Wywiad – Maggie Moon

Witajcie! Nieustannie realizuję swoje postanowienie i staram się kontaktować z autorami, żeby móc przybliżyć wam coś więcej na ich temat. Tym razem ofiarą moich pytań padła Maggie Moon – autorka „Posiadłości” oraz „Rodu wyklętych”, który swoją premierę niedawno. Moją recenzję możecie przeczytać tutaj.

.

Maggie Moon to pseudonim literacki młodej, początkującej autorki. Zadebiutowała dwa lata temu powieścią zatytułowaną „Posiadłość”, w której ujawniła swoje wielkie zainteresowanie wiktoriańską Anglią. Ma 24 lata, uwielbia kawę, studiuje i mieszka w Krakowie. Jest miłośniczką dobrej literatury. „Staram się nie zamykać na żaden gatunek, jednak najbliższe mojemu sercu są thrillery oraz powieści historyczne. Z przyjemnością sięgam również po klasykę.  Dobra książka to dla mnie taka, którą czyta się świetnie nawet jeśli można przewidzieć co się stanie. To powieść, którą można przeczytać więcej niż dwa razy i zawsze odnajdzie się w niej nowy, niezauważony wcześniej detal. Dla mnie to między innymi „Milczenie owiec”, „Gormenghast”, czy „Ania z Zielonego Wzgórza”. Dobra książka to taka, od której się nie oderwę i idąc na tramwaj prędzej czy później wpadnę na słup, przechodnia czy wyjątkowo paskudną kałużę. To również powieść, po której ma się tak zwanego kaca książkowego.”

.

Dzień dobry. Pytanie rozgrzewkowe – co Pani aktualnie czyta?

„Trzynastą opowieść” Diane Setterfield. Piękna książka, smakuje mi każde słowo. Cały czas zastanawiam się, jak mogłam odkryć tę powieść dopiero teraz?

„Ród wyklętych” to Pani druga powieść. Co skłoniło Panią do kontynuowania przygód Zary?

W zasadzie „Posiadłość” miała obejmować również fabułę „Rodu wyklętych”. W połowie pisania zrozumiałam jednak, że nie mogę tego zrobić, chyba że zamierzam wyprodukować dorodną cegłę. Zdecydowałam się podzielić historię na dwie mniejsze. Po „Posiadłości” napisałam jeszcze jedną, zupełnie niezwiązaną z Debrettami czy Zarą książkę. Dopiero później wróciłam do Charlottshire. Do dzisiaj pamiętam, jak ręce trzęsły mi się nad klawiaturą.

Czy ma Pani zamiar kiedyś wrócić do historii Debrettów i wydać kolejną książkę o nich? Nie ukrywam, że zakończenie było na tyle otwarte, że mam na to ogromną nadzieję.

To był celowy zabieg. Chciałabym, żeby każdy miał okazję zadecydować co powinno nastąpić dalej. Nie mogę wykluczyć, że kiedyś powrócę do tej historii. Na dzień dzisiejszy jednak, ciąg dalszy wydaje mi się całkowicie niedorzeczny :)

Często spotykałam się z syndromem drugiej książki – autor ma problem z jej napisaniem, ponieważ czuje presję, że nie napisze czegoś równie dobrego co za pierwszym razem. I stąd moje pytanie. Czy pisanie drugiej książki jest trudniejsze od debiutu?

Nie, ponieważ kiedy pisałam „Ród” pierwsza książka nie była jeszcze wydana. Mój kryzys pojawił się zupełnie w innej powieści, kiedy „Posiadłość” zetknęła się już z opinią czytelników. Przyłapałam się wtedy na tym, że pisząc, zastanawiam się, czy  spodoba im się to co robię. Zajęło mi dużo czasu, żeby zrozumieć, że najpierw piszę dla siebie, opowiadam historie bohaterów, którzy dopominają się mojej uwagi. A dopiero po zakończeniu pisania mogę myśleć o opinii innych. Książka jest najpierw przede wszystkim moja.

„Ród wyklętych”, podobnie jak „Posiadłość”, jest mieszanką kryminału, sensacji i inspirowany wiktoriańską Anglią. Przyznam szczerze – na początku myślałam, że to bardzo ryzykowne połączenie, ale po skończeniu lektury doszłam do wniosku, iż wyszło genialnie. Jak stworzyła Pani tak niecodzienny miks? Wyszło to naturalnie czy celowo zestawiła Pani te gatunki?

Bardzo dziękuję za te słowa. Kocham wiktoriańską Anglię, uwielbiam sensację i po prostu pomyślałam, że w tym będę autentyczna. Chcę pisać o tym, co dla mnie znajome, ponieważ wtedy czuję, że wiem co robię i mam kontrolę nad fabułą. Przyznam szczerze, że nie zastanawiałam się czy to się sprawdzi czy nie. Chciałam, żeby Debrettowie byli tak oderwani od naszej rzeczywistości, jak to możliwe, nie chciałam, żeby przechadzali się po ulicach – z wyjątkami oczywiście – ich miejsce miało być w posiadłościach. Zderzenie współczesności oraz ich świata najlepiej zdawało się podkreślić ich upiorną wyjątkowość.

W jednym z wywiadów czytałam, że prace nad „Posiadłością” trwały jedynie kilka miesięcy, nie licząc poprawek i edycji. Jak to było z jej kontynuacją? Zajęła więcej czy mniej czasu?

Więcej. Nie licząc poprawek, pisałam prawie rok. To był dość specyficzny dla mnie czas. Po raz pierwszy poczułam niemoc twórczą. Napisałam prolog po czym zamknęłam laptopa i zaczęłam płakać. Poczułam się przytłoczona ilością wydarzeń, które miałam do opisania. Co więcej wydawało mi się, że nad „Rodem” wisiały czarne chmury. Pod koniec zepsuł mi się pendrive i straciłam kilka rozdziałów. Minęły dwa miesiące zanim pozbierałam się i przywołałam tamte zdania. Ostatecznie byłam jednak zadowolona z ogólnego zarysu książki.

Z każdą kolejną powieścią piszę dłużej, więcej, przykładam uwagę do detali, o jakich  nie miałam pojęcia pisząc „Posiadłość”. Często zarzuca mi się, że książka jest ciut naiwna. Zgadzam się. Ale pisząc ją miałam dwadzieścia lat. To była moja czwarta książka. Teraz, pracując nad dziewiątą myślę, że jestem o wiele dokładniejsza, wiem więcej i rozumiem do czego pragnę dążyć jako autor.

Czy przywiązuje się Pani do bohaterów? Skąd bierze Pani inspirację do ich tworzenia?

Przywiązuję się i czasami mnie to gubi. Pisząc powieść w zasadzie nie myślę o niczym innym. Obserwuję ich, zaglądam im do sypialni, na miejsca zbrodni, prawie sapię w kark. Odbierając im prywatność narażam się jednak na to, że dowiem się za dużo i całkiem się w tym zatracę. Jeśli chodzi o inspiracje – z tym bywa różnie.  Mam na komputerze folder, w którym zapisuję zdjęcia interesujących ludzi. Aktorów, artystów, zwykłych ludzi. Jeżeli coś mnie w kimś zainteresuje muszę to mieć. Oczy, sposób w jaki układają usta przy uśmiechu, marszczą brwi czy przeczesują włosy. Następnie mieszają się w mojej głowie i tworzą moich bohaterów. Myślę, że każdy pisarz jest takim trochę stalkerem. Obserwując ludzi zastanawiam się czy ta osoba ma coś, co mi się przyda. To brzmi strasznie ale myślę, że pisząc o ludziach nie da się tego uniknąć.

Jakie są Pani literackie inspiracje?

Moim największym ulubieńcem jest Edgar Allan Poe. Kocham atmosferę, jaką tak umiejętnie buduje. Czytając jego utwory czuję się zagubiona, przerażona ale przede wszystkim zahipnotyzowana. Ponadto uwielbiam Colette. To moim zdaniem literacka mistrzyni, potrafi malować słowem nawet najprostsze opisy, ale jest przy tym przekorna, nie boi się wrzucić niebanalnej aluzji, rozpalić wyobraźnię czytelników. Jej cykl utworów o Klaudynie jest moim zdaniem genialny. Na półce mam również współczesnych autorów takich jak Tess Gerritsen, Jonathan Kellerman, Mary Roach, Robin Cook. Czytam książki na tony, w zasadzie nie skupiam się aż tak na nazwiskach autorów, inspiruje przede wszystkim bohater, potem jego historia.

Zarówno „Posiadłość” jak i „Ród wyklętych” charakteryzuje się niesamowicie dobrym stylem i wyczuciem pisarskim. Widać, że poświęca Pani dużo czasu na doskonalenie warsztatu. Jakich rad udzieliłaby Pani początkującym pisarzom, którzy zaczynają przygodę z literaturą?

Myślę, że sama muszę się jeszcze bardzo dużo nauczyć. Cały czas pracuję nad warsztatem. Nie jestem pewna, czy jestem na tyle dobra żeby komuś udzielać rad :)

Gdybym jednak musiała, moja rada brzmiałaby: nie bój się krytyki. I nie zmuszaj się do pisania. Moim zdaniem to nie działa. Jeżeli codziennie będę siadać i gapić się w pusty ekran nic mi to nie da. Pisanie to przede wszystkim szkicowanie myśli, wyobrażanie sobie, dopasowywanie puzzli. Siadaj do pisania wiedząc, co chcesz powiedzieć. I nie przejmuj się jeśli myślisz, że to co napisałeś jest słabe. To całkowicie normalne odczucie :)

Bardzo dziękuję za rozmowę.

Ja również. Jeżeli wpadnie Pani do Krakowa, zapraszam na kawę :)

2 Komentarze

  1. Bardzo interesujący wywiad, autorka wyczerpująco odpowiedziała na zadane pytania. Przyznam, że jeszcze nie miałam przyjemności przeczytać książek te autorki. Być może kiedyś to nadrobię :)

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.