Umierasz i cię nie ma.

Rodzaj: kryminał, sensacja
Język: polski
Stron: 496
Wydawca: Wydawnictwo Muza

Witajcie! Kiedy otrzymałam propozycję recenzji dwóch tomów Mariusza Ziomeckiego, od razu się zgodziłam. Wszak kryminały to moja broszka, więc nie mogłam odmówić. Autora nie znałam, ale cóż mi mówiło, że będzie dobrze. Zgrabne okładki i intrygujące opisy przeważyły szalę. Zawsze jestem łasa na dobrą powieść policyjną. Hit czy kit? Zapraszam na recenzję :)

 

Mariusz Ziomecki (ur. 1952) – polski pisarz, dziennikarz i publicysta. Do 1981 był dziennikarzem warszawskiej Kultury. W 1982 wyjechał do Stanów Zjednoczonych, gdzie pracował jako jeden z głównych komentatorów dziennika The Detroit Free Press. W latach 1998–2000 dzielił funkcję redaktora naczelnego dwutygodnika Komputer Świat z Wiesławem Małeckim. Następnie w 2003 roku objął funkcję redaktora naczelnego dziennika Super Express. Redaktor naczelny tygodnika Przekrój od 2006 roku do lipca 2007. W latach 2007–2008 był redaktorem naczelnym Superstacji i prowadził program Rezonans. Od września 2008 roku wydawca programu Konfrontacje w Polsacie, a od maja 2009 do końca lutego 2010 redaktor naczelny serwisu publicystycznego redakcja.pl.Od listopada 2009 do maja 2010 był redaktorem sponsorowanego przez Narodowy Bank Polski serwisu internetowego ObserwatorFinansowy.pl i jednocześnie doradcą Prezesa NBP. Następnie pracował dla firmy kosmetycznej Inglot. Od 2014 na antenie Polsat News 2 prowadzi program publicystyczny Prawy do lewego, lewy do prawego.

Para wypalonych gliniarzy – ona policyjny psycholog, on najskuteczniejszy śledczy w wydziale zabójstw Komendy Stołecznej Policji – przechodzi w stan spoczynku gdy przydarza im się spóźnione, niespodziewane rodzicielstwo. Decyzję mężczyzny o odejściu przyspiesza konflikt z przełożonymi; podinspektor Roman Medyna nie potrafi zostawić gorącego tropu gdy szefowie tego oczekują. Kiedy czyjaś niewidzialna ręka z policyjnej wierchuszki blokuje jego czynności w sprawie pedofilii, Medyna rewanżuje się przeciekiem do mediów. Oboje inkasują odprawy, sprzedają mieszkanie i już jako cywile zaczynają stawiać niewielki pensjonat na malowniczej skarpie nad samym Zalewem Zegrzyńskim. Po latach niszczącej psychicznie pracy, która regularnie stawia policjantów w obliczu aktów ludzkiego bestialstwa, mają nadzieję zbudować prywatny raj: zacząć cichą egzystencję hotelarzy, skoncentrować się na wychowaniu potomka i na życiu rodzinnym. Jednak ich pieniądze się kończą szybciej niż budowa, na dodatek w okolicy zaczyna się koszmar…  Trzy osoby, burmistrz miasteczka i dwie młode kobiety z organizacji ekologicznej, padają ofiarą tajemniczego zabójcy – lub prawdopodobniej zabójców – na pokładzie starego statku wycieczkowego, który ktoś uprowadził z portu i zacumował na widoku naszych bohaterów. Ci początkowo nie widzą powodu, by bliżej zajmować się tą sprawą; to już nie jest ich problem, mają dość własnych. Jednak od sensacji trudno jest uciec: gdy gazeta publikuje szokujące zdjęcia z miejsca zbrodni, policyjni emeryci analizują je inaczej niż ich sąsiedzi. Spekulują, któremu z kolegów przypadnie śledztwo i daje się wyczuć, że obojgu trochę jednak zaczyna brakować adrenaliny, którą wyzwala policyjna robota…

 

Fabuła nie ogranicza do jednego wątku. Dominuje sprawa bestialskiego morderstwa nad Zalewem Zegrzyńskim, ale przeplata się ona z wątkiem pedofilskim, służbami specjalnymi oraz koneksjami policji, polityki i mediów. Ciekawie przedstawiono również korupcję i wielowarstwową strukturę moralności we współczesnej rzeczywistości. Autor starał się zachować pewien balans między warstwą sensacyjną i obyczajową. Odbiło się to na dynamice, która zwalniała i przyspieszała. Ta książka jest jak dobry film sensacyjny o policjantach, zawodowych zabójcach i ludziach władzy. To dobra podstawa pod scenariusz. Kwestią, która przeszkadzała mi najbardziej jest ryzykowna narracja pierwszoosobowa. Kolejną kwestia to kwadratowy język – nie przeszkadzał w odbiorze, ale pod koniec zaczynał już irytować. Momentami leżała i kwiczała.  Inspektor Medyna nie zafascynował mnie aż tak bardzo, jakbym się spodziewała. Bohaterowie są ciekawie skonstruowani. Z każdą stroną poznajemy ich lepiej przez niechronologiczne retrospekcje i wspomnienia. Postacie drugoplanowe są bardzo intrygujące, jednak poświęcono im niewiele czasu. Mam nadzieję, że to się zmieni w następnych tomach przygód podinspektora. Otrzymujemy  wgląd w struktury wewnętrzne nie tylko policji, ale również wywiadu i organizacji wojskowych, a skrywają one wiele tajemnic. Nie spodziewałam się takiego zakończenia, jednak było ono logicznie wynikające z poszlak.

Układ książki idealny na urlop. Krótkie rozdziały, pisane prostym tekstem to dobry przepis na odstresowującą lekturę.

 

Ocena: 6/10

Za egzemplarz dziękuję z całego serca Wydawnictwu Muza

Więc chodź pomaluj mój… Mordor?

Rodzaj: kolorowanka
Język: polski [przekład z języka angielskiego - Maria Skibniewska]
Stron: 96
Wydawca: Wydawnictwo Muza

Witajcie! Dzisiaj przychodzę do was z czymś nietypowym. Nie będzie powieści, nie będzie filmu. Za to pojawi się kolorowanka i to nie byle jaka. O mojej miłości do Tolkiena wiecie, bo trąbię o niej na prawo i lewo. Ale nie wiecie o innym istotnym aspekcie życia – sztuce. Rysuje może nie na co dzień, ale bardzo często. Zaczęłam się tym poważnie fascynować na przełomie podstawówki i gimnazjum, a potem już poleciało. Chcecie znać moje zdanie na temat popularnych ostatnimi czasy kolorowanek? Zapraszam. 

Książka, którą powinien mieć każdy miłośnik twórczości J.R.R. Tolkiena. Samodzielnie nadaj barwy kluczowym scenom z filmu, który zawładnął wyobraźnią milionów widzów. Zdecyduj, jakimi barwami pysznił się świat Froda, Legolasa i Golluma, wybierz odcień czerni skóry Orków i złocistych włosów Galadrieli. Zabaw się w artystę, który decyduje o kolorach wszystkich, nawet najdrobniejszych elementów scenografii. Doskonała rozrywka, świetna zabawa, niepowtarzalna okazja, by wrócić do magicznego świata „Władcy Pierścieni”.

 

Nie byłam ogromną fanką kolorowanek. Jako artystka wychodziłam z założenia, że jeśli chcę, mogę sama coś narysować i pokolorować. Jednak kto miałby na to codziennie czas? Szkic i ogarnięcie z grubsza pomysłu to kilka godzin. Z nakładaniem koloru albo cieni – kilkanaście. Tutaj otrzymujemy gotowy produkt, który wystarczy dokończyć według własnych upodobań. Przy okazji niepostrzeżenie pozbywamy się stresu dnia codziennego i gonitwy myśli. Ostatnio na rynku pojawiają się coraz to nowe publikacje do kolorowania. Od słynnego Harrego Pottera, przez Grę o tron po Tolkiena właśnie. Czy podoba mi się ten trend? Oczywiście. Wszystko, co popularyzuje sztukę we współczesnym świecie ma moje pełne poparcie. W końcu nie wszyscy muszą być geniuszami ołówka, ale każdy chętnie chwyci za kredki ;) Dzięki tej kolorowance możemy jeszcze raz przeżywać literackie przygody w świecie Śródziemia. Ilustracje przeznaczone do kolorowania są dokładnie takie jak książka Tolkiena– pełne szczegółów, doskonale oddające klimat oraz grozę otoczenia. Książka „The Lord of the Rings. Trylogia filmowa” zawiera 96 stron wypełnionych ilustracjami o różnym stopniu trudności. Od prostszych, które ukazują wizerunki filmowych bohaterów takich jak, np. Frodo, Pippin czy Gollum, po bardzo skomplikowane sceny i krajobrazy. Te ostatnie wymagają dużo czasu, cierpliwości i umiejętności. Całość uzupełniona jest fragmentami „Władcy Pierścieni” w tłumaczeniu Marii Skibniewskiej, cytatami zapisanymi dekoracyjnymi fontami, które również możemy wypełnić kolorami według własnego uznania. W kolorowance znajdują się również oficjalne atworki pochodzące ze studia amerykańskiej wytwórni filmowej New Line Production, Inc. oraz prace graficzne ilustratorki Nicolette Caven.

Polecam na wieczorne odstresowanie. Zdecydowanie dla wszystkich, szczególnie fanów trylogii Władcy Pierścieni.

Ocena: 8/10

 

Za egzemplarz dziękuję z całego serca Wydawnictwu Muza

Uważaj, żeby się nie zakrztusić.

Rodzaj: thriller, kryminał, komedia
Język: polski [przekład z języka angielskiego - Anna Skucińska]
Stron: 304
Wydawca: Wydawnictwo Imprint

Witajcie! Kurczę, pierwsza recenzja nowego roku – jest presja, co nie? ;) Wybrałam dzisiaj coś lekkiego, przy czym można się zrelaksować, nie trzeba zbyt wiele myśleć. Myślę, że po maratonie świąteczno-sylwestrowym wielu przyda się taki reset. Sama jestem ledwo żywa. Ostatnie dwa tygodnie były chyba najbardziej aktywnymi w minionym roku. Praca po 9 godzin dziennie, wyjazdy do rodziny i z powrotem, bieganie, choroba i miliony spraw na głowie. Ale był to chyba też najprzyjemniejszy czas. Święta mają jednak swój specyficzny urok. A jeśli już przy temacie specyficznego uroku jesteśmy, czy mówi wam coś komedia kryminalna? Tak? Wiecie już więc, czego się spodziewać. A jeśli kompletnie nic nie dzwoni – zaraz wszystko się wyjaśni. Zapraszam :)

Terri L. Austin jako dziewczynka, myślała, że wyrośnie z tworzenia historii i wyimaginowanych przyjaciół. Zamiast tego oparła na tym swoją karierę. Poznała swojego własnego księcia z bajki i razem żyją w stanie Missouri.

Pierwsza książka z serii o niepozornej studentce i kelnerce Rose Strickland, która ma całkiem zwyczajne, dosyć nudne życie. Wszystko jednak zaczyna się zmieniać, gdy w niewyjaśnionych okolicznościach znika jej najlepszy przyjaciel Axton. Pewnego dnia odwiedza Rose w restauracji i, nic nie wyjaśniając, zostawia jej swój plecak. Od tego czasu nie ma z nim żadnego kontaktu, a Rose zaczyna mieć na głowie coś więcej niż tylko serwowanie kawy i naleśników. Wspomagana przez zaprzyjaźnioną fankę mangi i dziwnych strojów, swoją siedemdziesięcioletnią szefową i dwóch życzliwych komputerowców, Rose rozpoczyna prywatne śledztwo, które doprowadzi ją do świata politycznej korupcji, nielegalnego hazardu i podejrzanych interesów.

Już na wstępie przyznaję, że historia, którą poznałam, jest bardziej zakręcona niż muszla po ogórkach – akcja, bohaterowie, miejsca. Sama nie wiem, co myśleć. Czy bardziej czuję podziw za wyobraźnię autorki, czy przytłacza przeładowanie. Komedia kryminalna rządzi się swoimi prawami. Parę razy zdarzyło mi się parsknąć śmiechem, jednak poziom absurdu w wielu momentach porażał i odbierał realizm kreowanej rzeczywistości. Chyba jednak jeszcze za mocno stąpam po ziemi, żeby wsiąść beztrosko na taką karuzelę nieprawdopodobności. Albo przeczytałam za dużo pełnokrwistych kryminałów. Ewentualnie oba te punkty. Główna bohaterka z jednej strony intryguje, z drugiej denerwuje. Jest w niej coś z rozpuszczonego, bogatego dzieciaka, który jest tak zawzięty, że pozbywa się korzyści pieniężnych z urodzenia i za nic nie zmieni zdania. Nawet wtedy, gdy życie wali się jej na głowę. Nie i koniec. Zaobserwowałam też tutaj kompleks romansu [tak, stworzyłam to na potrzeby recenzji]. W prawie każdej powieści romantycznej kilku mężczyzn adoruje główną bohaterkę albo jeden niesamowity facet przepada bez reszty z miłości do niej. Najczęściej jest to zwykła szara myszka, ale „dla niego absolutnie wyjątkowa”. Tutaj też prawie wszystkie męskie postacie ślinią się na widok Rose. Na końcu autorka ostro pojechała po bandzie, bo ni z tego, ni z owego wyskakuje czarny charakter. Twist zupełnie zbędny i tylko zaniżył jakość całości. Jednak powiem wam szczerze, że kiedy zobaczyłam logo NorthStar podczas jednej z podróży to przeszedł mnie mały dreszcz ;) Nie jest to pozycja wybitna – nie czytałam jej z zapartym tchem, występowała pewna powtarzalność, a język to przeciętna przeciętność. Miałam nadzieję na coś w stylu Chmielewskiej, ale wyszło trochę na opak.

Polecam z całego serca na zimową pluchę i chwilę wypoczynku. Sprawdzi się idealnie jako przerywnik między cięższymi lekturami.

Ocena: 5/10

 w przygotowaniu

Czarne dziury atakują?

Rodzaj: popularnonaukowa
Język: polski [tłumaczenie z języka angielskiego - Jacek Bieroń]
Stron: 80
Wydawca: Wydawnictwo Zysk i S-ka

Witajcie! Do świąt został tydzień. Oficjalnie ogłaszam stan paniki. To, co dzieje się ostatnio w galeriach handlowych, przechodzi ludzkie pojęcie i bardziej przypomina dantejskie sceny niż sielankowe poszukiwanie prezentów z filmów. A że mam okazję obserwować to z tej mniej przyjemnej strony [hej! ktoś sprzedaje wam te rzeczy! :D], to od jakiegoś czasu przeciąga się u mnie stan wkurzo-zmęczenia. I zgadnijcie, co wymyśliłam. Że idealne na zaradzenie tej sytuacji będzie przeczytanie „Czarnych dziur” Stephena Hawking. Bo przecież na przeciążony umysł najlepsza jest odrobina nauki ;) Zapraszam :)

 

Stephen William Hawking (ur. 8 stycznia 1942 w Oksfordzie) – brytyjski astrofizyk, kosmolog, fizyk teoretyk. Hawking cierpi na stwardnienie zanikowe boczne, którego postęp spowodował paraliż większości ciała. W ciągu trwającej ponad 40 lat kariery zajmował się głównie czarnymi dziurami i grawitacją kwantową. Opracował wspólnie z Rogerem Penrose’em twierdzenia odnoszące się do istnienia osobliwości w ramach ogólnej teorii względności oraz teoretyczny dowód na to, że czarne dziury powinny emitować promieniowanie, znane dziś jako promieniowanie Hawkinga[1] (lub Bekensteina–Hawkinga).

„Mówi się, że fakty bywają dziwniejsze od fikcji, a w żadnej dziedzinie nie jest to bardziej trafne niż w odniesieniu do czarnych dziur. Czarne dziury są dziwniejsze niż cokolwiek wymyślonego przez pisarzy science fiction…” Stephen Hawking

Legendarny fizyk bada jedną z największych tajemnic naukowych wszechczasów. Stephen Hawking od dziesięcioleci fascynuje się zagadką czarnych dziur. Uważa, że jeśli uda się nam zrozumieć wyzwania, jakie stanowią one dla samej natury przestrzeni i czasu, będziemy gotowi odszyfrować najgłębsze sekrety wszechświata. W swojej najnowszej książce Hawking z podziwu godną naukową żarliwością dokonuje podsumowania dotychczasowej wiedzy na temat czarnych dziur, zadaje pytania, które czekają na empiryczne odpowiedzi i snuje hipotetyczne rozważania na temat funkcjonowania tego kosmicznego fenomenu. „Hawking posiada naturalny dar nauczania, a dzięki jego dobrodusznemu humorowi i zdolności do zilustrowania złożonych problemów fizyki za pomocą analogii z codziennego życia fenomen czarnych dziur staje się zrozumiały dla każdego”. 

Na wstępie muszę nakreślić krótki raport środowiskowy. Nie jestem fanką fizyki i znacznie lepiej czuję się w humanistycznych klimatach, a z większości lekcji przedmiotów ścisłych najchętniej bym zwiała. Dlaczego więc „Czarne dziury”? Bo nie lubię ignorować nauki. To cecha charakteru, którą w sobie lubię i nienawidzę jednocześnie. Wiem, że mało prawdopodobne, że coś takiego mi się przyda, ale dobrze mi z tym, że wiem. Jako totalnie zielona w zakresie omawianego zagadnienia, podeszłam z wahaniem do tej książeczki [tak, to nie błąd w druku – 80 stron, proszę państwa]. Zupełnie niepotrzebnie. Naukowiec tłumaczy „czarne dziury” w sposób prosty i przystępny, jednocześnie nie traktując nas, czytelników i słuchaczy, jak debili. Zawiera humorystyczne wstawki i zabawne obrazki, które mają nam jeszcze bardziej ogarnąć to, co właśnie przeczytaliśmy. Mój jedyny zarzut to objętość. Mogłaby być dłuższa, ale niestety wykładów, które się już odbyły, nie wydłużymy. Chętnie przeczytałabym jednak więcej. Na pewno poszukam więcej polskojęzycznych wykładów BBC. O ile w miarę dobrze znam angielski, to czytanie teorii w tym języku może mnie nieco przerosnąć lingwistycznie.

 

Niezmiernie podkręca apetyt na zgłębianie innych fascynujących nauk, nie tylko fizycznych. Polecam z całego serca, kiedy nie macie wiele czasu, a chcielibyście się nauczyć czegoś nowego.

 

Ocena: 8/10

 

„Czy to przez swoją chorobę, czy talent Hawking potrafił zawładnąć wyobraźnią swoich czytelników. Niedawno ostrzegał, że ludzkość sama na siebie sprowadzi serię katastrof za sprawą globalnego ocieplenia lub genetycznie zmodyfikowanego wirusa – artykuł na ten temat miał najwięcej czytelników w dniu, w którym się ukazał na stronie BBC.” 

Za egzemplarz dziękuję z całego serca Wydawnictwu Zysk i S-ka

Z niejednego pieca chleb jadły.

Rodzaj: obyczajowa
Język: polski [tłumaczenie z języka hiszpańskiego - Simona Popławska]
Stron: 429
Wydawca: Wydawnictwo Czarna Owca

Witajcie! Grudniowa aura nie zachęca do wychodzenia. Szczególnie wczoraj wieczorem dała mi popalić i poczuć pierwsze tchnienie prawdziwych mrozów. Ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Mam więcej czasu na czytanie, dekorowanie domu na święta i wieczory filmowe. Ostatnio przeżyłam nalot kurierów – prezenty, małe przyjemności, recenzje. I tak oto do moich rąk trafił egzemplarz „Cytrynowego chleba z ziarenkami maku” Cristiny Campos. Po ostatnich dobrych wrażeniach literatury kobiecej i „Zimowych pannach” nie mogłam odmówić. Czy się sparzyłam? Zapraszam :)

Niestety nie znalazłam nigdzie biografii autorki, ale mam nadzieję, że bardzo szybko się to zmieni. Jestem niesamowicie ciekawa, kto stoi za „Cytrynowym chlebem”.

Miasteczko na Majorce. Dwie siostry, Anna i Marina, spotykają się po piętnastu latach, aby sprzedać młyn i piekarnię, które odziedziczyły po nieznajomej kobiecie. Anna prowadzi wygodne życie u boku mężczyzny, którego już nie kocha. Marina oddaje się pracy w szeregach Lekarzy bez Granic w krajach trzeciego świata. Nieoczekiwanie Marina postanawia zatrzymać piekarnię i dowiedzieć się, kim była zmarła właścicielka. Podczas swoich poszukiwań odkrywa rodzinne tajemnice, poznaje tajniki wypieku chleba i zbliża się do Anny. Być może uda się im wspólnie odzyskać stracone lata, zmierzyć z duchami przeszłości i przejąć kontrolę nad własnym życiem.

Przyciągnęła mnie okładka, która jest przepiękna. Później przeczytałam opis i przepadłam. Zaczęło ciągnąć mnie do latynoskiej literatury kobiecej i nie mam zamiaru zaprzeczać. Kontrast dwóch światów, w których żyją bohaterki to ciekawy koncept na powieść. Zaczęło się niebywale wciągająco. Zderzenie odmiennych osobowości sióstr oraz życia, jakie wybrały działa na korzyść książki. Obie wzbudzają sympatię, chociaż na różnych poziomach. Do Mariny czujemy prawdziwy szacunek, natomiast Anną mamy ochotę potrząsnąć. Autorka przedstawia niesamowity obraz Majorki oraz realiów, z jakimi muszą mierzyć się wolontariusze Lekarzy bez Granic. Mimo że to fikcja literacka, te dwa elementy zostały oddane bardzo wiernie. Krajobraz Majorki jest magiczny – aż chce się wybrać na wycieczkę i przepaść na dłużej. Dodatkowy smaczek to przepisy na początku każdego rozdziału. Mniej więcej w połowie autorka zaczęła iść po bandzie z rozwojem wątków. O ile rozwiązanie zagadki byłej właścicielki młyna jest genialne, o tyle mnogość historii i mieszanie ich [jest tu wszystko – adopcja, homoseksualizm, związki z przeszłości, choroby] to dla mnie lekka przesada. Mam wrażenie, że Christina Campos chciała za dużo napakować do powieści  i z pięknej opowieści o siostrzanej miłości i poszukiwaniu siebie zrobiono groch z kapustą. Wielka szkoda. Treści starczyłoby na co najmniej cztery inne powieści. Nie przeczę, że w prawdziwym życiu mogłaby taka historia mieć miejsce, ale jest to mało prawdopodobne. Nie obraziłabym się jednak na ponowne spotkanie z Anną i Mariną. Język jest bardzo prosty i plastyczny. Już po kilku stronach rozpędzicie się tak, że nie zauważycie, kiedy stuknie wam ich setka. Chociaż nie opiszę tej powieści jako majstersztyk literacki, poleciłabym „Cytrynowy chleb” każdej fance obyczajówek. Moja słabość do kobiecej literatury hiszpańskojęzycznej wzrasta. Jest bardzo odmienna od tej europejskiej, a tym bardziej amerykańskiej, i kusi tą odmiennością.

Polecam na chłodne wieczory albo jako wsparcie w wycieczce po Majorce. W jednym i drugim przypadku nie zawiedziecie się.

 

„Ponieważ Marina nie miała miejsca, które by do niej należało, nie miała też dokąd wracać na Boże Narodzenie. Nie miała miejsca gdzie spędzałaby dni zaznaczone w kalendarzu, jak robią to normalne rodziny. Owszem, miała pieniądze na zakup domu. Ale nigdy nie pragnęła mieć własnych czterech ścian. Jej psycholożka, parafrazując pisarza, którego nazwiska nie pamiętała, powiedziała pewnego dnia: „Dom to miejsce, gdzie ktoś na ciebie czeka”. I to zdanie wkradło się do głowy Mariny na wiele dni i nocy. Rodzice już nie żyli. Miała dalekich krewnych, z którymi prawie nie utrzymywała kontaktu. No i oczywiście była starsza siostra Anna. Anna i jej realia, które oddaliły siostry od siebie na zbyt długo.”

 

Ocena: 6/10

Za egzemplarz dziękuję z całego serca Wydawnictwu Czarna Owca