychologicznych. Ostrzegam, żebyście zarezerwowali sobie cały dzień – nie oderwiecie się szybciej.

 

„Nie chciał jej niepokoić. Jeszcze nie. Chciał najpierw logicznie wyjaśnić powody swojego zaniepokojenia.

- W pracy wpadłem na kogoś, kto wspomniał o króliczych uszach Minnie na jej urodzinach. Ktoś mu przysłał e-mailem jej zdjęcie. Nie pamiętam, kto to był.

- No, ona wygląda przeuroczo w tych uszach, a wiesz, że ludzie wymieniają się rzeczami, które im się spodobały. Pewnie umieścili tę fotkę na niejednej witrynie. Słodkiebuzie-kropka-com, Króliczeuszy-kropka-com…

- Drapieżnipedofile-kropka-com.

Nicky wstała.

- Czasami odgrywasz supergliniarza, kiedy zwykły gliniarz całkiem by wystarczył.”

Ocena: 9/10

Myśliwy stał się zwierzyną.

Rodzaj: thriller/sensacja/kryminał
Język: polski [przekład z języka angielskiego]
Stron: 416
Wydawca: Wydawnictwo Albatros

Nawet nie wyobrażacie sobie mojej radości, kiedy usłyszałam, a raczej wyniosłam tą wieść z empikowej gazetki, że wychodzi nowa powieść Tess Gerritsen spod znaku Rizzoli/Isles. Mam już za sobą kilka jej powieści i każda z nich jest bardzo dobra, trzymają wysoki poziom. Pamiętam moje pierwsze spotkanie z jej twórczością, mianowicie „Infekcję”, która wywróciła mój ranking topowych twórców thrillerów. Ta niepozorna z wyglądu kobieta potrafi opisywać zbrodnie z najmniejszymi, najbardziej bestialskimi szczegółami. Czy to odpowiedni gatunek dla płci żeńskiej? Oczywiście. Wszak nie tylko mężczyźni muszą mieć skłonności do makabry, a kiedy ktoś ma dobry warsztat i pomysł – nic, tylko pozostaje nam czytać z fascynacją. Dla osób, które jeszcze [nieładnie, oj nieładnie...] nie znają tej autorki, krótka biografia.

Współczesna pisarka amerykańska, z zawodu lekarz internista. Po studiach praktykowała w Honolulu na Hawajach, wraz z mężem, także lekarzem. W 1987 roku opublikowała pierwszą powieść, romans z wątkiem kryminalnym, a potem kolejno osiem książek o podobnej tematyce. Jej kariera pisarska nabrała rozpędu w 1996 roku, kiedy ukazał się jej pierwszy thriller medyczny „Dawca”. Dzięki odniesionemu sukcesowi mogła zrezygnować z praktyki lekarskiej. Stephen King uznał ją za najciekawszą autorkę w swoim gatunku – „lepszą od Cooka, Palmera, a nawet Michaela Crichtona.” Książki Gerritsen ukazały się w przekładzie na 20 języków i regularnie pojawiają się na listach bestsellerów w USA i Europie.

Gdy detektyw bostońskiego wydziału zabójstw Jane Rizzoli i Maura Isles, lekarz sądowa, zostają wezwane na miejsce zbrodni, odkrywają morderstwo godne okrutnej bestii, o czym świadczą nie tylko ślady pazurów na ciele ofiary. Tylko najbardziej wyrafinowany zbrodniarz mógłby pozostawić ciało doświadczonego myśliwego i wykwalifikowanego preparatora zwierzęcych zwłok, oprawione tak, jak trofea zdobiące ściany jego domu. Czyżby Gott nieświadomie obudził drapieżnika bardziej niebezpiecznego niż te, na które kiedykolwiek polował? Maura obawia się, że nie jest to pierwsza zbrodnia tego sprawcy, i na pewno nie ostatnia. Ostatnie zabójstwo wydaje się łączyć z serią niewyjaśnionych śmierci na obszarach dzikiej przyrody w całym kraju, a trop prowadzi poszukiwania do odległego zakątka Afryki. Sześć lat temu, grupa turystów na safari padła ofiarą zabójcy, który okazał się być jednym z nich. Uwięzieni w buszu rozpaczliwie liczyli na nadejście pomocy, zanim rozszarpią ich dzikie zwierzęta bądź zwyciężą ukryte w nich zwierzęce instynkty. Teraz morderca wybrał Boston na miejsce swoich łowów. Rizzoli i Maura muszą wywabić go z cienia i schwytać.

Nawet najwięksi autorzy mają gorszy czas i tworzą powieści, które nie do końca przypadają do gustu czytelnikom. Nie jest tak w przypadku Tess Gerritsen. Przynajmniej ja jeszcze się z tym nie spotkałam. Nie przeczytałam jeszcze jej wszystkich książek, nawet tych z serii Rizzoli/Isles [tu biję się w pierś]. Jednak to nie przeszkadzało w odbiorze najnowszej jej odsłony. Oczywiście byłam zaskoczona tym, że SPOILER. Oraz SPOILER. Jednak mimo wszystko nawet dla nieznających wcześniejszych dokonań autorki czytelników, lektura będzie przyjemnością. Wracamy do dobrze znanych bohaterów – tutaj więc nie ma zaskoczenia. Atmosfera jest ciężka i mroczna, mimo słonecznych krajobrazów safari. Rozwiązanie zagadki było zaskakujące. Sama autorka stwierdziła, że bardzo często ma problem z tym, by zdziwić czytelników rozwiązaniem fabuły, ponieważ są oni coraz bardziej sprytni. Mam wrażenie, że większość z nich będzie nielicho zdumionymi tym, w jakim kierunku powędrowała akcja. A pędziła na łeb na szyję. Warto tutaj też zaznaczyć, że to nie tylko główny wątek. Książka porusza także wiele pobocznych tematów. Prym tutaj wiedzie kłusownictwo oraz myśliwi. O tyle o ile kłusownictwo jest nielegalne i surowo karane [o ile się kogoś złapie], o tyle myśliwi mogą spokojnie polować, zazwyczaj w okresach łowieckich. Sama nie jestem zwolenniczką zabijania zwierząt po to, by powiesić je sobie na ścianie i podbudować ego. Ani robić futra. Rozumiem osoby, które mieszkają na obszarach, gdzie dostęp do żywności jest znikomy, a zwierzęta są jednymi z nielicznych źródeł pożywienia i ubrań. Tu nie mam wątpliwości, chociaż coraz mniej takowych miejsc. Kolejną kwestią jest samotność. Ta, którą sami wybraliśmy i ta, do której doprowadziliśmy. Dochodzę do jednego wniosku – jest niewiele osób, które potrafią wytrwać samotnie przez dłuższy czas. Jednak człowiek jest istotą stadną i potrzebuje towarzystwa, czy to częstszego, czy też rzadszego. Naprawdę warto sięgnąć po tę pozycję, bo jedynymi słabszymi momentami były te, które jak się później okazało, miały niewielki wkład w rozwiązanie zagadki kryminalnej.

Polecam każdemu, kto chce poczuć dreszczyk emocji i pogłowić się nad sprawami kryminalnymi. Jeśli chcesz czasami pobawić się w detektywa albo podobają ci się klimaty sawanny – sięgnij po „Umrzeć po raz drugi”.

 .

„- Detektyw Rizzoli, tak? Interesuje się pani bronią?

- Kiedy jest mi potrzebna.

- Poluje pani?

- Nie, proszę pana.

- A polowała pani kiedykolwiek?

- Tylko na ludzi. To bardziej ekscytujące, bo strzelają w odpowiedzi.”

.

Ocena: 8/10