Jak zaczęło się Star Warsowe szaleństwo?

Rodzaj: biografia
Język: polski [tłumaczenie z języka angielskiego - Agnieszka Wyszogrodzka-Gaik, Katarzyna Rosłan, Małgorzata Miłosz]
Stron: 648
Wydawca: Wydawnictwo Wielka Litera

Witajcie! Stos książek do recenzji niebezpiecznie zaczął chylić się ku upadkowi, więc trzeba temu zaradzić. Czy wracam do dwóch recenzji tygodniowo? Najprawdopodobniej tak. Czekam na kilka naprawdę gorących premier i chciałabym do tego czasu rozprawić się z tym, co już mam, żeby nikogo nie zaniedbywać. A o czym dzisiaj? Biografia nie byle kogo, bo samego Georga Lucasa. Chcielibyście poczytać o mojej przygodzie z Gwiezdnymi Wojnami i emocjach, które mi towarzyszyły przy czytaniu? Zapraszam :)

 

Brian Jay Jones (rocznik 1967) to amerykański biograf, głównie amerykańskich ikon popkultury. Urodził się w Kansas City. Jest żonaty, ma jedną córkę i mieszka aktualnie w Wirginii. Przez prawie dziesięć lat Jones pracował jako Legislative Assistant i pisał przemówienia, pracując dla amerykańskich senatorów Pete V. Domenici i Jamesa M. Jeffordsa. Specjalizował się w sprawach politycznych odnoszących się do edukacji, prawa cywilnego i reformy opieki społecznej.

W 1977 roku Gwiezdne wojny: Nowa nadzieja weszły na ekrany zaledwie trzydziestu dwóch amerykańskich kin, jako niezależny film science-fiction. Czterdzieści lat później „The Telegraph” ocenił, że marka Star Wars jest warta więcej niż Harry Potter i James Bond razem wzięci. A pomyśleć że niewiele brakowało, by zamiast za gwiezdną sagę Lucas wziął się za kręcenie Czasu Apokalipsy. Brian Jay Jones znalazł klucz do portretowania swojego bohatera w sposób ciekawy zarówno dla fanów, jak i tych, którzy lubią czytać dobre biografie. Lucas Jonesa to postać totalna – idol, ikona, przyjaciel Francisa Forda Coppoli i Stevena Spielberga – uchwycony w chwilach powszednich i zwyczajnych; chuderlawy chłopak z odstającymi uszami, mający trudności z pisaniem i ortografią, który odważył się podążyć za swoją pasją. Towarzyszymy mu w tej drodze ze stutysięcznego kalifornijskiego miasta na tunezyjską pustynię, gdzie zmagając się z ograniczonym budżetem i szwankującymi prototypami robotów, kręci sceny, które fani sagi zapamiętają jako krajobrazy planety Tatooine. Wraz z nim docieramy aż na szczyty box office’ów i na pierwsze strony gazet. George Lucas. Gwiezdne wojny i reszta życia to biografia reżysera wypełniona anegdotami z planów filmowych, odsłaniająca arkana pracy w przemyśle filmowym, męki pisania scenariuszy, morderczych walk o budżet, ale przede wszystkim pierwsze tak otwarte zaproszenie za kulisy Gwiezdnych Wojen. Jak wyglądała praca z zaawansowaną techniką w latach 80.? Czym inspirował się Lucas, tworząc kultowe postaci: Luke’a Skywalkera, Hana Solo, mistrza Yody? Jakie kłopoty sprawiał niedopasowany kostium C3PO? Prawdziwa gratka dla kinomaniaków.

Czy istnieje na świecie ktoś, kto nie wie o Gwiezdnych Wojnach? Pomijając małe wioski na końcu świata – wątpię. Wszyscy kojarzą kultową historię pełną świstających mieczy świetlnych i przerywaną charakterystycznym oddechem miłościwie nam panującego Lorda na usługach. Moja historia z tą serią była burzliwa. Od ciekawości, przez całkowity bunt, po cichy zachwyt. Jako dziecko obejrzałam na moim starym odtwarzaczu VHS „Mroczne widmo” [tak, wiem, największy możliwy błąd] i totalnie nie rozumiałam, jak można się zachwycać czymś takim. Rzuciłam to w kąt i nie wracałam. Do momentu, kiedy poznałam P. Ten na wieść o mojej niechęci, postanowił spróbować naprawić mój błąd z dzieciństwa. Tak oto wylądowałam na maratonie starej trylogii. I zostałam oczarowana. Lucas to nazwisko wielkie. Zmienił pojmowanie kina. Zmienił reżysera w twórcę na równi z pisarzami. Brian Jay Jones zgromadził tony informacji, by zgłębić osobę, która stoi za jednymi z najbardziej kasowych filmów wszechczasów. Poznajemy reżysera przez dialogi, notatki prasowe, anegdoty i cytaty. Dostajemy analizę z każdej możliwej strony. Czy dało się to zrobić lepiej? Wydaje mi się, że nie. Kim więc jest słynny George Lucas? Romantykiem, który potrafi walczyć jak lew o swoje wizje. Zabrakło nieco więcej zdjęć, ale tekst nie nudzi i chce się czytać więcej.  Jako pasjonatka biografii, jestem w pełni usatysfakcjonowana.

 

Dla fanów uniwersum Gwiezdnych Wojen i Indiany Jonesa – pozycja obowiązkowa. Idealnie oddaje osobę, w której umyśle powstały pomysły na oba światy. Dla całej reszty – ciekawa pozycja, która opisuje jednego z najważniejszych twórców filmowych naszych czasów.

Ocena: 8,5/10

Za egzemplarz dziękuję z całego serca Wydawnictwu Wielka Litera

Gdzie diabeł nie może tam grom pośle.

Rodzaj: fantasy
Język: polski
Stron: 400
Wydawca: Wydawnictwo SQN

Witajcie! Wiosna wychyliła się zza zakrętu, a wraz z nią moja uśmiechnięta mordka. Nie ma nic lepszego niż pierwszy raz w roku zrzucić z siebie zimowy płaszcz i w końcu przywdziać coś lżejszego. A skoro czas na wiosenne porządki i na blogu przyda się trochę ogarnąć. Na pierwszy ogień pójdzie wygląd, więc bądźcie czujni ;) Ale nie mogę was przecież zostawić tak bez recenzji! A okazja jest nie byle jaka, albowiem doczekałam się wydania kontynuacji „Krwi i stali” Jacka Łukawskiego. Zapraszam! :)

Jacek Łukawski urodził się w Kielcach, z zawodu jest grafikiem komputerowym. Gdy nie miał jeszcze obowiązków, a miał czas, machał mieczem i strzelał z dział czarnoprochowych. Hartował ciało i ducha w organizacji strzeleckiej, brał udział w zawodach sprawnościowych i ćwiczył karate. Próbował też jeździć konno. Zwiedzał Polskę autostopem i na motocyklu. Zaczytywał się w książkach historycznych i fantasy. Jest laureatem wojewódzkiego konkursu Talenty 2000. Po kilkunastu latach przerwy napisał cykl opowiadań, które pojawiły się drukiem w antologii Gawędy motocyklowe. Współtworzył kwartalnik motocyklowy „Swoimi Drogami”. Wraz z żoną mieszka w pobliżu chęcińskiego zamku.

W huku gromów i przy wtórze szkwału ważą się losy królestw po obu stronach Martwej Ziemi. Arthornowi udaje się uciec z zamku opanowanego przez zdrajców, lecz najgorsze dopiero przed nim. Wkrótce znów wyruszy ku Martwicy, tym razem bez przygotowania, drużyny i wbrew własnej woli. Jednocześnie stary Garhard stara się opanować sytuację w Wondettel. To zadanie tym trudniejsze, że lord Auriss nie powiedział jeszcze ostatniego słowa – podobnie jak wysłannicy sił potężniejszych, niż przeczuwają najwięksi mędrcy. Impas, jak się wydaje, może przełamać tylko obecność księżniczki Azure, która jednak przepadła bez wieści. Co zrobi Arthorn, gdy ją odnajdzie? Czy zdoła nakłonić ją do powrotu? Ile zdecyduje się poświęcić dla królestwa? Mroczny cień Nife pochłania bezkresne stepy, czyha na sielskie Asnal Talath, sięga podziemnych Serc Dwargów i snuje się po pokładzie latającego okrętu. Wolno podąża ku granicy, za którą śpi niespokojne Wondettel.

 

Miesiące wyczekiwania i sprawdzania profili autora i wydawnictwa… W końcu jest! Pachnąca drukiem i piękna. Wiele obiecywałam sobie po „Gromie i szkwale”. Czy jednak oczekiwania nie okazały się za duże? Nie rozczarowałam się ani trochę. Dostajemy mięsiste, porywające fantasy z najlepszym stylu. Warto było tyle czekać. Postacie trzymają poziom, pozostają niezależna i oryginalne. W całej powieści widać inspirację klasykami gatunku, jednak są one na tyle zręczne, że Łukawski niewątpliwie dołożył swoją cegiełkę do mojego osobistego kanonu. Czy zrobił to również do kanonu gatunku – to pokaże czas. Warto też zwrócić uwagę na dobry balans między epickością świata i rozładowywaniem atmosfery m.in. humorem w dialogach – brawo! Epicki jest „Władca pierścieni” i fajnie, tylko czy ktoś jest w stanie tak dźwignąć temat jak Tolkien, idąc tylko w to? Lepiej nie ryzykować ;) Akcja od razu rusza z kopyta, więc warto przeczytać pierwszą część, by nie zgubić ani okruszka fabuły i spójności. Kontynuacja jest jak najbardziej godna mocnego debiutu. Teraz mogę to powiedzieć z pełną odpowiedzialnością – drodzy państwo, mamy nowego bardzo mocnego zawodnika na polskiej  scenie fantasy! Już nie mogę się doczekać kolejnej części zamykającej trylogię. Chciałabym ją przeczytać już teraz, zaraz, jednak jeśli przyjdzie mi czekać kolejny rok na taką dobrą rzez, jaką jest „Grom i szkwał” – poczekam.

 

Słowiański folklor, klasyka i akcja ledwo wyrabiająca na zakrętach – czego chcieć więcej od dobrego fantasy. Polecam z całego serca!

 

Ocena: 9,5/10

Za egzemplarz dziękuję z całego serca Wydawnictwu SQN :)

Latarnia przyzywająca umarłych.

Rodzaj: sensacja, kryminał
Język: polski
Stron: 600
Wydawca: Wydawnictwo Muza

Witajcie! Kiedy dowiedziałam się, że wyszła kontynuacja „Sedinum”, miałam mieszane uczucia. Z jednej strony cieszyłam się, że poznam dalsze przygody bohaterów, a z drugiej obawiałam się objętości powieści. Pamiętam, że z jedynką mierzyłam się przez tydzień bodajże. Dwójka jest nieco mniejsza, ale czy zawiera również mniej ciekawe historie? Zaraz się dowiedzie. Na marginesie tylko wam szepnę, że podsunęłam „Sedinum” mojemu bratu i stwierdził, że naprawdę dobra ;) Nie przedłużając, zapraszam na recenzję :)

Leszek Herman – szczecinianin, z wykształcenia architekt. Od 1997 projektant i współwłaściciel szczecińskiej Pracowni Projektowej Konserwacji Zabytków. W latach 1993–1995 był autorem cyklu artykułów dla „Gazety Wyborczej” o niezwykłych budynkach i miejscach w Szczecinie i na Pomorzu, ilustrowanych własnymi odręcznymi rysunkami. Od 2005, wraz z bratem Marcinem, prowadzi autorską pracownię projektową. Prywatnie miłośnik tajemnic historycznych i architektonicznych, historii sztuki, dobrej książki, roweru, jazdy konnej i spotkań przy piwie z przyjaciółmi.

Akcja „Latarni umarłych” rozgrywa się w rok po wydarzeniach opisanych w „Sedinum – wiadomość z podziemi”. Troje młodych ludzi – Paulina, Igor i Johann – zostaje ponownie wplątanych w sensacyjne śledztwo, tym razem dotyczące pewnego morderstwa. Dawno, dawno temu, w pewnym małym miasteczku nad samym morzem, w starym średniowiecznym zamczysku rodzi się chłopiec, który niedługo potem zostaje królem całej Skandynawii, a w ówczesnej Europie jest nazywany Cesarzem Północy. Mijają wieki. Rok 1941. Mroźną listopadową porą, w samo południe, nieopodal miasta dochodzi do potężnej eksplozji, która kładzie pokotem wszystkie drzewa i wybija szyby w oknach w całej okolicy. Fala uderzeniowa odczuwalna jest w promieniu kilkudziesięciu kilometrów, a w pewnej starej kaplicy zapada się posadzka. Blisko osiemdziesiąt lat później pewnego wiosennego dnia do redakcji popularnego, szczecińskiego dziennika przychodzi wiadomość od pewnego staruszka. W jego kolejnych listach nieprawdopodobne wspomnienia i sensacyjne szczegóły przeplatają się z urojeniami z czasów wojennych. Zajmująca się tym tematem dziennikarka Paulina Weber zaczyna wątpić w zdrowie psychiczne nadawcy. Gdy w ostatnim liście zdradza on, że od wielu lat ukrywa zakopane w piwnicy zwłoki, jest już tego pewna…  Pozostawione przez niego stare dokumenty z wolna zaczynają jednak odsłaniać mroczne wydarzenia, które za czasów drugiej wojny światowej rozegrały się w sennej, nadmorskiej scenerii…

„Latarnia umarłych” to kolejna obszerna publikacja na koncie Leszka Hermana [600 stron robi wrażenie], napisana z dbałością o detale i zawierająca w sobie wiele z pasji autora – historii sztuki, architektury oraz tajemnic II wojny światowej. Dla każdego poszukiwacza ciekawostek, szczególnie Pomorza, pozycja kusząca. Czy poleciłabym ją na odstresowanie albo urlop? Podoba mi się, ale nie. To ceglisko potrafi przygnieść niejedno, szczególnie urlopowy klimat. Na powolne wieczory po pracy – jak najbardziej. I tu właśnie wychodzi kolejny problem. Czy przez rok można napisać pełnokrwistą powieść o takiej objętości? Można. Ale w przypadku „Latarnii umarłych” zabrakło tego czegoś. Nie ma tego błysku w oku niczym u Indiany Jonesa, kiedy dokopujemy się do kolejnych warstw zagadki. Jest ok, ale nie ma już takiego szału, jak przy pierwszej części. Jeśli nie wgryziecie się od razu – nie szkodzi. Wątków i postaci jest tak wiele, że trudno się w tym połapać przy powolnej akcji. Podziwiam autora i szanuję jego pracę, jednak w tym przypadku po prostu nie pykło. Leszek Herman posiada niewątpliwie dobry, lekki styl i z ciekawością będę wypatrywała jego publikacji na rynku wydawniczym. Pobudza wyobraźnię i sprawia, że ma się ochotę poszperać w bibliotece w poszukiwaniu ciekawostek o swoim regionie.

Wielbiciele architektury i sztuki będą zadowoleni – perełka wizualna jeśli chodzi o przedstawienie świata i skarbnica wiedzy. Dla osób o większej ilości czasu na czytanie.

 

6/10

Za egzemplarz dziękuję z całego serca Wydawnictwu Muza

Krwi naszych wrogów, krwi naszych braci.

Rodzaj: literatura historyczna
Język: polski
Stron: 422
Wydawca: Wydawnictwo CL Media

Witajcie! Mało walentynkowo będzie w dniu dzisiejszym, ale znacie mnie dobrze i wiecie, że z serduszkami mi nie po drodze ;) Bardzo przepraszam za przerwę, ale choroby i okres poświąteczny za bardzo dał mi w kość i trudno było usiąść do klawiatury. Nic straconego, bowiem przez cały ten czas aktywnie czytałam, poznawałam nowe historie i przepadałam w nich bez pamięci. Czy podobnie stało się w przypadku „Uciekiniera” Łukasza Czeszumskiego? Miłością do literatury i fikcji historycznej zaraził mnie brat [jeśli to czytasz to strzałeczka :)]. Jednym z moich najwcześniejszych wspomnień jest nauka ruchów wojsk w czasie II wojny światowej przy malutkiej tablicy do ścierania. Miałam może cztery lata, za to nauczyciel jedenaście. I tak jakoś zostało, że okresy starożytności, średniowiecza i II wojny światowej zostały w moim sercu. Teraz wszystko jasne, dlaczego jak magnes przyciągnęła mnie pierwsza część „Krwi wojowników”? ;) Zapraszam na recenzję :) 

Łukasz Czeszumski – ur. 1980. Podróżował i mieszkał w krajach obu Ameryk i Azji. Organizował wyprawy przygodowe i ekspedycje w Ameryce Południowej (Klub Darien www.darien.pl). Pisał reportaże o wojnie z terroryzmem w Afganistanie i walce z narkotykami w Ameryce Południowej. Jego teksty i zdjęcia były publikowane głównie w tygodniku Polityka, Focus i Angora. Obecnie pracuje jako fotograf medyczny.

Początek XVI wieku. Mroczne czasy odchodzącego średniowiecza. Europa szarpana przez wojny religijne, zarazy, okrutnych władców i buntownicze bandy. Młody polski rycerz wpada w konflikt z magnatami. Zostaje skazany na śmierć, lecz tuż przed wykonaniem wyroku ucieka. Staje się bezdomnym wygnańcem. Cały jego majątek to koń, miecz i wojenne doświadczenie. Wędruje od kraju do kraju, nigdzie nie mogąc zagrzać miejsca. Walczy, kocha, zdobywa i traci. Będą go nazywać błędnym rycerzem, kondotierem, a wreszcie konkwistadorem. Straceńcza droga doprowadzi go do Hiszpanii, gdzie będzie odkupywał swe grzechy walką z Maurami, a potem do Nowego Świata. Jego historia to pasmo wielkich przygód, ale przede wszystkim – żywy i kolorowy obraz fascynującej epoki w dziejach świata.

Lekkie pióro, niebanalna historia, nietuzinkowe postaci, chirurgiczny realizm – przepis na idealną powieść? Też, ale stwierdzenia te świetnie oddają „Uciekiniera”. Autor roztacza przed nami krajobraz średniowiecznej Polski aż po horyzont. Czasami trudno wrócić do naszej rzeczywistości, tak realistycznie zostały oddane detale i fabuła. Nie pamiętam dokładnie, jak wyglądała rzeczywistość w tych czasach według przekazów historycznych, ale jeśli miałabym ją sobie wyobrazić, to byłaby identyczna, jak ta przedstawiona przez Łukasza Czeszumskiego. Nie brakuje tutaj mrocznego i magicznego posmaku, jakim charakteryzował się ten okres, ale wszystko pięknie układa się w ramach rozsądku. Nie brakuje w niej skrajnych emocji, jak chciwość, zdrada, zemsta. Świetnie opisano również wojenne podboje, namiętności i nieodwzajemnioną miłość. Akcja dzieje się na tak wielu płaszczyznach i wspomina o tylu autentycznych wydarzeniach i postaciach, że aż trudno uwierzyć, że to fikcja literacka. Całość nie zanudza przez liczne dygresje i wątki poboczne. Tutaj zatrzyma się nad może mało istotnym, ale interesującym detalem, a przy innej okazji opowie o piątoplanowej nietuzinkowej postaci. Momentami można zgubić wątek, ale dla uważnego czytelnika to niezrównany smaczek. Bohaterzy są szalenie wyraziści i odrębni. Muszę też zwrócić uwagę na świetne wydanie – okładka pierwsza klasa. Autor zapowiedział cykl „Krew wojowników” na pięć tomów. Mogę wam z ręką na sercu obiecać, że jeśli pozostałe części utrzymają poziom „Uciekiniera” to szykuje się nam poważna seria powieści historycznych. Na pewno będę wypatrywała kolejnych opowieści o Jarosławie.

Łukasz Czeszumski to niesamowity gawędziarz. Jeśli jesteś fanem literatury historycznej lub masz ochotę na powieść w tym klimacie – z całego serca polecam.

 

Ocena: 8,5/10

 

Za egzemplarz dziękuję z całego serca Wydawnictwu CL Media i autorowi Łukaszowi Czeszumskiemu

 

Top 5 bajek 2016 roku!

Witajcie! Tak jak wam obiecywałam, przybywam dzisiaj z zestawieniem najlepszych bajek i animacji, jakie obejrzałam w minionym roku. Chyba nikogo nie zaskoczy wybór. Jednym z największych rozczarowań były Sekrety zwierzaków domowych, które zapowiadały się genialnie, sądząc po trailerze. Przestrzegam was – najlepsze sceny wykorzystano właśnie tam. I chociaż postaci są urocze, to zabrakło historii. Wracamy jednak do perełek i zachowujemy przedział 2014-2016. Zapraszam :)

5: Gdzie jest Dory (2016)

W najnowszej animacji Disney/Pixar „Gdzie jest Dory” tytułowa bohaterka wraz z przyjaciółmi – Nemo i Marlinem – postanowi odkryć tajemnice swojej przeszłości. Co pamięta? Gdzie są jej rodzice? Gdzie nauczyła mówić się językiem wielorybów?

Pamiętacie uroczego Nemo? Powraca, chociaż jako postać drugoplanowa. Fani długo dreptali za filmem, który skupiłby się na charyzmatycznej ,zapominalskiej Dory, która zdominowała przygody błazenków. I doczekaliśmy się. Czy to filmowy geniusz? Nie. Ale oglądało się świetnie. Historia była spójna i pokazywała nam dużo z dzieciństwa Dory [aż jestem ciekawa oryginalnego dubbingu, gdzie głos podkładała Ellen DeGeneres]. Postać Hanka nie przeszła bez echa – marudna ośmiornica to świetny kontrapunkt dla żywiołowej Dory. 

Moja ocena: 8/10 z serduszkiem

4: Zwierzogród (2016)

Zwierzogrodu nie można pomylić z żadnym innym miastem. Jest to jedyna w swoim rodzaju współczesna metropolia zamieszkiwana wyłącznie przez zwierzęta. W Zwierzogrodzie nie jest ważne, jakim stworzeniem jesteś – czy to największym z lwów, czy może malutką ryjówką. Możesz tam zostać kimkolwiek chcesz. Ale nie wszystkie marzenia spełniają się od razu… Gdy do miasta przybywa ambitna policjantka Judy Hops, szybko przekonuje się, że jako pierwszy królik zatrudniony w miejscowej policji, nie będzie wcale miała łatwego życia.

Krytycy piali z zachwytu nad „Zwierzogrodem”. Mi podobał się bardzo. Oglądaliśmy z P. na bluray w łóżku i nie mogliśmy się nadziwić animacji, która jest przepiękna. Historia sama w sobie jest mocno słodko-gorzka. Są momenty, kiedy łzy płyną ze śmiechu, ale i takie, gdzie kapną ze smutku. Ścieżka dźwiękowa trzyma poziom, jednak nie jest wybitna. Warto z uwagi na świetną fabułę i rzadką w bajkach sprawę kryminalną.

Moja ocena: 9/10 

3: Marnie. Przyjaciółka ze snów (2014)

Anna Sasaki nie cieszy się najlepszym zdrowiem, a jej stan wpędza ją w depresję. Rodzina skłania dziewczynkę do spędzenia czasu na wsi, mając nadzieję, że tam odzyska dawny wigor. Zwiedzając okolicę Anna trafia do pięknej, opuszczonej rezydencji. Wracając tam pewnej nocy odkrywa, że zamieszkuje ją blond włosa dziewczyna o imieniu Marnie. Szybko zostają przyjaciółkami, ale z każdym kolejnym spotkaniem Anna ma coraz większą wątpliwość, czy Marnie rzeczywiście istnieje…

Jeśli nie znacie albo nie lubicie japońskich animacji – ta jest najlepszą opcją, żeby zmienić zdanie. Wizualnie przepiękna. Historia porusza do głębi. Ostrzegam – weźcie chusteczki przez oglądaniem. Dużo chusteczek. Ja płakałam jak bóbr na końcu, kiedy wszystko się wyjaśniło. A finałowa piosenka do dzisiaj szkli mi oczy. P. również poleca z całego serca, bo jest sprawcą tego, że ja poznałam. Przyznał bez bicia, że nie spodziewał się takiej perełki. Pozycja obowiązkowa i jedna z moich ulubionych animacji wszechczasów. 

Moja ocena: 10/10 z serduszkiem

2: Vaiana: Skarb oceanu (2016)

Trzy tysiące lat temu najdzielniejsi żeglarze na świecie przemierzali wody południowego Pacyfiku i odkrywali wyspy Oceanii. Jednak w pewnym momencie ich wyprawy ustały na całe tysiąc lat – i nikt nie wie dlaczego… 

Niesamowicie podoba mi się kierunek, jaki obiera ostatnio Disney. Nie widziałam jeszcze bajki umiejscowionej w takich realiach i dobrze. Historia porywa, jest zabawna, momentami wzruszająca i dramatyczna. Piosenki wymiatają – już wpisały się na moją playlistę i długo na niej pozostaną. Bardzo liczę i trzymam kciuki za to, by powstała kiedyś kontynuacja. Igor Kwiatkowski jako Maui pokazuje nam swoją kolejną twarz, a Maciej Maleńczuk śpiewający „Błyszczeć” – mistrzostwo. Vaiana nie jest klasyczną księżniczką Disneya i za to czapki z głów. Na pewno spodoba się nie tylko najmłodszym. 

Moja ocena: 9/10 z serduszkiem

1: Sekrety morza (2014)

Dziewczynka o imieniu Sirsza obchodzi swoje 6 urodziny. Nic nie wygląda tak, jakby chciała. Starszy brat jej dokucza, tata jest zatopiony w myślach, a mamy nie ma z nimi od dawna. Na domiar złego przyjeżdża zrzędząca babcia, która zamierza zabrać rodzeństwo do dużego miasta, które uważa za bardziej odpowiednie miejsce dla nich do życia. Po nieudanym przyjęciu Sirsza podkrada bratu muszlę, którą dostał kiedyś od mamy, i zaczyna na niej grać. Muzyka prowadzi ją do skrzyni, w której znajduje niezwykły płaszcz. 

Długo wahałam się między Vaianą i Sekretami morza na szczycie. Wygrała jednak nieoczywistość. Wizualnie zapiera dech w piersiach, chociaż nie jest to klasyczna animacja, jak u Disneya. Historia… To trzeba obejrzeć. Jest tu kino drogi, odrobina magii, elementy mrożące krew w żyłach, opowieść o miłości między siostrą i bratem, ale również ojcowską, matczyną i taką do zwierząt. Uniwersalna pod każdym względem. Bardzo mądra i pouczająca w nienachalny sposób.Pozycja bezapelacyjnie obowiązkowa. 

Moja ocena: 10/10 z serduszkiem

  A jakie są Wasze ulubione bajki roku 2016? :)