Latarnia przyzywająca umarłych.

Rodzaj: sensacja, kryminał
Język: polski
Stron: 600
Wydawca: Wydawnictwo Muza

Witajcie! Kiedy dowiedziałam się, że wyszła kontynuacja „Sedinum”, miałam mieszane uczucia. Z jednej strony cieszyłam się, że poznam dalsze przygody bohaterów, a z drugiej obawiałam się objętości powieści. Pamiętam, że z jedynką mierzyłam się przez tydzień bodajże. Dwójka jest nieco mniejsza, ale czy zawiera również mniej ciekawe historie? Zaraz się dowiedzie. Na marginesie tylko wam szepnę, że podsunęłam „Sedinum” mojemu bratu i stwierdził, że naprawdę dobra ;) Nie przedłużając, zapraszam na recenzję :)

Leszek Herman – szczecinianin, z wykształcenia architekt. Od 1997 projektant i współwłaściciel szczecińskiej Pracowni Projektowej Konserwacji Zabytków. W latach 1993–1995 był autorem cyklu artykułów dla „Gazety Wyborczej” o niezwykłych budynkach i miejscach w Szczecinie i na Pomorzu, ilustrowanych własnymi odręcznymi rysunkami. Od 2005, wraz z bratem Marcinem, prowadzi autorską pracownię projektową. Prywatnie miłośnik tajemnic historycznych i architektonicznych, historii sztuki, dobrej książki, roweru, jazdy konnej i spotkań przy piwie z przyjaciółmi.

Akcja „Latarni umarłych” rozgrywa się w rok po wydarzeniach opisanych w „Sedinum – wiadomość z podziemi”. Troje młodych ludzi – Paulina, Igor i Johann – zostaje ponownie wplątanych w sensacyjne śledztwo, tym razem dotyczące pewnego morderstwa. Dawno, dawno temu, w pewnym małym miasteczku nad samym morzem, w starym średniowiecznym zamczysku rodzi się chłopiec, który niedługo potem zostaje królem całej Skandynawii, a w ówczesnej Europie jest nazywany Cesarzem Północy. Mijają wieki. Rok 1941. Mroźną listopadową porą, w samo południe, nieopodal miasta dochodzi do potężnej eksplozji, która kładzie pokotem wszystkie drzewa i wybija szyby w oknach w całej okolicy. Fala uderzeniowa odczuwalna jest w promieniu kilkudziesięciu kilometrów, a w pewnej starej kaplicy zapada się posadzka. Blisko osiemdziesiąt lat później pewnego wiosennego dnia do redakcji popularnego, szczecińskiego dziennika przychodzi wiadomość od pewnego staruszka. W jego kolejnych listach nieprawdopodobne wspomnienia i sensacyjne szczegóły przeplatają się z urojeniami z czasów wojennych. Zajmująca się tym tematem dziennikarka Paulina Weber zaczyna wątpić w zdrowie psychiczne nadawcy. Gdy w ostatnim liście zdradza on, że od wielu lat ukrywa zakopane w piwnicy zwłoki, jest już tego pewna…  Pozostawione przez niego stare dokumenty z wolna zaczynają jednak odsłaniać mroczne wydarzenia, które za czasów drugiej wojny światowej rozegrały się w sennej, nadmorskiej scenerii…

„Latarnia umarłych” to kolejna obszerna publikacja na koncie Leszka Hermana [600 stron robi wrażenie], napisana z dbałością o detale i zawierająca w sobie wiele z pasji autora – historii sztuki, architektury oraz tajemnic II wojny światowej. Dla każdego poszukiwacza ciekawostek, szczególnie Pomorza, pozycja kusząca. Czy poleciłabym ją na odstresowanie albo urlop? Podoba mi się, ale nie. To ceglisko potrafi przygnieść niejedno, szczególnie urlopowy klimat. Na powolne wieczory po pracy – jak najbardziej. I tu właśnie wychodzi kolejny problem. Czy przez rok można napisać pełnokrwistą powieść o takiej objętości? Można. Ale w przypadku „Latarnii umarłych” zabrakło tego czegoś. Nie ma tego błysku w oku niczym u Indiany Jonesa, kiedy dokopujemy się do kolejnych warstw zagadki. Jest ok, ale nie ma już takiego szału, jak przy pierwszej części. Jeśli nie wgryziecie się od razu – nie szkodzi. Wątków i postaci jest tak wiele, że trudno się w tym połapać przy powolnej akcji. Podziwiam autora i szanuję jego pracę, jednak w tym przypadku po prostu nie pykło. Leszek Herman posiada niewątpliwie dobry, lekki styl i z ciekawością będę wypatrywała jego publikacji na rynku wydawniczym. Pobudza wyobraźnię i sprawia, że ma się ochotę poszperać w bibliotece w poszukiwaniu ciekawostek o swoim regionie.

Wielbiciele architektury i sztuki będą zadowoleni – perełka wizualna jeśli chodzi o przedstawienie świata i skarbnica wiedzy. Dla osób o większej ilości czasu na czytanie.

 

6/10

Za egzemplarz dziękuję z całego serca Wydawnictwu Muza

Krwi naszych wrogów, krwi naszych braci.

Rodzaj: literatura historyczna
Język: polski
Stron: 422
Wydawca: Wydawnictwo CL Media

Witajcie! Mało walentynkowo będzie w dniu dzisiejszym, ale znacie mnie dobrze i wiecie, że z serduszkami mi nie po drodze ;) Bardzo przepraszam za przerwę, ale choroby i okres poświąteczny za bardzo dał mi w kość i trudno było usiąść do klawiatury. Nic straconego, bowiem przez cały ten czas aktywnie czytałam, poznawałam nowe historie i przepadałam w nich bez pamięci. Czy podobnie stało się w przypadku „Uciekiniera” Łukasza Czeszumskiego? Miłością do literatury i fikcji historycznej zaraził mnie brat [jeśli to czytasz to strzałeczka :)]. Jednym z moich najwcześniejszych wspomnień jest nauka ruchów wojsk w czasie II wojny światowej przy malutkiej tablicy do ścierania. Miałam może cztery lata, za to nauczyciel jedenaście. I tak jakoś zostało, że okresy starożytności, średniowiecza i II wojny światowej zostały w moim sercu. Teraz wszystko jasne, dlaczego jak magnes przyciągnęła mnie pierwsza część „Krwi wojowników”? ;) Zapraszam na recenzję :) 

Łukasz Czeszumski – ur. 1980. Podróżował i mieszkał w krajach obu Ameryk i Azji. Organizował wyprawy przygodowe i ekspedycje w Ameryce Południowej (Klub Darien www.darien.pl). Pisał reportaże o wojnie z terroryzmem w Afganistanie i walce z narkotykami w Ameryce Południowej. Jego teksty i zdjęcia były publikowane głównie w tygodniku Polityka, Focus i Angora. Obecnie pracuje jako fotograf medyczny.

Początek XVI wieku. Mroczne czasy odchodzącego średniowiecza. Europa szarpana przez wojny religijne, zarazy, okrutnych władców i buntownicze bandy. Młody polski rycerz wpada w konflikt z magnatami. Zostaje skazany na śmierć, lecz tuż przed wykonaniem wyroku ucieka. Staje się bezdomnym wygnańcem. Cały jego majątek to koń, miecz i wojenne doświadczenie. Wędruje od kraju do kraju, nigdzie nie mogąc zagrzać miejsca. Walczy, kocha, zdobywa i traci. Będą go nazywać błędnym rycerzem, kondotierem, a wreszcie konkwistadorem. Straceńcza droga doprowadzi go do Hiszpanii, gdzie będzie odkupywał swe grzechy walką z Maurami, a potem do Nowego Świata. Jego historia to pasmo wielkich przygód, ale przede wszystkim – żywy i kolorowy obraz fascynującej epoki w dziejach świata.

Lekkie pióro, niebanalna historia, nietuzinkowe postaci, chirurgiczny realizm – przepis na idealną powieść? Też, ale stwierdzenia te świetnie oddają „Uciekiniera”. Autor roztacza przed nami krajobraz średniowiecznej Polski aż po horyzont. Czasami trudno wrócić do naszej rzeczywistości, tak realistycznie zostały oddane detale i fabuła. Nie pamiętam dokładnie, jak wyglądała rzeczywistość w tych czasach według przekazów historycznych, ale jeśli miałabym ją sobie wyobrazić, to byłaby identyczna, jak ta przedstawiona przez Łukasza Czeszumskiego. Nie brakuje tutaj mrocznego i magicznego posmaku, jakim charakteryzował się ten okres, ale wszystko pięknie układa się w ramach rozsądku. Nie brakuje w niej skrajnych emocji, jak chciwość, zdrada, zemsta. Świetnie opisano również wojenne podboje, namiętności i nieodwzajemnioną miłość. Akcja dzieje się na tak wielu płaszczyznach i wspomina o tylu autentycznych wydarzeniach i postaciach, że aż trudno uwierzyć, że to fikcja literacka. Całość nie zanudza przez liczne dygresje i wątki poboczne. Tutaj zatrzyma się nad może mało istotnym, ale interesującym detalem, a przy innej okazji opowie o piątoplanowej nietuzinkowej postaci. Momentami można zgubić wątek, ale dla uważnego czytelnika to niezrównany smaczek. Bohaterzy są szalenie wyraziści i odrębni. Muszę też zwrócić uwagę na świetne wydanie – okładka pierwsza klasa. Autor zapowiedział cykl „Krew wojowników” na pięć tomów. Mogę wam z ręką na sercu obiecać, że jeśli pozostałe części utrzymają poziom „Uciekiniera” to szykuje się nam poważna seria powieści historycznych. Na pewno będę wypatrywała kolejnych opowieści o Jarosławie.

Łukasz Czeszumski to niesamowity gawędziarz. Jeśli jesteś fanem literatury historycznej lub masz ochotę na powieść w tym klimacie – z całego serca polecam.

 

Ocena: 8,5/10

 

Za egzemplarz dziękuję z całego serca Wydawnictwu CL Media i autorowi Łukaszowi Czeszumskiemu

 

Top 5 bajek 2016 roku!

Witajcie! Tak jak wam obiecywałam, przybywam dzisiaj z zestawieniem najlepszych bajek i animacji, jakie obejrzałam w minionym roku. Chyba nikogo nie zaskoczy wybór. Jednym z największych rozczarowań były Sekrety zwierzaków domowych, które zapowiadały się genialnie, sądząc po trailerze. Przestrzegam was – najlepsze sceny wykorzystano właśnie tam. I chociaż postaci są urocze, to zabrakło historii. Wracamy jednak do perełek i zachowujemy przedział 2014-2016. Zapraszam :)

5: Gdzie jest Dory (2016)

W najnowszej animacji Disney/Pixar „Gdzie jest Dory” tytułowa bohaterka wraz z przyjaciółmi – Nemo i Marlinem – postanowi odkryć tajemnice swojej przeszłości. Co pamięta? Gdzie są jej rodzice? Gdzie nauczyła mówić się językiem wielorybów?

Pamiętacie uroczego Nemo? Powraca, chociaż jako postać drugoplanowa. Fani długo dreptali za filmem, który skupiłby się na charyzmatycznej ,zapominalskiej Dory, która zdominowała przygody błazenków. I doczekaliśmy się. Czy to filmowy geniusz? Nie. Ale oglądało się świetnie. Historia była spójna i pokazywała nam dużo z dzieciństwa Dory [aż jestem ciekawa oryginalnego dubbingu, gdzie głos podkładała Ellen DeGeneres]. Postać Hanka nie przeszła bez echa – marudna ośmiornica to świetny kontrapunkt dla żywiołowej Dory. 

Moja ocena: 8/10 z serduszkiem

4: Zwierzogród (2016)

Zwierzogrodu nie można pomylić z żadnym innym miastem. Jest to jedyna w swoim rodzaju współczesna metropolia zamieszkiwana wyłącznie przez zwierzęta. W Zwierzogrodzie nie jest ważne, jakim stworzeniem jesteś – czy to największym z lwów, czy może malutką ryjówką. Możesz tam zostać kimkolwiek chcesz. Ale nie wszystkie marzenia spełniają się od razu… Gdy do miasta przybywa ambitna policjantka Judy Hops, szybko przekonuje się, że jako pierwszy królik zatrudniony w miejscowej policji, nie będzie wcale miała łatwego życia.

Krytycy piali z zachwytu nad „Zwierzogrodem”. Mi podobał się bardzo. Oglądaliśmy z P. na bluray w łóżku i nie mogliśmy się nadziwić animacji, która jest przepiękna. Historia sama w sobie jest mocno słodko-gorzka. Są momenty, kiedy łzy płyną ze śmiechu, ale i takie, gdzie kapną ze smutku. Ścieżka dźwiękowa trzyma poziom, jednak nie jest wybitna. Warto z uwagi na świetną fabułę i rzadką w bajkach sprawę kryminalną.

Moja ocena: 9/10 

3: Marnie. Przyjaciółka ze snów (2014)

Anna Sasaki nie cieszy się najlepszym zdrowiem, a jej stan wpędza ją w depresję. Rodzina skłania dziewczynkę do spędzenia czasu na wsi, mając nadzieję, że tam odzyska dawny wigor. Zwiedzając okolicę Anna trafia do pięknej, opuszczonej rezydencji. Wracając tam pewnej nocy odkrywa, że zamieszkuje ją blond włosa dziewczyna o imieniu Marnie. Szybko zostają przyjaciółkami, ale z każdym kolejnym spotkaniem Anna ma coraz większą wątpliwość, czy Marnie rzeczywiście istnieje…

Jeśli nie znacie albo nie lubicie japońskich animacji – ta jest najlepszą opcją, żeby zmienić zdanie. Wizualnie przepiękna. Historia porusza do głębi. Ostrzegam – weźcie chusteczki przez oglądaniem. Dużo chusteczek. Ja płakałam jak bóbr na końcu, kiedy wszystko się wyjaśniło. A finałowa piosenka do dzisiaj szkli mi oczy. P. również poleca z całego serca, bo jest sprawcą tego, że ja poznałam. Przyznał bez bicia, że nie spodziewał się takiej perełki. Pozycja obowiązkowa i jedna z moich ulubionych animacji wszechczasów. 

Moja ocena: 10/10 z serduszkiem

2: Vaiana: Skarb oceanu (2016)

Trzy tysiące lat temu najdzielniejsi żeglarze na świecie przemierzali wody południowego Pacyfiku i odkrywali wyspy Oceanii. Jednak w pewnym momencie ich wyprawy ustały na całe tysiąc lat – i nikt nie wie dlaczego… 

Niesamowicie podoba mi się kierunek, jaki obiera ostatnio Disney. Nie widziałam jeszcze bajki umiejscowionej w takich realiach i dobrze. Historia porywa, jest zabawna, momentami wzruszająca i dramatyczna. Piosenki wymiatają – już wpisały się na moją playlistę i długo na niej pozostaną. Bardzo liczę i trzymam kciuki za to, by powstała kiedyś kontynuacja. Igor Kwiatkowski jako Maui pokazuje nam swoją kolejną twarz, a Maciej Maleńczuk śpiewający „Błyszczeć” – mistrzostwo. Vaiana nie jest klasyczną księżniczką Disneya i za to czapki z głów. Na pewno spodoba się nie tylko najmłodszym. 

Moja ocena: 9/10 z serduszkiem

1: Sekrety morza (2014)

Dziewczynka o imieniu Sirsza obchodzi swoje 6 urodziny. Nic nie wygląda tak, jakby chciała. Starszy brat jej dokucza, tata jest zatopiony w myślach, a mamy nie ma z nimi od dawna. Na domiar złego przyjeżdża zrzędząca babcia, która zamierza zabrać rodzeństwo do dużego miasta, które uważa za bardziej odpowiednie miejsce dla nich do życia. Po nieudanym przyjęciu Sirsza podkrada bratu muszlę, którą dostał kiedyś od mamy, i zaczyna na niej grać. Muzyka prowadzi ją do skrzyni, w której znajduje niezwykły płaszcz. 

Długo wahałam się między Vaianą i Sekretami morza na szczycie. Wygrała jednak nieoczywistość. Wizualnie zapiera dech w piersiach, chociaż nie jest to klasyczna animacja, jak u Disneya. Historia… To trzeba obejrzeć. Jest tu kino drogi, odrobina magii, elementy mrożące krew w żyłach, opowieść o miłości między siostrą i bratem, ale również ojcowską, matczyną i taką do zwierząt. Uniwersalna pod każdym względem. Bardzo mądra i pouczająca w nienachalny sposób.Pozycja bezapelacyjnie obowiązkowa. 

Moja ocena: 10/10 z serduszkiem

  A jakie są Wasze ulubione bajki roku 2016? :)

 

Księżniczka uwięziona w ojcowskiej wieży.

Rodzaj: obyczajowa, literatura faktu
Język: polski [tłumaczenie z języka angielskiego]
Stron: 352
Wydawca: Wydawnictwo Muza

Witajcie! Pierwszy raz wzięłam się za tak ciężką lekturę napisaną na faktach. Zazwyczaj omijałam je szerokim łukiem, ale tym razem spróbowałam. Trudno jest się później pozbierać, wiedząc, że gdzieś tam [pod innym imieniem i adresem] żyje osoba, która naprawdę to przeszła. Szczególnie, gdy temat dotyczy dzieci. O autorce słyszałam już wiele – że porusza, wzrusza i tłumaczy zawiłości dziecięcej psychiki. Głównie dzięki tej opinii sięgnęłam po „Córeczkę tatusia”. Czy spełniła oczekiwania? Zapraszam. 

Cathy Glass ma troje dzieci, dwoje dzieci rodzonych i jedno dziecko adoptowane. Kiedy opuściła szkołę, otrzymała stanowisko w służbie cywilnej, którą zostawiła, aby założyć rodzinę. Jednocześnie została opiekunem zastępczym [co stało się dużą inspiracją dla jej pisania]. Była opiekunem zastępczym przez ponad dwadzieścia pięć lat. W uznaniu dla jej doświadczenia i kwalifikacji została „specialist foster carer”, a oznacza to, że często jest proszona o opiekę nad dziećmi o złożonych potrzebach lub bardzo trudnych zachowaniach. Od zawsze była pisarką – w szkole pisała wiersze do szkolnej gazetki. W nastoletnich latach zaczęła pisać opowiadania, artykuły, tworzyła słuchowiska radiowe. Podobnie jak dla wielu pisarzy było to jej hobby – coś, co robiła niemal ukradkiem w wolnym czasie, w trakcie pracy. Dwie połówki mojego życia – pisarstwo i bycie przybranym opiekunem – spotkały się w 2007 roku i książki natychmiast stały się bestsellerami.

Mała zagubiona dziewczynka. Załamany ojciec. Wstrząsające odkrycie. Siedmioletnią Beth wychowywał samotnie jej ojciec Derek. Matka odeszła, gdy dziewczynka miała dwa lata. Beth była dzieckiem miłym i na pozór otoczonym dobrą opieką. Cathy Glass szybko zaczęła mieć obawy, że jej relacja z ojcem nie jest taka, jak być powinna. Oboje bardzo się kochali, a Derek rozpieszczał córkę i traktował ją jak księżniczkę. Jednak coś, czego Cathy nie potrafiła określić, budziło w niej niepokój. Jej mąż pracował wówczas w innym mieście i do domu przyjeżdżał tylko na weekendy. Wkrótce doszło do dramatycznych wydarzeń, które zniszczyły spokój dzieci Cathy i Beth, ich życie na zawsze się zmieniło. Pisząc tę książkę – historię o Beth – cofnęłam się do okresu, gdy Adrian miał sześć lat, a Paula dwa. Gdy teraz o tym myślę, ciarki mnie przechodzą na wspomnienie różnych niebezpiecznych sytuacji, na które ja i moja rodzina byliśmy narażeni. Jestem jednak pewna, że dziś postąpiłabym tak samo, gdyż pewne zachowania są niedopuszczalne i ze względu na dobro dziecka trzeba położyć im kres.

 

Pierwszą rzeczą, która zwróciła moją uwagę, był czający się w zakamarkach kartek niepokój. Do tego stopnia, że bałam się, iż za moment Beth wyjdzie z czyjegoś pokoju z zakrwawionym nożem i ukatrupia całą rodzinę. Ale myślę, że to może być spowodowane oglądaniem zbyt dużej ilości horrorów ostatnimi czasy. Niemniej, jest to trudna lektura pokazująca, że relacje rodzica i dziecka nie zawsze wydają się oczywiste. Początkowo Derek wzbudza niechęć i obrzydzenie, jednak z biegiem fabuły czytelnik zaczyna mu współczuć coraz bardziej. Cathy Glass rysuje przed nami obraz człowieka zagubionego i pozostawionego samemu sobie w wychowywaniu córki [mama Bath zostawiła ich, kiedy dziewczynka była malutka]. Cieszę się, że został poruszony problem kazirodztwa emocjonalnego, o którym niewiele mówi się w kontekstach zaburzeń psychologicznych. Jest to intrygujący temat i zachęcam do poczytania o nim więcej. Książka przypomina pamiętnik – oprócz sprawy Beth poznajemy rodzinę autorki, a przede wszystkim problemy, jakie ma sama Cathy Glass. Myślę, że to genialny zabieg. Wiąże się z tym jednak największy moim zdaniem minus powieści – język. Nie wiem, czy to wina tłumaczenia, czy stylu, ale ktoś tu bardzo nie chciał powtarzać zwrotów i unikał potocznego języka. Przez co niejednokrotnie sytuacja wydawała się oderwana od rzeczywistości i wybijała mnie z rytmu. Historia wywołała u mnie wiele skrajnych emocji – od gniewu, przez radość, wzruszenie, aż po smutek. Podsumowując w „Córeczce tatusia” znajdziecie wszystko: rozpad rodziny, samotne rodzicielstwo, porzucenie, zagubienie w wychowywaniu i jego konsekwencje. Ale również dyskryminację oraz niezrozumienie. Losy bohaterów pełne są samotności, miłości, zazdrości, nadopiekuńczości, lęku. Nic więcej nie mogę wam powiedzieć, żeby nie zepsuć lektury.

Polecam jako lekturę mądrą i dającą do myślenia oraz skorygowania postrzegania rodzicielstwa. Nie zawiedziecie się – trzyma w napięciu do ostatnich stron.

 

Ocena: 8/10

Za egzemplarz dziękuję z całego serca Wydawnictwu Muza

Bezsenny poniedziałek z Var #26

Witajcie! Kolejny poniedziałek już prawie nam minął. I jak? Nie jest źle, co? Może trochę odmraża nam dupki, zaparowuje okulary i stygnie za szybko kawę, ale trzymamy fason :) Skoro przetrwaliśmy Blue Monday [najgorszy dzień roku, więcej informacji tutaj], to nic nam nie straszne. Zawsze możemy się pocieszyć jakąś ostrą zupą albo makaronem, jeśli lubicie jak ja :) Powoli czas chować świąteczne ozdoby [ja czaje się na posezonowe wyprzedaże pierdołek choinkowych ;)], a za rogiem już wychylają się Walentynki. Świętujecie je? A co tymczasem w naszym cotygodniowym przeglądzie? Zapraszam :)

.

Odkrycie internetowe: 

DreamWorksTV

.

Najlepsza recenzja przeczytana w tym tygodniu:

„Zawód wiedźma” Olga GromykoBooks Hunter

.

Recenzje książkowe, do których warto zajrzeć:

„Making Faces” Amy HarmonThieving Books

Dziewczyna w lodzie – Robert BryndzaRude recenzuje

„Dziewczyna którą kochałeś” – Jojo MoyesMagiczny świąt książki i nie tylko

[PRZEDPREMIEROWO] „KSIĘGA SNÓW” NINA GEORGEZ książką do łóżka

.

Coś ciekawego-książkowego do posłuchania i obejrzenia:

„Wotum nieufności” – Remigiusz Mróz – PRZEDPREMIEROWOKto czyta, żyje podwójnie

Sarah J. Maas i PLAGIAT?! Czy ACOMAF jest lepszy niż ACOTAR?Martha Oakiss

THE HUNDRED LIES OF LIZZIE LOVETT BY CHELSEA SEDOTIjessethereader

BYŁ SOBIE PIES… [recenzja książki]Esa Czyta

.

Video tygodnia:

Elle King – Ex’s & Oh’s

.

Bądź na bieżąco – newsy ze świata:

Zmarł William Peter Blatty, autor „Egzorcysty”

Zamknięto jedną z najstarszych polskich bibliotek

Marlon James ujawnił więcej szczegółów o pisanej przez niego trylogii fantasy będącej afrykańską odpowiedzią na „Grę o tron”

Wrocławscy naukowcy we współpracy z Markiem Krajewskim udowodnili, że literatura ma wpływ na postawę ludzi wobec zwierząt

Które książki sprzedawały się w Empiku najlepiej? Oto tytuły nominowane do Bestsellerów Empiku 2016

George R.R. Martin o powieści „Wichry zimy”: „myślę, że wyjdzie w tym roku”

Natalia Fiedorczuk laureatką Paszportów Polityki w kategorii literatura

.

Nietypowe święta:

16 stycznia - Dzień Pikantnych Potraw 

18 stycznia - Dzień Kubusia Puchatka

19 stycznia - Dzień Popcornu 

.

Bonus:

„Can’t Stop The Feeling!” Official Movie Clip

.

.

Co w tym tygodniu zwróciło waszą uwagę? Koniecznie podzielcie się linkami :)