Wywiad – Wojciech Czusz

Witajcie! Na ten wywiad czekałam sama i wytrwale do niego dążyłam. W końcu z pomocą wydawnictwa Novae Res miałam przyjemność porozmawiać z Wojciechem Czuszem, autorem „Pomniejszego przypadku manii wielkości”. Książka oczarowała mnie i rozśmieszyła do łez – gorąco polecam zajrzeć do recenzji i sięgnąć po tę powieść :) Zapraszam na rozmowę :)

.

Rocznik 1990. Urodził się i dorastał w Nowej Dębie. Absolwent porównawczych studiów cywilizacji na Uniwersytecie Jagiellońskim. Wydany w 2016 roku „Pomniejszy przypadek manii wielkości” jest jego debiutem powieściowym. Mieszka i pracuje w Krakowie.

.

.

Dzień dobry. Pytanie rozgrzewkowe – co Pan aktualnie czyta?

„Dziecko przez ptaka przyniesione” Andrzeja Kijowskiego.

Jak urodził się pomysł na „Pomniejszy przypadek manii wielkości”? Od razu pojawił się szkic całości, czy historie rysowały się z czasem w Pana głowie?

Rodził się długo i w bólach, a bóle owe wzmagał jeszcze fakt, że od początku postanowiłem trzon fabuły zmieścić w trzech dniach i trzymałem się tego postanowienia kurczowo. Gdzieś po drodze wałęsały mi się po głowie myśli, że może powinienem od razu porwać się na wielkie, epickie dzieło, coś w rodzaju rodzinnej sagi głęboko zakorzenionej w historii albo inną tego rodzaju rzecz, po której nic już na pisarza nie czeka, tylko splendor i słowa uznania za ciężką pracę. Zwyciężyło jednak przekonanie, żeśmy jako ludzie – my, teraźniejsi, dzisiejsi – zupełnie od tego niezależni, że nasze życie rozgrywa się gdzieś obok, gdzieś poza, ale przez to nie jest wcale gorszym materiałem na powieść o charakterze zbliżonym do epopei.

Pierwsza wersja, kilkadziesiąt stron napisanych zanim jeszcze zdążyłem w pełni sformułować sobie te postulaty, miała być pieczołowitym odtworzeniem studenckiego weekendu z wszelkimi zjawiskami, które się nań składają. Był wykład o epistemologii charyzmatycznego profesora, zgrabnie współgrający z odczuciami bohatera, który akurat spostrzegł wśród słuchaczy nader urodziwe dziewczę, było przypadkowe spotkanie z nią później i desperackie próby nawiązania więzi w tempie ekspresowym. Naszkicowałem wówczas tylko szereg oderwanych fragmentów, ale nigdy nie udało mi się skleić tego w całość. Pomysł umarł.

Minął rok, wydarzyło się w moim życiu kilka rzeczy, sięgnąłem po pewne lektury (w tym, nie da się ukryć, raz jeszcze do Gombrowicza, który wielokroć wyłazi z mojej powieści zupełnie bezwstydnie) i jakoś niechcący zaczął wyłaniać mi się z tego pomysł nowy, choć zakorzeniony w tamtym. Od Gombrowicza wziąłem szereg poglądów, które kołatały się w mojej głowie od dawna, ale których nie potrafiłem jasno wyrazić – ten przede wszystkim, że jeżeli czuję się wystarczająco kompetentny wyłącznie na własny temat, to siebie samego obrać mogę za materiał twórczy.

Gdzieś przy okazji wykształciłem w sobie przekonanie, że najważniejszą cechą powieści jest jej wymiar, że tak to nazwę, kosmogoniczny. Mniej lub bardziej świadomy dobór słów i wydarzeń z jednej strony tworzy i odsłania wewnętrzny świat bohatera, z drugiej – co mi się wydaje szczególnie ciekawe – pokazuje jego własny wariant świata zewnętrznego. W momencie rozpoczęcia powieści ów świat jest czytelnikowi zupełnie obcy i dopiero w trakcie lektury, w trakcie zapoznawania się z wydarzeniami – tymi znaczącymi, jak przyjazd ukochanej Ignacego, ale też tymi pozornie błahymi, jak jego negatywna ocena walorów estetycznych latarni, w którą przez nieuwagę nieomal wchodzi – rozwija się przed czytelnikiem ów indywidualny, niepowtarzalny świat, któremu dzięki właściwościom, jakimi odznacza się literatura, nadany zostaje charakter uniwersalny. Jednostka zostaje wyciągnięta z tłumu i postawiona na piedestale (ewentualnie na szafocie).

Nie sposób przy tym nie zauważyć, że co czytelnik z bohaterem i jego światem zrobi, jak go samemu zinterpretuje i osądzi, to już zupełnie inna sprawa.

„Pomniejszy przypadek manii wielkości” to Pana literacki debiut. Proszę opowiedzieć nam o szczegółach powstawania tej powieści. Ile trwały prace, jak udało się Panu wydać książkę?

Pół roku trwało opracowywanie fabuły, co dziś wydaje mi się czasem niedorzecznie długim, biorąc pod uwagę skromne wymiary tej powieści. Kolejne pół roku pisałem, a później – już w trakcie szukania wydawcy – wprowadzałem niezliczone poprawki. Zdążyłem stracić nadzieję, gdy rzutem na taśmę wysłałem „Pomniejszy przypadek” na konkurs literacki Novae Res i dostałem się do finałowej siódemki. Nie udało się wprawdzie zdobyć głównej nagrody, ale w kilka tygodni po ogłoszeniu wyników otrzymałem wiadomość, że pomimo tego wydawnictwo zainteresowane jest publikacją. Tak się tutaj znalazłem.

Czy planuje Pan wydać kolejną powieść?

Planuję i liczę na to, że znajdzie się wydawnictwo, które uzna moje plany za godne uwagi.

Pisze Pan powieści, które są ciekawym połączeniem literatury obyczajowej z elementami humorystycznymi, ale czy jest to również gatunek, który czyta Pan najchętniej? Jeśli tak, skąd wzięło się zamiłowanie do niego? Jeśli nie, po co sięga Pan najczęściej?

Im więcej groteski, dwuznaczności, kontrastu i podskórnego niepokoju, tym lepiej. Stąd też zrodzone jeszcze w szkole zainteresowanie romantyzmem, Młodą Polską, Skamandrytami, futurystami, wspomnianym już Gombrowiczem, Schulzem, Mrożkiem i Lemem. Nie było w tym żadnej systematyczności, raczej dość niefrasobliwe pochłanianie wszystkiego, co uznałem za słuszne. Bardziej od treści interesowała wówczas mnie językowa ekwilibristyka i choć dziś te proporcje raczej się wyrównały, to wciąż czuję się szczególnie wyczulony na słowa jako takie, na ich znaczenie i wzajemne związki, na ich działanie światotwórcze.

W tej chwili czytam żenująco mało beletrystki, a głównie teksty o tematyce polityczno-społecznej. Dawna potrzeba zapoznania się z jak największym wolumenem literackiego dorobku ludzkości zamieniła się w nie mniej dręczącą potrzebę zrozumienia tego, co się dzieje wokół. Obie są równie naiwne, ale cóż – zrzucam to na karb mojego młodego wieku.

Mam nadzieję, że te najważniejsze lektury mam dopiero przed sobą. Zwłaszcza, że po drodze zdążyły się we mnie zrodzić poważne wątpliwości co do tego, jaką wartość ma czytanie same w sobie – i zniknęło prostoduszne przeświadczenie z minionych lat, że jest to pewny sposób na podniesienie jakości własnego życia.

„Pomniejszy przypadek manii wielkości” charakteryzuje się genialnym stylem i wyobraźnią oraz wyczuciem w łączeniu realizmu i abstrakcji. Niewątpliwie spędził Pan dużo czasu z literaturą. Jakich rad udzieliłby Pan początkującym pisarzom, którzy zaczynają swoją przygodę?

Obawiam się, że sam jestem nadal początkującym pisarzem i jako taki nie czuję się uprawniony do udzielania porad. Mogę jedynie buńczucznie opowiedzieć się po stronie zupełnej wolności ekspresji i sarknąć z niechęcią w stronę tych, którzy bezwarunkowo zalecają językowy umiar oraz twórcze przetwarzanie obecnych trendów.

Tak czy owak, historię piszą zwycięzcy.

Spotkałam się czasami z postawą, że pisarze polecali swoim czytelnikom utwory, dzięki którym czytanie będzie bardziej intensywne i będą mogli lepiej wczuć się w klimat. Czy sądzi Pan, że słuchanie muzyki ma wpływ odczucia czytelnika? Jeśli tak, co poleciłby Pan do czytania swojej książki?

Ja zwykłem czytać w ciszy – im głębszej, tym lepiej. Zdarza mi się jednak samego siebie przyłapać na tym, że w trakcie wyjątkowo wciągającej lektury nucę pod nosem tworzoną na bieżąco melodię, która służy mi za podkład na wzór filmowy.

W „Pomniejszym przypadku” muzyki jest mnóstwo – bohaterowie bodajże co kilkanaście stron coś śpiewają, nucą lub grają, zaś pewne utwory i gatunki wplecione są w narrację. Jeżeli ktoś uzna to za słuszne, może ułożyć sobie własną ścieżkę dźwiękową.

Czy według Pana pisanie jest wrodzonym talentem czy umiejętnością, którą można nabyć? Jak to było w Pana przypadku – od zawsze ciągnęło Pana do pisania czy był to żmudny proces uczenia się?

Zapewne jednym i drugim, jakkolwiek fatalnym uogólnieniem by to stwierdzenie nie było i jakkolwiek banalna nie byłaby i taka uwaga, że talent należy rozwinąć. Częścią owego rozwijania jest zarówno uczenie się aspektów zupełnie technicznych, w tym sam proces poznawania języka (również poprzez czytanie), jak i pokonywanie wewnętrznych ograniczeń.

W moim wypadku ten drugi element był szczególnie ważny. Przywykłem, jak my wszyscy, do posługiwania się schematami – w kwestii doboru słownictwa, konstrukcji zdań i konwencji fabularnych. Wiele wysiłku kosztowało mnie – i bez wątpienia niejednokrotnie będzie jeszcze kosztować – przełamanie oporu tych zagnieżdżonych w głowie schematów, żeby faktycznie pisać, a nie pozwolić, aby się pisało – aby odrzucić to, co się nasuwa siłą przyzwyczajenia. Zamiast sztywno i z nabożnym szacunkiem posługiwać się językiem, który narzucono nam z zewnątrz, zacząć wykorzystywać go w sposób niecny, niemoralny. Przestać być mu uległym, a w zamian – zmusić do uległości (na miarę skromnych możliwości).

Kiedy uda się już osiągnąć względny sukces w walce z tym, co zewnętrze, przychodzi drugi, może i jeszcze gorszy rodzaj schematów: te, które wytwarzamy sobie sami, a które są jeszcze bardziej zwodnicze, bo jawią się jako nasze, komfortowe, bezpieczne.

A przecież to dopiero początek – bo napisać dobre zdanie, akapit, stronę, rozdział nawet, to jedno. A potrafić udanie skonstruować całą powieść, to drugie. Ja tych umiejętności jeszcze nie posiadłem w stopniu, który skłonny byłbym uznać za zadowalający.

Co do drugiego z pytań – już w wieku dziesięciu lat podjąłem jakże odważną próbę napisania powieści, co zakończyło się spektakularną klapą.

W mojej wyobraźni często widzę pisarza jako osobę nad maszyną do pisania, ze stertami kubków po kawie i tworzącego przy lampce po nocach. Jak pracuje Pan nad tekstem? Ma Pan jakiś określony system pisania?

Proszę zamienić maszynę do pisania na zeszyt, a obraz będzie w miarę zgodny z rzeczywistością. Nie byłbym w stanie pisać na maszynie i nie jestem w stanie pisać na komputerze – tekst w takiej postaci wydaje mi się nazbyt formalny i stąd kompulsywna potrzeba poprawiania, natychmiastowego doprowadzania go do formy ostatecznej, możliwie bezbłędnej. Szkicowy charakter kartek zapisanych ręcznie pozwala mi się od tego oderwać i ponieść się treści – tej, która przede wszystkim obecna jest w mojej głowie, a nie w formie fizycznej reprezentacji przed oczami.

A poza tym, jak to nader często bywa – zamiast systematyczności są kilkugodzinne zrywy, po których następują nieraz długie tygodnie zupełnej bezpłodności. I dojmujące poczucie, że już nic a nic nigdy nie będę zdolny z siebie wydać. Aż do kolejnego zrywu.

Bardzo dziękuję za rozmowę.